Wielopokoleniowa opowieść o dorastaniu, pamięci i miłości, która nie chce odejść. „Motyle z miasta wolności" Joanny Marat

Data: 2026-10-01 11:41:25 | aktualizacja: 2026-10-08 14:19:53 | Ten artykuł przeczytasz w 6 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Pełna emocji saga rodzinna o kobietach, które próbują odnaleźć siebie pośród wielkiej historii. 

Michalina Motyl dorasta w Gdańsku przełomu lat 80. i 90. – w świecie Polonezów, Pewexów, telewizorów dudniących od przemówień polityków i rodzinnych tajemnic, o których lepiej nie mówić głośno. W domu Motylów nic nie jest proste: matka odchodzi, ojciec próbuje ocalić rodzinę, a nad wszystkim unosi się cień trudnej historii miasta. Kiedy w życiu Michaliny pojawia się Michał – tajemniczy, charyzmatyczny mężczyzna związany z wpływową rodziną Meyerów – uczucie odmieni jej życie na zawsze. 

Równolegle toczy się opowieść o mieście rozdwojonym między polskością i niemieckością, między ruiną a odbudową, między przeszłością a nowym początkiem. Losy bohaterów splatają się tu z historią Wolnego Miasta, wojennej tragedii i narodzin współczesnej Polski.

„Motyle z miasta wolności" Joanny Marat grafika promująca książkę

Książka Joanny Marat Motyle z miasta wolności otwiera cykl Gdańskie historie. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Axis Mundi. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Motyle z miasta wolności:

Znowu zaczną się plotki, że mam ojca furiata, który drze się na matkę po nocach, zamiast robić to, co ich ojcowie, którzy po dzienniku i prognozie pogody kładli się do łóżek i po małym fiku miku z matkami zasypiali twardym, kamiennym snem, by zerwać się przed świtem i zdążyć na szóstą do roboty. Natomiast mój tata zwykle markował po nocy do późna, oglądał telewizję, aż do hymnu, bo nie musiał wstawać zbyt wcześnie – wystarczyło, że jego budzik dzwonił piętnaście po siódmej. Raz dwa się golił, wkładał czystą koszulę i garnitur i wychodził z domu za kwadrans ósma. Dzięki temu, że miał samochód (w tamtych czasach luksus niebywały), bez problemu zjawiał się w biurze minuta przed ósmą, bo wtedy jeszcze nie było korków. Jego tryb życia, a przede wszystkim to, że nie miał w zwyczaju uśmiechać się i uprzejmie zagadywać sąsiadek, budziły niechęć, a wybuchowy charakter stanowił ulubiony temat plotek. Leżąc zwinięta w kłębek pod kraciastym kocem, martwiłam się, że znowu będę musiała znosić plotki o moich rodzicach, zwłaszcza o ojcu, do którego niestety byłam podobna. Po nim miałam ciężki krok i to za sprawą jego genów brakowało mi wdzięku, gracji i fantazji. Tak jak on brałam świat na serio, nie potrafiłam obracać przykrych sytuacji w żart, trafiać w słabe punkty przeciwnika, skakać przez kozła, bezbłędnie wykonywać przewrotów w przód i w tył, stawać na rękach i na głowie. Wszystko mnie przerastało i dotykało do szpiku kości. Gdy już tego było za dużo, ponad moje jedenastoletnie siły, zaczynałam się dusić.

– Gdzie ona jest? Pytam po raz ostatni – Tata, który ponownie wparował do mojego pokoju, zerwał ze mnie koc. Jeszcze bardziej się skurczyłam i chciałam po prostu zniknąć.

– Ty coś wiesz. Jesteście z matką w zmowie. Nie odwracaj się do ściany, jak ojciec mówi do ciebie. No mów wreszcie, co się dzieje – wypowiedziawszy te słowa, chwycił mnie za ramiona, uniósł do góry i zaczął mną potrząsać. Zupełnie jak wtedy w Bułgarii. Zawsze taki sam: duży, silny, nigdzie przed nim nie mogłam uciec, więc zacisnęłam powieki, żeby nie widzieć jego wielkiej czerwonej gęby i chociaż w ten jedyny dla mnie dostępny sposób odseparować się od niego. Nie stawiałam oporu. Zniknęłam.

