Książka Beaty Piliszek-Słowińskiej Okna pełne błękitu jest ponadczasową, zadziwiającą opowieścią o oswajaniu samotności i oczekiwaniu na zmianę. W gruncie rzeczy to pełna zadumy historia odkrywania piękna w prostocie i pielęgnowania nadziei w trudnych chwilach.

Metaforyczna opowieść o Ewie, najpierw dziecku, potem młodej dziewczynie, aż w końcu kobiecie, która szukała sensu istnienia oraz źródła szczęścia. Powoli odkrywała wagę słów i ich moc zmieniania świata, aż w końcu zrozumiała, co jest naprawdę ważne. Rodzinne tajemnice, doświadczenia, obawy i wątpliwości nie odebrały jej radości obcowania z przypadkowo spotkanymi, intrygującymi nieznajomymi.
Gdy Ewa opanowała trudną sztukę życia w pojedynkę i tracenia tego, co cenne, wydarzyło się coś niezwykłego...

„Okna pełne błękitu" to opowieść o każdym z nas, (...) pełna poetyckiego piękna refleksja o stawaniu się człowiekiem, czyli kimś niepowtarzalnym, a jednocześnie kimś dzielącym z innymi ludźmi tę samą naturę, podobne potrzeby, aspiracje i pragnienia. To książka o wspólnych nam marzeniach i o wrodzonym pragnieniu szczęścia, które nie pojawia się w naszym życiu samoczynnie.
ks. Marek Dziewiecki
Okna pełne błękitu to historia o życiu jako drodze, której nie da się zaplanować. O przypadkach, które sprowadzają do nas ludzi. O słowach, które mogą podtrzymać nadzieję. O tym, że człowiek nie przestaje potrzebować innych, o stracie, pamięci, dojrzewaniu i poszukiwaniu szczęścia. Beata Piliszek-Słowińska opowiada tę historię z czułością i szczerością. Ta lektura to przepiękne literackie doświadczenie – pisze Danuta Awolusi w recenzji książki Okna pełne błękitu.
Zapraszamy do przeczytania książki Beaty Piliszek-Słowińskiej. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Okna pełne błękitu. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
O mały włos
Ewa spieszyła się coraz mniej, choć czas płynął jakby szybciej. Malowała, próbując uchwycić istotę rzeczy w nowy sposób. Zbyt często jednak ciskała pędzle w kąt. Przecież istota rzeczy nie może mieć twarzy dziecka, kobiety czy mężczyzny? Musi być czymś ponad konkretnymi osobami, ponad jakimkolwiek człowiekiem, czymś ogólnym, można by rzec − uniwersalnym, co zawsze się w nich zawiera. Trudno dostrzec rzeczy niewidoczne okiem, a rozpoznawane jedynie sercem.
Choć Róża dogadzała swoją kuchnią, Ewa zupełnie straciła apetyt. Patrzyła, jak między kucharką a Leonem wyrasta coś więcej niż pomost zrozumienia. Lubiła siadać i ich obserwować. Cieszyła się, a jednocześnie było jej smutno, nigdy bowiem nie doświadczyła czegoś podobnego.
Tego dnia w blasku południowego słońca zasiadła przed lustrem. Jak co dzień rozczesywała swoje długie włosy. Jednostajne pociągnięcia grzebienia uspokajały ją. Zbliżyła twarz do lśniącej tafli, zamrugała i… dostrzegła zmarszczkę na czole, dwie małe bruzdy zamiast uśmiechu, które nadawały jej twarzy smutny wygląd.
„Cóż, zmiany są mało widoczne, lecz gdy skupić się na nich, przerażają”. Po drugiej stronie lustra widziała starzejącą się, obcą kobietę. „Wolałam patrzeć na innych, nie na siebie, więc wiele mi umknęło” – pomyślała. Czesała włosy, odwracając wzrok od odbicia. Wzięła jeszcze w dłoń małe zwierciadło, aby spojrzeć na kaskadę włosów spływającą po plecach. Już miała odłożyć grzebień, gdy oniemiała. Zobaczyła dosadny zwiastun dojrzałości.
– Siwy włos! Jeden, drugi, trzeci… – Przestała liczyć. – Nieeee! Kiedyż to się stało?! Nie! − wołała głośno raz po raz, aż Róża przybiegła do niej.
