Od przeszłości nie można uciec, można ją jedynie zrozumieć. „Las. Drzewo Adama" Moniki Orlińskiej

Data: 2026-06-09 12:26:45 | Ten artykuł przeczytasz w 6 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Nastrojowa, wielopokoleniowa opowieść o ludzkiej ułomności, pamięci, odpowiedzialności i tajemnicach, które nie znikają mimo upływu lat.

Gdy młody naukowiec Adam wraca do rodzinnej wsi na Podlasiu, trafia w sam środek historii splatającej losy kilku rodzin i odsłaniającej dramatyczne wydarzenia z czasów wojny i powojennej Polski. W cieniu lasu, pośród milczenia i ukrytych konfliktów, bohater stopniowo odkrywa fakty, które zmieniają nie tylko jego życie.

„Las. Drzewo Adama" Moniki Orlińskiej grafika promująca książkę

Las. Drzewo Adama Moniki Orlińskiej to literacka, poruszająca powieść o dziedzictwie przeszłości i tożsamości wrośniętej w tę ziemię głęboko jak korzenie drzewa. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Axis Mundi. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Las. Drzewo Adama:

Sekretarz jęknął przeciągle. Ból od nadgarstków przesunął się wyżej, wszedł w ramiona i barki. Jego świat stał się tak prosty: ból, deski tej ciemniejącej izby, głosy z izby obok, ich głosy, ich szmery i chodzenie. Od czasu do czasu ktoś zaglądał przez okno albo szparę – sprawdzali, czy żyje? Sekretarz rozumiał już, że żadne z nich nie stanie za nim. Żadne, choć jest ich tu z dziesięcioro. Każdemu, każdemu coś dał. Ale, ale, to im też wypomni, niech no tu tylko przyjdą, w twarz mu spojrzą, ścierwa. Niech no tylko spróbują, na partię rękę podnieść, oj, odpowiedzą za to, wszyscy, łajdaki, oprawcy, wszyscy!

Zacisnął oczy, w których pojawiły się łzy bezsiły. Jęknął cicho. Jak wtedy.

Bluma musiała o nim wiedzieć, o jego cierpliwym oczekiwaniu pod płotem. A nie obdarzyła go nigdy takim spojrzeniem, jak wtedy Marianka. Ani razu oczu w jego stronę nie podniosła, wredna bladź. Bladź i swołocz, żydowskie nasienie. U Stawirejów, gdzie się prawie wychował, mówiło się na nich „parchy”. U nich w Połapach początkowo Żyd był Żyd. Ardziszewski ze sklepu. Kozioł z młyna, Blumsztajn, co na procent dawał, Grynberg piekarz, Rozenbaum, co sklep miał bławatny, a jego żona szynk. Żydzi, bogaci, jak to Żydzi, ale i chłopom źle się nie wiodło, dopiero potem. Zaczęło się od Kobusów. Zaraz Koskowie, Wojny. Kolejne rodziny ubożały, a Władkowi w uszach dźwięczały słowa Stawirejów, że Żydy to krwiopijce.

Po zimie przyszła wiosna, lato, a potem znowu zima. Chłopcy głodni zaczęli być już koło listopada. Władek chodził koło Koziołów jak wcześniej, nie wiedział już sam, czy dla Blumy, czy z przyzwyczajenia, czy dla zabicia czasu, kiedy roboty darmo szukał. Ale tamtej jesieni podrośnięty jeszcze bardziej, tak wychudł, że zdawał się jakimś owadem o chudych, rozczapierzonych odnóżach. Bywał zmęczony. Bywał i słaby. Kiedy patrzył na mizernego Marianka i mamusię, która mu swoje porcje oddawała, sam miał ochotę zostawić już i to, co mu się przynależało, wyjść, zostać gdzieś u ludzi na służbie, o, choćby u Stawireja, aby na tę nędzę nie patrzeć. Tak właśnie kombinował na kamieniu pod płotem Koziołów. Wczesny grudniowy zmierzch zaciemniał świat, do domu nie było po co iść. Drzwi domu młynarzy otworzyły się jak rok wcześniej, wypuszczając gorąc i zapach kołacza, na którego mówili chałka. I Bluma pojawiła się w nich jeszcze piękniejsza, jeszcze pełniejsza, jeszcze bardziej szeleszcząca sukienką. Tym razem patrzyła wprost na niego. Za nią z chaty wypadła jeszcze drobna postać jej siostry Estery, ale tego Władek jakby wcale nie widział. Zesztywniał, wyprostował się na kamieniu jak struna, wytrzeszczył w zapadłej twarzy wielkie oczy. W ułamku chwili dostrzegł w ręku Blumy ten pyszny, rumiany, pachnący kołacz. Ten, którego zapach buchał z chaty młynarzówien co tydzień, który przywodził na myśl szczęśliwsze chwile. Zanim zdołał się ruszyć, kołacz, zawinięty w jakiś mdły gałgan, wylądował u jego stóp w śnieżnej górce, a dziewczyna z głośnym śmiechem zawinęła spódnicę i na powrót zniknęła w gorącym, pachnącym wnętrzu.

Stał tak jeszcze przez chwilę obezwładniony, patrząc na leżący w śniegu kawał słodkiej bułki, której tak długo pragnął. I nagle dotarł do niego świat.

To tak! Więc to tak? Mi rzucasz? Mi, Polakowi, Żydy kołacz bez płot rzucają, jak jaką jałmużnę?! Wojnowi, co dziad w powstaniu styczniowym panu Stawirejowi skórę uratował, jak żebrakowi bułkę chleba z łaski? To my ich na naszą polską ziemię przyjęli, a oni kołacz w błoto jak psu!? Jak świniom! O, to się Żydy przeliczą! O, nie będzie tak!

Ogarnął go taki wstyd, taki żal, taka bezsiła, że skurczył się cały z tego szarpnięcia w środku. I coś w nim się przestawiło. Coś mu w oczach błysnęło, wściekłość, nienawistna myśl, wstrętna myśl, że właśnie znalazł wszystko, czego mu trzeba. Nigdy już nie będzie nędzy. Nigdy Żyd ani nie Żyd żadnego kołacza nie będzie mu rzucał. Nigdy już, przenigdy nie pozwoli, żeby jemu, Władkowi, potrzebny był gałgan z jałmużną. Nigdy, za nic nie będzie musiał czekać, aż ktoś mu go rzuci. Nie będzie już nigdy potrzebował. On co najwyżej będzie żądał.

Owładnął nim wstręt, jakby głód podszedł pod gardło grudą. Chwycił gałgan, kołacz zapachniał, pobudzając ból w pustym brzuchu, ale Władek nie zawahał się ani przez chwilę: zamachnął się porządnie, wycelował niedbale, cisnął prosto w okno, i puścił się biegiem. Usłyszał brzęk szyby, krzyki i wyrzekania. Z młyna wysypały się młode młynarzówny i ich rodzice.

Ale on dobiegał już do domu.

(Z rozdziału „31 sierpnia 1971, zmierzch”)

Książkę Las. Drzewo Adama kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Las. Drzewo Adama
Monika Orlińska0
Okładka książki - Las. Drzewo Adama

Nastrojowa, wielopokoleniowa opowieść o ludzkiej ułomności, pamięci, odpowiedzialności i tajemnicach, które nie znikają mimo upływu lat. Gdy młody naukowiec...

Wydawnictwo