– No mów wreszcie, gdzie jest matka. Wiem, że zabrała swoje rzeczy. Ale ciebie nie zabrała ze sobą, więc nie powinnaś jej bronić.

Wreszcie posadził mnie z powrotem na tapczanie, a ja z ulgą poczułam, że zaczyna się atak. Moje ciało postanowiło wyratować mnie z opresji. Trochę się z tym spóźniło, jednak przyszło mi z pomocą. Moja jedyna przyjaciółka astma wreszcie dała o sobie znać. Zaczęłam się dusić. Moja twarz powoli stawała się amarantowa, nie mogłam złapać oddechu. Dobrze wiedziałam, że tata nie znosi, jak mam atak. Boi się tego. Zdarzało się, że trzaskał wtedy drzwiami i miał pretensję do matki, że jestem chora. Ale teraz sam musiał się zmierzyć z moją przypadłością.

– Gdzie jest inhalator? Gdzie on się podział? – Tata wciąż stał nade mną, zamiast zabrać się do roboty. A ja robiłam się powoli sina, kaszel nie ustawał. Mama w takich sytuacjach działała błyskawicznie i bezbłędnie, a on zachowywał się jak dupowaty pomyleniec. Stał na środku pokoju i rozglądał się bezradnie. Ten wielki wspaniały pan inżynier, mąż niewiernej żony, partyjniak, ojciec jedynej córki, która za chwilę się udusi, po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co robić. Nie miał kim komenderować. Zabrakło mamy, która zawsze potrafiła się odnaleźć w trudnej sytuacji, nie wpadała w panikę, działała i zwykle jej się udawało wychodzić obronną ręką z największych opresji (nawet wtedy, gdy czechosłowaccy celnicy chcieli ją wziąć na kontrolę osobistą). A on, nasz domowy tyran, stał teraz w stuporze i naprawdę nie wiedział, co począć. Dzwonić na pogotowie, które, jeśli nawet w końcu przyjedzie, to i tak będzie za późno, czy może raczej wezwać milicję? Wykręciłam mu niezły numer. Zobaczyłam w jego zielonych oczach bezradność i strach. Po raz pierwszy dostrzegłam w nim człowieka. I wcale mnie to nie wzruszyło. Dusiłam się naprawdę i potrzebowałam pomocy. Ja też się bałam. Zawsze w takich sytuacjach była przy mnie matka albo szkolna pielęgniarka. Nawet wredne Iwony i Marzeny wiedziały, co robić, gdy się nagle rozkasływałam.

– Proszę pani, proszę pani – ćwierkały swoimi cieniutkimi głosikami – ona znowu kaszle, znowu ma ten swój atak.

Wiedziały paskudy, że nie można mnie zostawić na pastwę astmy. Moja przypadłość budziła w nich lęk. Była jeszcze jednym powodem, żeby się ze mną nie kolegować. Nie tylko moje niemodne i dziwaczne imię, kanciasta postura, niski głos, ojciec wariat i piękna matka paradująca w okularach przeciwsłonecznych w środku marcowej szarugi, ale przede wszystkim moja choroba czyniła ze mnie odmieńca. Dziś powiedziałoby się, że astma i moje rodzinne problemy, o których niestety wiedziała cała klasa i wszyscy nauczyciele, stygmatyzowały mnie, czyniły mnie osobną i przeraźliwie samotną. A tamten wieczór, gdy prawie się udusiłam, bo tata nie mógł znaleźć mojego inhalatora, okazał się kolejną bolesną cezurą w moim jedenastoletnim życiu. Tamtego dnia nie straciłam wprawdzie życia, bo tata w końcu wytrząsnął z mojego szkolnego plecaka inhalator, ale straciłam mamę. Na zawsze.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Motyle z miasta wolności. Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Gdańskie historie. Motyle z miasta wolności
Joanna Marat 1
Okładka książki - Gdańskie historie. Motyle z miasta wolności

Wielopokoleniowa opowieść o dorastaniu, pamięci i miłości, która nie chce odejść; pełna emocji saga rodzinna o kobietach, które próbują odnaleźć siebie...

Wydawnictwo