Po śmierci jednego z najstarszych mieszkańców Żórawiny do rąk Piotra Atosala – emerytowanego funkcjonariusza CBŚ – trafia pamiętnik Irminy Rutz. Spisane przed laty wspomnienia młodej Niemki odsłaniają dramatyczne wydarzenia końca wojny i prowadzą do tajemnic skrywanych przez dziesięciolecia.
Piotr, wspierany przez byłego policjanta i dziennikarza, próbuje odkryć, jak losy Irminy łączą się z niewyjaśnionymi zgonami sprzed lat. Im bardziej zagłębia się w przeszłość, tym więcej pojawia się pytań.
Dlaczego Irmina padła ofiarą tak niewyobrażalnego okrucieństwa? I kto pragnie, by jej historia nie została zapomniana?
Ukryty skarb, sekrety starego klasztoru i kolejne tropy odsłaniają prawdę, za której ujawnienie można zapłacić życiem. Bo są krzywdy, o których świat nie pamięta. I takie, które nigdy nie zostają wybaczone...

Do lektury powieści Piotra Lasoty Irmina zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Irmina:
„Siedziałem na tarasie w niemiłosiernie wygodnym fotelu z bawolej skóry i słuchałem szumu kaskady z oczka wodnego. Specjalnie kilka lat temu przeniosłem je o trzydzieści metrów, by nie wychodząc z domu, mieć możliwość wsłuchiwania się w odgłosy natury. Dwa tygodnie przyjemnie fizycznej pracy, jeden dół wykopałem, drugi zasypałem, a przy okazji miałem sposobność wysłuchiwania dziesiątek ciekawych komentarzy – ale było warto. Kawa, papieros, majowe południe. Coraz bardziej podobała mi się ukwiecona łąka, kosiarka rdzewiała w drewnianej szopie. Nad kwiatami krążyły owady, obstawiałem pszczoły, a może osy? Zresztą jakie to miało znacznie… Przyjemnie buczały. Starałem się o niczym nie myśleć, a nie jest to łatwe. Przez nieuchwytny ułamek sekundy miałem wrażenie, że być może jestem w takim stanie. Nic nie trwa wiecznie.
Odgłos samochodu wjeżdżającego na podjazd z kostki granitowej dosyć skutecznie sprowadził mnie do rzeczywistości. Anna, moja żona, wracała z pogrzebu. Tego dnia żegnano na parafialnym cmentarzu Józefa Jabłońskiego, wiekowego mieszkańca naszej miejscowości. Znała zmarłego i uważała, że powinna tam być; ja staram się unikać uroczystości pogrzebowych – przypominają o tym, co nieuniknione. Może to swego rodzaju bojaźń, a może nieumiejętność zrozumienia tego, co musi się wydarzyć. Wyjątek robię dla najbliższych. Niestety coraz częściej cmentarz staje się jednym z tych niewielu miejsc, gdzie spotykamy się w rodzinnym gronie, ewentualnie wśród znajomych. O pogrzebie jesteśmy powiadamiani, na inne wydarzenia – zapraszani. Chciałbym pojąć i uwierzyć, że śmierć to nie jest koniec wszystkiego.
Zdziwiły mnie odgłosy rozmowy, Ania nie była sama.
– Piotr, pani Aniela chciałaby z tobą porozmawiać.
Nie znałem tej kobiety, widziałem ją kilka razy w Żórawinie. W każdym razie była to nasza pierwsza rozmowa i nie ostatnia, jak się okazało.
– Dzień dobry, pewnie jest pan zdziwiony, że dzisiaj i że w ogóle tutaj jestem.
– Nawet nie polemizuję, ale pewnie miała pani powód, żeby akurat dzisiaj się ze mną spotkać. Chyba że to przypadek?
Zaprzeczyła ruchem głowy.
– Musiałam się z panem spotkać, nie mogłam czekać. Ten pogrzeb zmienia wszystko, Józefa już nie ma, a pewne tajemnice nie mogą być pochowane wraz z nim.
