HUŚTAWKA

Autor: Lady_Mary

   Kobieta odłożyła słuchawkę i przeciągnęła się za biurkiem. Spojrzała na wiszący na ścianie zegar. Wyglądał jak jakiś naprawdę wartościowy i elegancki przedmiot, w rzeczywistości była to zwykła imitacja ze sklepu z tanimi rzeczami. Najważniejsze, że działał i akurat teraz pokazywał tę godzinę, na którą czekali wszyscy pracownicy biura.
    - Jak cudownie! Piętnasta w piątek! Nareszcie weekend! – uśmiechnęła się do siedzącej przy biurku obok rudowłosej koleżanki. – Masz jakieś plany?
    Ruda potrząsnęła burzą loków i pochyliła się w jej stronę tak, jakby chciała jej zdradzić największą tajemnicę.
    - Mam umówioną wizytę u fryzjera i manikiurzystki. – spojrzała na swoje dłonie, a po chwili na dłonie koleżanki – Swoją drogą, też by ci się przydała taka wizyta, Magda. Jeśli chcesz, to dam ci numer mojej kosmetyczki. Co ty na to?
    - Nie… raczej nie, ale dzięki za troskę, Ulka. Wiesz, teraz będę miała sporo roboty i to takiej, że wizyta u kosmetyczki byłaby tylko marnowaniem pieniędzy.
    - A, no tak, zapomniałam, że się przecież wprowadzasz teraz do nowego domu! – Ulka klepnęła się dłonią w czoło aż podskoczyły jej kosmyki rudych włosów. – Nie żałujesz, że kupiliście dom na wsi? Będziesz miała teraz kawał drogi do pracy, nie?
Magda potrząsnęła przecząco głową
    - No co ty! Tam jest wspaniale: cisza, spokój, zdrowe powietrze… Czego więcej można chcieć? A do pracy będę miała co najwyżej piętnaście kilometrów, to nie jest tak daleko przecież.
    - Ja chyba jestem zbyt wielkim mieszczuchem, nie mogłabym mieszkać na wsi… - Ula zamyśliła się przez chwilę. – Ale przecież ja cię teraz zatrzymuję niepotrzebnie, a pewnie się spieszysz do nowego domciu! Dobra, już ci nie przeszkadzam! Leć już!
    - No to do zobaczenia w poniedziałek! Miłego weekendu, Ulka!
    - I nawzajem! Nie przemęcz się tam za bardzo przy tej przeprowadzce, ok?
    Magda zaśmiała się krótko. Cmoknęła Ulę w policzek i wyszła z biura.
    Na parkingu znalazła swojego starego golfa, wrzuciła na tylne siedzenie torebkę i usiadła za kierownicą. Nie ruszyła jednak tak od razu, lecz najpierw przez chwilę siedziała w ciszy i spokoju. Przypomniała sobie te wszystkie miesiące, w czasie których próbowała wraz z Pawłem, swoim mężem, sprzedać ich mieszkanie w mieście i poszukać czegoś na wsi. Było ciężko, ale w końcu się udało i nareszcie mogą się wprowadzić do swojego nowego domu.
    Kiedy pojechali tam pierwszy raz, Magda od pierwszego wejrzenia zakochała się w tym domu i w okolicy. Co prawda otoczenie było nieco zaniedbane, bo dom przez pewien czas stał pusty, więc trzeba będzie się zająć zarośniętym ogródkiem, ale to dopiero później. Pierwszeństwo ma sam dom i wszystko, co jest związane z przeprowadzką. Ogródek i jego oczyszczanie z krzaków to przecież nie taka pilna sprawa.
    Magda ocknęła się z zamyślenia i uruchomiła silnik. Wyjechała z parkingu przed biurem i włączyła się do ruchu. Tym razem jednak skręciła w przeciwnym kierunku do tego, jaki obierała zazwyczaj. Zamiast w kierunku centrum miasta, pojechała w kierunku wsi, ku swojemu nowemu życiu.

