Listy do Poli to pierwsza współczesna powieść obyczajowa Marcina Mortki, autora cenionych serii fantasy, która udowadnia, że największe przygody rozgrywają się nie w fantastycznych światach, lecz we własnym domu.
Kiedy ojciec czwórki rodzeństwa znika bez śladu, pozostawia po sobie jedynie zeszyt z listami. Ich lektura zmusza Roberta, Ewę, Grześka i Polę do konfrontacji z przeszłością, rodzinnymi sekretami i pytaniami, od których uciekali przez całe dorosłe życie.

Do lektury zaprasza Wydawnictwo Sine Qua Non.
Listy do Poli Marcina Mortki opowiadają o tym, że relacje w rodzeństwie trzeba wypracować, nie są nam bowiem dane z góry. Wspólne dzieciństwo nie gwarantuje bliskości czy dozgonnej przyjaźni. I autor świetnie to wychwytuje. Jego książka to ciepła, ale momentami gorzka opowieść, w której łatwo można odnaleźć siebie – pisze Danuta Awolusi w naszej redakcyjnej recenzji książki Listy do Poli.
– Moim zdaniem jednym z największych problemów ludzkości jest brak umiejętności do obiektywnego rozrachunku. Lubimy przytulać własną wersję wydarzeń do serca i każdą próbę innego spojrzenia na nią uważamy za atak, a to blokuje jakąkolwiek próbę rozmowy – mówi w naszym wywiadzie Marcin Mortka, autor książki.
W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Listy do Poli. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Nadal to samo popołudnie, choć kilka minut wcześniej.
Za to znowu w Polsce.
– Co? – Waldek zmarszczył brwi. – Muzyka ci przeszkadza? Że za głośno było?
– Nawet już nie chodzi o to. Ona jest po prostu do dupy.
– I dlatego się tak rozdarłaś? – Waldek wpatrywał się w nią z niedowierzaniem. – Jasna dupa, serio?
– Ja się nie darłam, tylko krzyknęłam. No, może wrzasnęłam. – Pola przetarła brudną szybę i spojrzała w lusterko wsteczne. – Ale na pewno się nie darłam.
– Po pierwsze, ta muzyka nie jest do dupy. – Waldek odzyskiwał pewność siebie. – To Tiesto, Pola. Legenda trance’u. Po drugie, puszczanie muzyki to odwieczny przywilej kierowcy. Po trzecie, możesz mi wytłumaczyć różnicę między darciem się i wrzaskiem?
– Tak. – Powiodła palcem po plastykowej części drzwi samochodu, zostawiając ślad w kurzu. – Darcie się zakłada histerię. Brak panowania nad sobą. Dzikie emocje. Ja zaś wrzeszczałam w pełni świadomie, żeby dać ci sygnał. Bo ta chujnia – ruchem głowy wskazała odtwarzacz – zagłuszyła każdą wcześniejszą formę kontaktu.
– Nie zauważyłem.
– No właśnie.
Nagle złapała się na tym, że świadomie odwraca wzrok. Że chyba po prostu nie chce na niego patrzeć.
W sumie go lubiła. Nie miał brzucha hodowanego tygodniami nawalania w gry na konsoli, nie wytatuował sobie jeszcze łydki i nie wiązał sobie kitki na czubku głowy jak co drugi na ulicy, a do tego istniała spora szansa, że nie będzie brnął przez zimowe błoto z odsłoniętymi kostkami. Wydawał się odporny na wszelkie mody i trendy – nie znał się na piłce nożnej, wolał biegać, niż pocić się na siłowni, a jego media społecznościowe już dawno pokrył kurz. Ba, gdy ujrzała go po raz pierwszy na lotnisku w Palermo, miał w ręku książkę.
Prawdziwą, papierową książkę. Chyba „Świat według Garpa".
Wracała z Erasmusa we Włoszech. Spotkali się parę razy w kraju, a potem, gdy wróciła na Sycylię, by popracować w lodziarni, przyjechał, żeby się z nią zobaczyć. Zrobił jej niespodziankę. Fajnie im się, nooo… gadało. I nie tylko.
Lubiła go. Ucieszyła się, gdy odebrał ją z lotniska po powrocie do kraju i zabrał na pizzę. Ba, nadal go lubiła. Ale nie mogła teraz na niego spojrzeć.
Przez moment w samochodzie panowała cisza, przerywana mruczeniem silnika i świstem czegoś w klimatyzacji. Z rykiem mastodonta drogą przemknął jakiś tir i Corsa zadrżała.
Waldek wrzucił kierunkowskaz, a potem jedynkę.
