Babibór Podlaski powoli wraca do równowagi po polowaniu na czarownice, a Alutka, Basia, Julka i Lilka szykują się na przyjazd pierwszych gości do swojego wymarzonego pensjonatu. Wszystko byłoby idealnie, gdyby tylko Marlena Maślankiewicz nie sięgnęła po karty tarota.
Gość w dom, Bóg w dom? Nie tym razem. Czworo letników natychmiast zaburza spokój Szczęśliwego Losu, a wśród nich prym wiedzie zarozumiały etnograf zakochany w słowiańskich legendach o rusałkach i zatopionych skarbach. Kiedy jego ciało zostaje wyłowione z jeziora, Babibór nie ma wątpliwości: prawdziwa zabawa właśnie się zaczęła. Czterem właścicielkom siedliska pozostaje tylko jedno: rozwiązać zagadkę, zanim spełni się dalszy ciąg przepowiedni. Wiadomo wszak, że w Babiborze o gusłach się nie dyskutuje, a klątwy, uroki i czary są tak samo rzeczywiste jak ciasto z wiśniami Sabiny Szymczakowej.

Nieszczęścia chodzą czwórkami Małgorzaty Starosty – czwarty tom zabójczo zabawnej serii W siedlisku – zaprasza czytelników do rozwikłania prawdopodobnie najmroczniejszej i najgroźniejszej tajemnicy podlaskiej wsi – bynajmniej nie spokojnej, ale bardzo wesołej. Do lektury zachęca Wydawnictwo Vectra. Dziś na naszych łamach prezentujemy premierowy fragment książki Nieszczęścia chodzą czwórkami:
Rozdział 1
Do pokoju Marleny Maślankiewicz nie wchodziło się przypadkiem, choć wiele osób lubiło twierdzić, że właśnie tak było: akurat przechodziły (ciekawe dokąd, skoro jej królestwo znajdowało się na końcu korytarza), tak jakoś się złożyło, właściwie to nic ważnego, tylko chciały sprawdzić, czy wszystko w porządku, a skoro już się znalazły w progu, to głupio zawracać, zwłaszcza że drzwi i tak były otwarte, a ona siedziała przy stole, jakby czekała.
Owszem, czekała, jak zawsze, bo w przeciwieństwie do swoich gości doskonale wiedziała, kiedy coś się święci, a duchy przodków i inne istoty służebne zsyłały jej wiadomość do przekazania. Komu, od kogo i co to za wiadomość okazywało się dopiero we właściwej chwili. Miała więc w zwyczaju czekać na ludzi, którzy sami jeszcze nie wiedzieli, po co przychodzą.
W pokoju jak zwykle panował półmrok. Bynajmniej nie dlatego, że babcia Maślankiewiczowa unikała słońca – przeciwnie. Jako ascendentalny Lew sama była ucieleśnieniem słonecznej energii, ale nieszczególnie lubiła, kiedy niewielka klitka w ośrodku opieki nad osobami starszymi, nazywanym domem spokojnej starości, nagrzewała się niczym sauna. Okna były więc uchylone, firanki lekko poruszały się na wietrze, który niósł ze sobą zapach lipca: ciepły, z domieszką trawy i kurzu, dziwnie ciężki, jakby świat już wiedział, że to będzie długi i trudny dzień. Marlena także to czuła, choć jeszcze nie potrafiła uchwycić właściwego przekazu od wszechświata. Swędziały ją opuszki palców, kark wydawał się nienaturalnie spięty, a tępy ucisk w mostku zwiastował niedobre wieści.
Na stole przed staruszką leżała talia kart ułożonych w równy stos, jak coś, co może zostać użyte, ale równie dobrze może zostać nietknięte, jeśli nie będzie potrzeby. Karty były stare, miękkie na brzegach, z lekko startym nadrukiem, który nie przeszkadzał w czytaniu, bo Marlena i tak nie patrzyła na nie w ten sposób, w jaki patrzą ludzie uczący się ich znaczeń z książek. Obok kart paliła się biała świeca, wokół niej kobieta rozłożyła kolorowe kryształy. Pozostawało więc jedynie wezwać duchy i skupić się na wiadomości.
– Zaczynamy – powiedziała do siebie, a może do kogoś innego.
Strząsnęła niechcianą energię z dłoni, odchrząknęła trzy razy, zamruczała jakąś mantrę i klasnęła. Zawsze tak robiła, choć sztuka wcale tego nie wymagała. Marlena Maślankiewicz lubiła robić wszystko po swojemu. Mądra kobieta.
Wyciągnęła rękę po talię kart i w tym samym momencie zastygła w tej dziwacznej pozie. Przez moment nawet nie oddychała. Wpatrywała się błyszczącymi oczami w drzwi, które cicho skrzypnęły i uchyliły się na kilka centymetrów. W wąskiej szparze pojawiła się głowa.
– Dzień dobry, Basiu – przywitała właścicielkę głowy Marlena.
Dziewczyna zawahała się na moment w progu, jakby chciała się upewnić, że to do niej, chociaż w pomieszczeniu nie było nikogo więcej, a już na pewno nikogo o imieniu Basia.
– Dzień dobry – odpowiedziała cicho.
– Dzień dobry – powtórzyła seniorka rodu Maślankiewiczów, już nie patrząc w stronę przybyłej. – Pytanie masz?
Barbara Bilska skinęła głową, cichutko weszła do pokoju, zamknęła drzwi, po czym usiadła ostrożnie naprzeciwko Marleny, jakby krzesło mogło się pod nią załamać albo jakby to, co zamierzała powiedzieć, wymagało szczególnego ustawienia ciała.