Mówiła szybko, jakby chciała pozbyć się dręczących ją wątpliwości. Oczywiście nic nie rozumiałem z tego, co usłyszałem. O czym ona gada? Spojrzałem na żonę, szukając ratunku, ale Ania spokojnie, jakby nigdy nic, oznajmiła, że przyniesie coś zimnego do picia.
– Pani Anielo – pomyślałem, że jest to jedno z najbardziej absurdalnych imion, jakimi można obdarzyć kobietę – proszę spokojnie powiedzieć, z czym nie mogła pani już dłużej czekać.
– Kiedy zmarł Jabłoński, wiedziałam, że muszę to zrobić. Moja mama znała rodzinę pana Józefa i kobietę, która mieszkała kiedyś w ich domu, a właściwie to w swoim domu.
Wypowiadając te słowa, wyciągnęła z torebki dwa zeszyty, położyła je na ławie i wybiegła z tarasu. Słuchałem, co mówi, i patrzyłem, co robi; kiedy pomyślałem, żeby cokolwiek powiedzieć, jej już nie było. Nie zauważyłem, kiedy Ania stanęła za mną.
– Gdzie jest Aniela? – usłyszałem pytanie.
– Nie wiem. Odleciała – odpowiedziałem, patrząc na zeszyty.
Nie były nowe, liczyły sobie co najmniej kilkadziesiąt lat; stare przedmioty, nawet te najbardziej banalne, powszechnie używane dekady temu mają swój urok. Nawet nie brałem pod uwagę, że mogą być to puste karki papieru.
– Skąd tę Anielicę wytrzasnęłaś?
– Na cmentarzu podeszła do mnie i pytała o ciebie. Myślała, że spotka cię na pogrzebie. Była jakaś dziwna.
– Nie da się ukryć, jest dziwna. Pojawia się i znika. Problem w tym, że jej nie znam i pojęcia nie mam, czego ona chce.
– Ale ludzie znają ciebie. Zrobiłeś się sławny.
Fakt, jakiś czas temu napisałem powieść Cena wyboru, której bohaterami byli mieszkańcy naszej gminy. Wymyślona historia, jednakże niektórzy uważali, że niekoniecznie jest to tylko i wyłącznie literacka fikcja. Książka nawiązywała do wydarzeń na Wołyniu w czterdziestym trzecim roku, które odcisnęły piętno na powojennych relacjach polsko-ukraińskiej rodziny. Utkwiły w mej pamięci słowa z powieści: „(…) niezagojone rany będą bolały i krwawiły, nawet po wielu latach, kiedy już nie ma wśród żywych ofiar i oprawców(…)”. Zdanie to niepokojąco zaiskrzyło w zakamarkach mojej głowy.
Zeszyty jak magnes przyciągały spojrzenie i myśli. Wziąłem je do ręki, jakbym chciał zważyć, ile są warte. Właściwie to były kartki spięte zszywkami, zapisane odręcznym pismem. Miałem niepokojące wrażenie, że spotkanie z Anielą nie było przypadkowe, a to oznaczało, że kiedy poznam treść tych zapisków sprzed lat, właduję się w kolejną awanturę. Nic nie musiałem, ale nawet nie zakładałem, że tego nie zrobię. To było tak podniecająco oczywiste. Zapaliłem; jak na zawołanie znalazła się butelka czerwonego wytrawnego wina. Kieliszek burgunda i papieros pasowały do ciekawie zapowiadającej się lektury – byłbym co najmniej rozczarowany, gdyby okazało się, że jest inaczej. Jeden brulion był po niemiecku, drugi po polsku; ten pierwszy odłożyłem, nie znam tego języka. Spojrzałem na równo i wyraźnie odnotowane słowa. Dobrze, że kiedyś kaligrafia była czymś powszechnym, dzięki temu dzisiaj można było bez większych problemów zagłębić się w tekst. Obawiam się, że obecnie napisanie listu byłoby nie lada wyzwaniem – dla większości z nas ta znana od wieków umiejętność powoli wymiera. Pewnie, są i tacy, którzy będą przekonywać, że korzystanie z dobrodziejstw postępu nie jest przecież grzechem. Ale nie jest też obowiązkiem. Zacząłem czytać. Od pewnego czasu, a dokładnie od momentu, kiedy zobaczyłem te zeszyty, o niczym innym tak naprawdę nie myślałem.