– Będziesz się darła, jak włączę muzykę po cichu? – spytał.
Pokręciła lekko głową.
„A więc nie zauważył. Nic do niego nie dotarło” – pomyślała.
Faceci tego nie umieli. Nie potrafili odbierać subtelnych sygnałów wysyłanych przez kobiety i w ogóle przez wszechświat. Pola kiedyś doszła do wniosku, że komunikacja z mężczyzną byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby życie miało napisy z komentarzem jak na Netflixie. Była z tego skojarzenia bardzo dumna, choć w zasadzie powinno ją napełnić goryczą. Bo dla niej pewne podejrzenia stawały się coraz wyraźniejsze i czuła, że gdy tylko na niego spojrzy, przeobrażą się w spostrzeżenia. Ba, już niewiele brakowało. Wyobraziła sobie twarz Waldka, którą kiedyś uznała za całkiem przystojną, a która teraz wydawała się większa, grubo ciosana. Jego dłonie na początku wcale jej nie przeszkadzały, ale teraz wydawały się jej szczupłe i chude, jak u każdego, kto wolał stukać palcami po klawiszach, niż chwycić do ręki jakiekolwiek narzędzie, a do tego nie przycinał paznokci. Zapach, który tak się jej podobał ledwie kilka tygodni temu, teraz irytował ją do granic.
Samochodem zakołysało, gdy Waldek wyprzedził jakiegoś rowerzystę.
– Widziałaś debila? – warknął. – Ma pobocze, a środkiem jedzie!
Nie, nie widziała. Skupiona na rozmyślaniach, patrzyła prosto przed siebie, ale niewiele dostrzegała, tym bardziej że promienie słońca rozlewały się na przedniej szybie, gdzie wciąż widniały smugi pozostawione przez sparciałe pióro wycieraczki. Ledwie widziała tył jadącego przed nimi vana z wymalowanym uśmiechniętym pracownikiem ekipy czyszczącej.
W powietrzu tańczyły pyłki kurzu. O jej stopę w sandale opierał się kubek po kawie. Trochę bolało ją gardło.
Za głośno się rozdarła. Znaczy się, wrzasnęła.
– Kurna, jak tak dalej pójdzie, nigdy nie dojedziemy na miejsce – mruczał Waldek. – Sami debile na tej drodze. Obiecałem ojcu, że odstawię samochód przed siódmą, a tu sama zobacz.
– Obiecałeś? – spytała, skubiąc nitki z krawędzi pasa bezpieczeństwa.
– Tak, do marketu budowlanego chce jeszcze pojechać, a ten ich Nissan nie wrócił jeszcze z naprawy. Coś nie tak z łożyskiem.
– Popatrz tylko. – Pola uniosła stopę i zgniotła kubek. A ja myślałam, że chcesz mnie przedstawić rodzinie.
– Bo chcę.
– Ale umówiłeś się z ojcem, że oddasz mu samochód.
– No… No tak.
– Czyli – Pola bębniła palcami po kolanie – wracasz do domu, żeby oddać ojcu rzęcha, a przy okazji przedstawić mnie rodzinie? Swoje trofeum, tak?
– Nie, coś ty. – Waldek zerknął na nią ze zdziwieniem. Jezu, co cię ugryzło?
– Logika. Bez przerwy mnie to gryzie. Wytrzymać się nie da. Waldek wybuchnął sztucznym śmiechem.
– Czepiasz się jak nigdy dotąd.
„Bo dotąd – pomyślała – nic mnie nie denerwowało. A w każdym razie nie tak jak teraz. Może więc rzeczywiście coś mnie ugryzło. I nie logika, nie. Raczej coś… Nie wiem co”.
Przez moment jechali w milczeniu. Silnik Corsy ryczał głośno – Waldek przerzucał bieg na wyższy później niż do tej pory, co Pola odebrała jako wyraz emocji. Coś w nim rozbudziła i nie wiedziała, czy się z tego cieszyć. Wnętrze tego samochodu jeszcze nigdy nie wydawało jej się tak ciasne.
Znów wybuchnął śmiechem i sięgnął po telefon, niby po to, by spojrzeć na godzinę, co było zbędne, bo zegar przesuwał się przez cały czas po wygaszonym ekranie.
– Wiesz co? – powiedział. – I tak już nie zdążymy na siódmą.
Przyhamował, a potem wrzucił prawy kierunkowskaz. Rozpędzony SUV wyminął ich z rykiem klaksonu, ale Waldek nawet na niego nie spojrzał. Zjeżdżał już po wybojach na leśny parking obwiedziony płotem z desek. W cieniu sosen wznosił się dumnie stół piknikowy, ale ze stojącego nieopodal kosza wysypywała się taka ilość śmieci, że każdy szanujący się człowiek wolałby zapewne zjeść posiłek na masce własnego samochodu.