– Mam.
– To dobrze – odparła Marlena. – Bez konkretnego pytania jedynie się zgaduje.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Staruszka trzymała karty w dłoniach i szeptała do nich coś, co nie brzmiało jak żaden znany Basi ludzki język. Zwierzęcy zresztą też nie, ewentualnie przywodziło na myśl mruczenie niezadowolonego bawoła. Marlena miała zamknięte oczy i wydawała się zupełnie niewzruszona tym, że siedząca naprzeciwko niej młoda kobieta prawdopodobnie uważa ją za wariatkę.
– Chciałabym zapytać o nasz biznes – wypaliła w końcu Basia. – To znaczy o przyszłość siedliska. Naszego hotelu i w ogóle…
Marlena otworzyła jedno oko, które błysnęło, gdy skierowała je na bladą twarz czarnowłosej kobiety. Zanim uchyliła drugą powiekę, przyglądała się przez chwilę swojej gościni, jakby szukała czegoś, co nie miało nic wspólnego ze słowami.
– Może być – powiedziała w końcu.
Nie zabrzmiało to jednak jak zgoda, raczej jak zaakceptowanie cudzej opinii, która nie zmieniała niczego istotnego w jej własnej. Wzięła karty do ręki i zaczęła je tasować. Robiła to z wprawą godną krupierów zatrudnionych w najbardziej prestiżowych kasynach. Karty płynnie przesuwały się między palcami Marleny w rytmie, który nie był ani za szybki, ani zbyt wolny. Dziewczyna patrzyła na to z podziwem, jakby poziom sprawności dziewięćdziesięciolatki nie mieścił jej się w głowie.
– Przełóż – poleciła jej Marlena.
Basia ostrożnie przełożyła połowę talii, oddając kartom niemal nabożną cześć. Staruszka energicznie ułożyła je na stole w skomplikowany wzór. Trzy kolumny, cztery rzędy i jedna dodatkowa karta na środku. Przez chwilę, która Basi wydała się tak długa jak egzamin z rachunku prawdopodobieństwa, patrzyła na nie bez słowa. Przestała nawet mrugać, co dawało upiorne wrażenie obcowania z kimś nieżywym.
Dziewczyna pochyliła się lekko do przodu.
– Coś jest… nie w porządku? – zapytała ściszonym głosem.
Marlena nie odpowiedziała. Sięgnęła po leżące na stosie pozostałe karty i wyjęła tę ze spodu. Ściągnęła usta w wyrazie niezadowolenia. Zaraz też wyciągnęła kolejną kartę. Zatrzymała się na niej spojrzeniem moment dłużej niż na poprzedniej, a jej czoło zyskało dodatkową głęboką zmarszczkę.
Dziewczyna gwałtownie nabrała powietrza.
– Ja tylko chciałam wiedzieć, czy…
– Wiem, dziecko, wiem – przerwała jej spokojnie Marlena i odwróciła trzecią kartę.
Teraz spojrzała na cały układ, który zaczynał nabierać sensu. Może niekoniecznie wróżył dobrze, ale z pewnością opowiadał jakąś historię. Stara szeptucha zamknęła oczy i znów wymruczała jakąś mantrę czy inne zaklęcie. Basia zaczęła podejrzewać, że medium nie tylko komunikuje się z wszechświatem, bogami, duszami czy w co tam kto wierzy, ale też z kosmitami. Chyba słyszała coś podobnie brzmiącego jak to mruczenie w którejś części Gwiezdnych wojen.
– Ta wiadomość nie dotyczy biznesu, Basiu – powiedziała w końcu Marlena.
– A… czego?
Marlena nie odpowiedziała. Sięgnęła po pierwszą kartę leżącą w górnym rzędzie. Jej twarz nie zmieniła się wyraźnie, ale w spojrzeniu było coś, co bardzo zaniepokoiło Barbarę, choć nie potrafiła sprecyzować, co dojrzała w oczach szeptuchy.
– Ludzi – oznajmiła staruszka.
– A może pani konkretniej? – zirytowała się Basia, która nade wszystko nie znosiła niejasności.
– Jeszcze ich nie znasz – mruknęła staruszka. – Tych ludzi. Spodziewasz się gości.
To nie było pytanie. Dziewczyna głośno przełknęła ślinę i przesunęła dłońmi po stole, jakby chciała je gdzieś położyć, ale nie mogła znaleźć miejsca. Z nieznanego powodu czuła dziwne napięcie, jakby powietrze w pokoju Marleny zgęstniało.
– A nawet jeśli… – zawahała się – …to co w tym złego?
– Wszystko zależy od tego, kiedy się zorientujesz, że to oni są źródłem nieszczęścia – odparła tarocistka.
Basia spojrzała na karty. Potem na Marlenę. I znów na karty. Zupełnie nie znała się na tych wszystkich astrologicznych i ezoterycznych bzdurach, ale odkąd zamieszkała w Babiborze Podlaskim, widziała rzeczy, które nie śniły się żadnym filozofom ani nawet psychiatrom, co spowodowało pęknięcia w jej systemie przekonań. Może i nie szukała kwiatu paproci w noc Kupały, ale co do nieistnienia klątw nie miała już takiej pewności.
– No dobrze, niech pani mówi – zdecydowała w końcu. – Co ma być, to będzie, a lepiej być przygotowanym. Chyba…
W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Nieszczęścia chodzą czwórkami. Powieść kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