Nazywam się Irmina Rutz, dzień po moich urodzinach zmarł mój ojciec. Zostałam sama, mogę wyjechać z tego przeklętego domu, który był kiedyś moim rodzinnym, najbardziej ukochanym miejscem na ziemi. Za kilka dni być może załadują mnie i innych Niemców do wagonów, będziemy jechać na zachód. Tam, gdzie teraz jest nasze miejsce. Modlę się o to gorąco, chociaż tyle moich próśb nie zostało wysłuchanych. Polacy mówią, że mamy szczęście, bo żyjemy i możemy wyjechać.
Ja tak nie myślę. Przeklinam dzień, kiedy postanowiłam, że zostanę w naszym domu.
Nie miałam wyboru, a może miałam, jednak chciałam być dobrą córką i Niemką. Zawsze to samo: kościół, dzieci i kuchnia, takie się rodziłyśmy i takimi umierałyśmy. Kilka miesięcy temu, podczas bombardowania Wrocławia, moja mama została zabita, a ciężko rannemu ojcu musieli amputować nogę. Tato nie mógł być nawet na pogrzebie swojej żony, nigdy sobie tego nie wybaczył, ale przecież to nie była jego wina, sam mógł zginąć. Mamę pożegnali ci, którzy mogli: ja, moja starsza siostra oraz najmłodszy brat, Sebastian, nasze oczko w głowie. Jeden z braci zginął w walkach pod Kijowem, a najstarszy, Karol, nie mógł przyjechać. Odwiedzał nas w Żórawinie podczas wojny, nigdy nie mówił, co robił dla Rzeszy. Powtarzał, że to tajemnica i każdy wykonuje zadanie, jakie mu wyznaczono. Podobno żyje gdzieś pod Monachium u naszych krewnych w Bawarii, mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy.
Już następnego dnia po pogrzebie musieliśmy się rozdzielić. Niemcy uciekali, bali się żołnierzy zwycięskiej Armii Czerwonej. Ludzie opowiadali straszne historie. Przegraliśmy wojnę, którą zaczęliśmy, i musieliśmy za to zapłacić. Wierzyliśmy w Hitlera, zwłaszcza kiedy zwyciężał. Teraz nas wyrzucano z naszego Vaterlandu, ale ojciec był bardzo osłabiony, drogi by nie przeżył, zresztą wierzyliśmy, że tu jeszcze wrócimy. Jak mogliśmy zostawić nasz dom, naszą ojczyznę?
Najważniejsze jednak było to, by przeżyć, a tutaj niczego nie byliśmy pewni. Starsza siostra miała dwoje młodszych dzieci, nie mogła zostać, zabrała naszego Sebastiana i z tysiącami takich jak ona wyruszyli, byle dalej. Ojciec prosił, żebym ja też z nimi pojechała. Zapewniał, że da sobie radę, ale ja wiedziałam, że to nieprawda. Zostałam. Wielu Niemców zostało.
Nie wiem, dlaczego to wszystko piszę, nie wiem, czy jest sens mówić o tym, co się stało, kiedy zostaliśmy sami. Tu, gdzie teraz jestem, w mojej rodzinnej wsi, nie mogę liczyć na pomoc. Jesteśmy Niemcami, być może zasłużyliśmy na swój los. Nawet jak mi się uda spotkać z rodziną, to nie wiem, czy będę miała odwagę o wszystkim opowiedzieć. Myślę, że moje przeżycia zostaną tutaj, gdzie wszystkiego doświadczyłam. Przez moment jest mi lżej, kiedy przelewam na kartkę papieru swój los, ale po chwili strasznie boli, gdy spisuję to, czego doświadczyłam. Coś wyrzucam z siebie, ale nieubłaganie pewne obrazy i dźwięki wracają. Może kiedyś ktoś się o wszystkim dowie. Ludzie mówią, że sprawiedliwość nierychliwa, ale pamiętliwa."
W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Irmina. Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