Pola przyglądała im się uważnie, jakby spodziewała się odkryć w nich mądrość minionych pokoleń. Nadal nie chciała się odwracać ku Waldkowi.
– Po co się zatrzymaliśmy? – spytała, przyglądając się staremu, zakurzonemu kombi, jedynemu samochodowi na parkingu.
Waldek wyłączył silnik. Przez moment słychać było tylko szum przemykających szosą samochodów, jeden z ulubionych odgłosów jej dzieciństwa. Kojarzył się jej z wyjazdami na grzyby. I pod namiot.
„Jeździ się jeszcze pod namiot?” – pomyślała bez sensu.
Miętoliła w ręku telefon, marząc już o tym, by na powrót dać się wciągnąć w bezpieczny świat Instagrama.
Szczęknął odpinany pas Waldka.
– Nie zdążymy na siódmą – powtórzył. – I właśnie wysłałem SMSa, że nie dam rady. Uwierzysz, że mój stary nie ma Messengera? Że SMSy trzeba mu wysyłać i opieprza mnie, jak kropek nie robię?
– Ojciec – powiedziała.
– Co?
– Ojciec. Albo tata. Stary głupio brzmi.
– Pola, wyluzuj już. Mamy chwilę dla siebie.
– Co? – Dopiero teraz odwróciła się ku towarzyszowi. Co mamy?
– Podminowana jesteś jak… – Waldek pokręcił głową i obrócił się na siedzeniu kierowcy. Ciemne okulary, które nasunął na głowę, zahaczyły o podsufitkę i spadły. – Jak nie wiem co.
Wyciągnął dłoń i oparł na jej ramieniu. Zgięty palec wślizgnął się pod ramiączko biustonosza. Pola wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, a potem zerknęła na jego rękę.
– Aha – powiedziała. – I uznałeś, że przelecisz mnie w tym zasyfiałym grzybowozie i już będzie mi lepiej?
– A co ci szkodzi spróbować? – Waldek oparł dłoń na jej kolanie.
Pola zacisnęła dłoń na jego nadgarstku i odepchnęła ją ze wszystkich sił, a potem szarpnęła się na fotelu, by strząsnąć drugą dłoń.
– Czytasz mi w myślach! – syknęła. – Marzyłam o tym, by ktoś mi wsadził na pieprzonym parkingu przydrożnym, obsrywanym przez pokolenia tirowców! Z tej radości muszę tylko… – Otworzyła drzwi. – Muszę aż powietrza zaczerpnąć…
Zerwała się gwałtownie, ale nadal miała zapięty pas, który wcale nie ustępował. Przeklinając, zaczęła się z nim szarpać i szamotać z taką pasją, że zaszokowany Waldek cofnął się na swój fotel.
– Polcia, co ty wyczyniasz? – wymamrotał. – Odwaliło ci? PMSa masz czy co? Ja pierdolę, uspokój się!
– Śmierdzi tu kebabem! – wycedziła Pola, szarpiąc za uchwyt pasa. – I ty też śmierdzisz kebabem! I duszno tu! I nikt tu, kuźwa, od lat ścierką nie przetarł! Na wycieraczce coś się rozlało!
Szamotała się z taką siłą, że wiszący pod lusterkiem krzyżyk zaczął się kołysać na boki. Waldek wpatrywał się w nią coraz to większymi oczami, co zdradzało, że jej głos wypełnił wnętrze samochodu równie szczelnie jak wcześniej muzyka trance, a na pewno wdarł się głębiej.
– Ze swojego ojca się nabijasz? – sapała Pola. – Że SMSów chce? A ja się pytam… Kto jeszcze słucha CD? Co? Kto? Może jeszcze sam sobie tę płytkę wypaliłeś? Na… na pożółkłym pececie oblepionym naklejkami?
Waldek, kierowany podświadomym lękiem o samochód, wyciągnął w końcu rękę i wcisnął czerwony przycisk przy pasie. Zbiegło się to ze szczególnie mocnym szarpnięciem Poli, która, nagle uwolniona, padła na drzwi, otworzyła je przypadkowym ciosem łokcia i wypadła na zewnątrz, by wylądować na ziemi. Usiadła gwałtownie, kaszląc i przeklinając.
– Ja pieprzę, to stary grat! – zawołał Waldek. – Nie widzisz, że nie ma wejścia AUX ani Bluetootha?