Ewa, wzburzona jak rzeka podczas powodzi, cisnęła krzesłem w lustro, a ono rozprysło się na tysiące kawałków. W każdym z nich zobaczyła swoje odbicie, wielokrotne potwierdzenie i przypieczętowanie upływu czasu. Tego już było zbyt wiele. Małe zwierciadełko cisnęła przez otwarte okno. Nie przyjmowała siebie z miłością wcześniej, tym bardziej nie robiła tego teraz. Lusterko poszybowało, błysnęło kilka razy, odbijając słońce, i uleciało gdzieś w dal, niesione na skrzydłach prawdy.
− Masz pretensje do luster, że odbijają świat? Jeśli nie są to krzywe zwierciadła, pokazują prawdę – zawołała zdumiona Róża. Nie spodziewała się takiego wybuchu po zawsze opanowanej Ewie.
Co się stało, to się nie odstanie. Drobne kawałki błyszczały w świetle słońca. Róża tkwiła nieruchomo we framudze drzwi, a Ewa milczała, spoglądając na swoje niezliczone podobizny rozesłane na podłodze. Jeszcze przed chwilą oczami duszy widziała młodą dziewczynę, przed którą całe życie. Teraz traciła złudzenia. Dotarło do niej, że musi pozwolić, aby jutro nadeszło, choć bardzo nie chciała zostawiać tego, co dziś. Młodość stawała się wspomnieniem. Ewa siedziała zamyślona na krześle, w otoczeniu miliona gwiazd migoczących w słońcu, a Róża obserwowała trudny proces godzenia się z rzeczywistością. Trwało to długo, w końcu Ewę przeszedł dreszcz, poruszyła ramionami, jakby się otrząsała. Zdecydowała się pójść dalej z podniesioną głową i było to ważne w jej życiu postanowienie: godnie się starzeć i w końcu zrezygnować z dziewczęcych fasonów sukien.
− Nie martw się – zagadnęła Róża. – Prawda daje siłę.
− Nie, prawda najczęściej daje smutek, a on podcina skrzydła, ale nic to…
Ewa nie słyszała żadnego z pokrzepiających słów. W jej wnętrzu toczył się dialog między Ewą z ułudy a Ewą z rzeczywistości. Tak trudno pogodzić się z przemijaniem. Potrzeba czasu, aby je zaakceptować. Życie to pasmo pożegnań z fikcją na temat swój i świata – rozumiała to coraz lepiej. Przemijanie jest traceniem tego, co ważne, oddawaniem pola, próbami zbudowania czegoś w zastępstwie ze świadomością, że nigdy nie będzie tak, jak było. W gruncie rzeczy chodziło nie o siwy włos połyskujący w słońcu, lecz o ciężkie winne grona wiszące w ramie okna, nabrzmiewające sokiem, tracące swój cierpki posmak. Zwiastowały porę zbierania plonów − chodziło o zamknięcie pewnego etapu. Słońce już dawno przeszło do zachodniej ramy okiennej i spoglądało spod brwi ciemnej chmury. Z odrętwienia wyrwały Ewę zaniepokojone głosy.
− No wreszcie. Już się martwiliśmy z Leonem. Może namalujesz nasz portret? – Róża odetchnęła z ulgą.
Malowanie podobizn nieuchronnie oznaczało, że ktoś wkrótce opuści dom na skale.
− Jutro zaczniemy – odpowiedziała Ewa bez entuzjazmu.
Leon uświadomił jej niedawno, że od kiedy wynaleziono fotografię, nie trzeba już malować portretów. Czy malarstwo umrze tak jak kaligrafia? Zaczynała się obawiać…
Po kolacji słyszała podniesione głosy Róży i Leona. Nie chciała znać przyczyny ich sprzeczki. Zdała sobie jednak sprawę, że droga od „ja” do „my” rzadko jest usłana różami. Nomen omen. Uśmiechnęła się w duszy, myśląc o jej amnezji i jego braku wizji przyszłości, splatających się coraz mocniej w teraźniejszości w pełne kontinuum trwania.
Książkę Okna pełne błękitu kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
[tabelka=6423522]