Pola poderwała się chwiejnie na nogi i wycelowała w chłopaka palcem.
– A ty nie widzisz – wykrztusiła – że się wypieprzyłam? Nic mi się nie stało! Nic! Nic a nic!
Złapała swój plecaczek, zatrzasnęła drzwi z takim impetem, że samochód znów się zakołysał, a potem odwróciła się i ruszyła w las.
– No przecież wiem! – Waldek wyczołgał się ze swojej strony. – Widzę! Przecież chyba bym podszedł, gdyby coś się stało! Za kogo ty mnie masz?
Pola wydała z siebie głuchy ryk, który wywołałby zazdrość u lwicy z afrykańskiej sawanny, a potem nachyliła się i zaczęła bombardować Waldka szyszkami.
– Hej! Hej! – wrzasnął. – Co ty robisz?
– Na tym etapie – wycedziła – powinieneś już się zorientować!
Złapała leżącą na ziemi uschłą gałąź sosnową, uniosła ją nad głowę i ruszyła do natarcia, tłukąc Waldka tak długo, aż ten schował się na powrót w Corsie.
– Zdążysz jeszcze na dziewiętnastą! – wycedziła, wyrzuciła gałąź i znów ruszyła przed siebie.
Wystarczyło przejść kilka kroków, by zostawić za sobą skażone człowieczeństwem obrzeże lasu. Wrześniowe słońce zanurzało się już wśród sosnowych koron i powietrze stygło, ale ciepłe igliwie pachniało tak jak zawsze. Lekki podmuch wiatru wydął pajęczynę. Obok jej ucha przemknął bąk, gdzieś cierpliwie pracował dzięcioł.
Pola oddychała miarowo, chłonąc spokój lasu. Chwilę później obadała kieszenie i sprawdziła, czy plecak się nie otworzył. Suwak tkwił na miejscu. Uśmiechnęła się. Miała butelkę wody, Snickersa, szczotkę do włosów, portfel, ładowarkę, dwa powerbanki, multitool, zapasowe majtki oraz niezbędne środki higieny intymnej. Z jej doświadczenia wystarczyłoby, by przetrwać dobę w najgorszym piekle.
– Gdzie ja właściwie jestem? – wymamrotała, dotykając ikony zatytułowanej Mapy.
Ekran wypełniła zieleń pocięta cieniutkimi żyłkami dróg i strumyków. W innych okolicznościach by się z tego ucieszyła, bo lubiła wędrówki po lesie, zwłaszcza w samotności, ale teraz zerknęła na słońce i skrzywiła się lekko. Mimo całej swojej rezolutności nie miała najmniejszej ochoty na nocleg na mchu.
„Ale nie – pomyślała ze zdecydowaniem. – Niczego nie żałuję. Absolutnie niczego”.
Rozszerzyła ekran, a potem przesunęła go w prawo i w lewo, aż wyłoniło się kółko podpisane „Motel Delicja”. Zmarszczyła brwi i wybrała opcję „Trasa”. Mapkę natychmiast przecięła linia ułożona z kropeczek.
– Pięćdziesiąt jeden minut – przeczytała. – Spoko. Zdążę przed zmrokiem.
– Kieruj się na wschód – podpowiedział telefon trupim głosem.
– Jasne – mruknęła. – Byleby dalej od tego zawszawionego parkingu.
Na ekranie telefonu pojawił się numer dzwoniącego Waldka, ale natychmiast odrzuciła połączenie i zablokowała numer. Wciąż nie do końca rozumiała powody, dla których spuściła chłopakowi na głowę ogień piekielny, ale na razie się tym nie przejmowała. Wszak mama powiedziała jej kiedyś, że jeśli czuje silną potrzebę zrobienia czegoś, co na pierwszy rzut oka może nie mieć sensu, powinna to zrobić, a sens się później doklei. Nie zapytała wówczas, w jakiej sytuacji tę wiedzę zdobyła, i chyba dobrze.
Bo niewykluczone, że chodziło jej o ojca.
– Później – powiedziała.
Lubiła to słowo. Było wszak magicznym zaklęciem, które oczyszczało chwilę obecną na podobnej zasadzie jak tabletka na ból głowy, choć na równie krótko.
Szła przed siebie, wdychając ciepłe, wonne powietrze i przymykając oczy. Co jakiś czas zatrzymywała się, żeby wyciągnąć sosnową igłę spomiędzy palców stopy bądź strzepnąć bezczelną mrówkę wędrującą jej po łydce. Gdzieś szumiały samochody, daleko, za skrajem jej obecnego świata.
– Za pięćdziesiąt metrów skręć w lewo – przypomniał jej telefon.
– Wiem – powiedziała i upchnęła go w kieszeni krótkich spodni. – I daj mi chwilę spokoju.
W tej samej chwili z kieszeni dobiegły stłumione pierwsze takty Farewell to the Crown Chumbawamby.
– Złośliwa, obdarzona życiem bestia – oświadczyła Pola i wyłuskała telefon, by spojrzeć na ekran.
Dzwonił Robert.
– Braciszku? – spytała drwiąco do słuchawki. – Czy ktoś uczciwy znalazł ten telefon i próbuje odnaleźć właściciela? Heloł?
– Cześć, młoda. – Głos brata brzmiał jakoś dziwnie, co Pola odruchowo postanowiła zagłuszyć, przejmując inicjatywę w rozmowie.
– Ty wiesz, że właśnie wybrałeś połączenie głosowe? Jak boomer jakiś? Nie wiedziałem, że to potrafisz!
– Dobra, młoda, wyluzuj. Gdzie jesteś?
– Nie wiem.
– Jak to nie wiesz? – Głos brata odzyskał swój miękki tembr, który mama zawsze nazywała radiowym głosem. Zapamiętała to wyraźnie, bo wielu komplementów dla Roberta nie miała.
– No nie wiem i tyle. W lesie jakimś. Wystarczy?
– W lesie – powtórzył Robert z namysłem. – Nie no, super. Ty to masz życie.
– Odwal się. Chociaż nie. Nie odwalaj się. Tak rzadko z tobą rozmawiam – położyła akcent na tym słowie – że pozwól mi nacieszyć się tą chwilą. A więc… Co u ciebie? spytała z afektacją.
– Nie wydurniaj się. Sprawę mam.
– Ach.
– Kiedy ostatnio rozmawiałaś z ojcem? P
ola przystanęła i zmarszczyła brwi.
– Nooo… Nie wiem – bąknęła niepewnie. W jej myślach przefrunęły ostatnie tygodnie od czasu powrotu do kraju. Daj mi pomyśleć. Ponad miesiąc będzie. Spotkaliśmy się po moim powrocie do kraju, tym drugim powrocie, znaczy, i poszliśmy coś zjeść, a potem zadzwonił wieczorem, by się upewnić, że wróciłam do akademika.
– Czyli nie wróciłaś do domu?
– Nie – odpowiedziała z namysłem. – Nie, bo przyklepałam sobie akademik na wrzesień i chciałam chociaż zacząć zaległe projekty.
– A rozmawiałaś z nim później? – Robert był osobliwie obcesowy.
– Raz czy dwa. O głupotach głównie. Wysłał mi kilka filmików czy czegoś tam. A o co chodzi?
Z jakiegoś powodu przystanęła na ścieżce.
– Nie wiem. Może o nic. Od trzech dni nie ma z nim kontaktu.
– Co? – Pola przetarła dłonią czoło. – Poczekaj, jak to nie ma z nim kontaktu? Pod ziemię się zapadł?
– Zniknął z Messengera. W telefonie odpowiada poczta głosowa. Innych komunikatorów nie miał.
Pola myślała gorączkowo, aż w końcu prychnęła.
– Znasz go. Pewnie zostawił telefon gdzieś w ogrodzie i zapomniał o nim. Albo go rozwalił i czeka, aż mu kurier przywiezie nowy.
– Albo nie. Słuchaj, a nie… – Robert przełknął ślinę. A nie mówił nic o problemach ze zdrowiem?
– Nie – powiedziała Pola zdecydowanie.
– Dobra, to trzymaj się. Jakby co, to daj znać.
– Jasne, w kontakcie – wymamrotała Pola.
Po zakończeniu rozmowy długo jeszcze stała nieruchomo i wsłuchiwała się w bicie własnego serca. Tego problemu już się nie dało odpędzić egzorcyzmem o nazwie „później”.
„Nie – potrząsnęła głową – nie. Na pewno nic mu nie jest”.
Ojciec był kołem zamachowym jej życia. Jesionem, na którym wspierał się świat. Kimś oczywistym, niezastąpionym i…
Odkaszlnęła, zwilżyła nagle suche usta i przyłożyła telefon do ucha.
– Numer, pod który dzwonisz, jest niedostępny – oświadczył obojętnie kobiecy głos w słuchawce.
– Czyli jednak – mruknęła Pola z niedowierzaniem. O ja pieprzę.
Nagle zapragnęła jak najszybciej znaleźć się w domu. Wedle GPSa od Pierożka, gdzie mieszkał tata, dzieliła ją godzina z hakiem pieszo.
Książkę Listy do Poli kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