    Jadąc cały czas z dozwoloną prędkością mogła sobie pozwolić na oglądanie krajobrazu, który się rozciągał po obu stronach krajowej „siedemnastki”. Pola, łąki, całe morza falujących zielonych traw… Takie to wszystko było dla niej nowe, inne niż te wszystkie do tej pory oglądane przez nią bloki w kolorze szarości i odrapane fasady kamienic, z których płatami odpadała farba wraz z tynkiem, co Magdzie kojarzyło się z widokiem osoby cierpiącej na jakąś zaawansowaną łuszczycę.
    Po przejechaniu mniej więcej dziesięciu kilometrów Magda zjechała z krajowej 17-tki na boczną szosę. Tutaj nawierzchnia nie była już tak równa jak na drodze krajowej. „No cóż, trzeba będzie się przyzwyczaić.” – pomyślała. Nieco zwolniła, żeby móc spokojnie i bez ostrych szarpnięć omijać dziury w jezdni. Jechała tędy dopiero kilka razy, a teraz po raz pierwszy jako kierowca, nie bała się jednak, że zgubi drogę, bo właściwie nie było tutaj jakichś rozwidleń, więc miała pewność, że jedzie dobrze. A w razie czego miała dzwonić do Pawła. Pamiętała, że ma przejechać koło lasu, który widziała już nawet przed sobą po lewej stronie.
    - Tylko pamiętaj, żeby tam przy lesie uważać na zakręcie, bo jest dosyć ostry, a z przodu zawsze może ci wyjechać jakiś szaleniec! – odezwały jej się w głowie słowa Pawła.
    - Pamiętam, pamiętam.- odpowiedziała na głos i po sekundzie uświadomiła sobie, że przecież jest sama w samochodzie.
    - Głupia! Już z tej radości gadasz sama do siebie! – powiedziała znowu na głos i zachichotała.
    Po drodze podziwiała małe, spokojne domki, niektóre częściowo ginące wśród krzaków bzu lub jaśminu. Obok prawie wszystkich domów rosły jakieś drzewa owocowe: jabłonie, wiśnie, czereśnie, mirabelki czy śliwki. „U nas też tak będzie!”, postanowiła w myślach. „Może kiedyś, jak będziemy mieli dzieci, będą miały frajdę, że mogą sobie ot tak, po prostu wyjść do ogrodu i zjeść coś zdrowego i słodkiego. Ja tak dobrze nie miałam. Żeby coś takiego dostać, musiałam sobie to kupić. Moje dzieci muszą mieć lepiej!”
   Jadąc obok lasu starała się uważnie patrzeć na drogę, by nie dać się zaskoczyć w razie, gdyby rzeczywiście zza zakrętu wyskoczył jakiś szaleniec, przed którym ostrzegał Paweł.
   Kątem oka zauważyła, że w rowie oddzielającym las od jezdni bawiła się mała ciemnowłosa dziewczynka. Długie, kruczoczarne warkocze, przewiązane były niebieskimi wstążkami. Dziecko mogło mieć jakieś pięć lat i, zdaniem Magdy, było troszkę za lekko ubrane jak na taką pogodę. Co prawda świeciło słońce i na niebie nie było żadnej chmurki, pojawiały się jednak od czasu do czasu dosyć silne podmuchy wiatru, które sprawiały, że temperatura odczuwalna była o wiele niższa od rzeczywistej. Dziewczynka natomiast miała na sobie tylko spodenki-ogrodniczki z kieszonką na piersiach. Spod szelek nie wystawały jednak rękawki żadnej bluzeczki, co Magdę lekko oburzyło.  „Ciekawe, gdzie jest matka tego dziecka. Nie dość, że pozwala się bawić małej tak blisko szosy, to jeszcze tak lekko ją ubrała! Gdybym ja była matką tej dziewczynki, na pewno nie pozwoliłabym, by moje dziecko było narażone na jakieś przeziębienie, a może nawet zapalenie płuc!”. Magda z oburzeniem pokręciła głową.
    Kiedy jednak zbliżyła się do miejsca, gdzie wcześniej była dziewczynka, dziecka już tam nie było. Na krzaku dzikiej róży, który rósł w przydrożnym rowie, trzepotała na wietrze tylko jedna samotna niebieska wstążka do włosów. „Dziwne…”, pomyślała Magda. „Może pobiegła gdzieś do lasu… A to jeszcze gorzej świadczy o matce!”, z oburzeniem potrząsnęła burzą ciemnobrązowych włosów i dodała nieco gazu.
    Po mniej więcej siedmiu minutach zaparkowała przed lekko zardzewiałą bramą wjazdową. Zauważyła, że na podwórku kręcił się już Paweł wraz z ludźmi od przeprowadzek. Właśnie kończyli rozładowywać ostatnie rzeczy z samochodu dostawczego. Piętnaście minut później mężczyzn już nie było, a Paweł i Magda zostali sami z całą masą obowiązków do wykonania. Mimo wszystko byli szczęśliwi, że rozpoczynają nowe życie w nowym miejscu.
    Przez całe popołudnie i wieczór Paweł i Magda ustawiali meble i rozpakowywali niezliczone pudła.
    - Skąd się tego tyle nabrało? – zapytał w pewnym momencie Paweł, ocierając pot z czoła. – To wszystko na pewno nasze? Może to ci faceci od przeprowadzek nam coś podrzucili?
    - Niestety, kotku, ale to wszystko należy do nas i musimy sobie z tym poradzić sami. – Magda się uśmiechnęła i pocałowała Pawła w sam czubek nosa.
    W ferworze rozpakowywania się Magda całkiem zapomniała o dziecku przy drodze. Dopiero wieczorem sobie o nim przypomniała, gdy jej wzrok padł przypadkiem na starą huśtawkę. Akurat przesuwali szafę, która miała być ostatnia tego dnia, gdy nagle wyjrzała przez okno na stary, zaniedbany ogród. Krzewy i chwasty osiągnęły już wysokość dorosłego mężczyzny, a niektóre były jeszcze wyższe. Pośród wybujałych, od dawna nie przystrzyganych krzaków róż zobaczyła wystające czubki czegoś, co przypominało skrzyżowane u góry drewniane drągi. Gdy przyjrzała się lepiej zobaczyła również poprzecznie ułożoną na prowizorycznych stojakach belkę, z której zwisały stare, zardzewiałe już łańcuchy. Po całym dniu mocnych podmuchów wiatru wieczór był wyjątkowo spokojny i nawet najdrobniejszy listek nie poruszał się w ogrodzie. Również huśtawka zwisała smętnie i żadna siła nią nie poruszała.
    - Paweł, zobacz – Magda przestała przesuwać mebel. – Czy to nie jest przypadkiem huśtawka?
    Paweł przecisnął się między ukośnie stojącą szafą a ścianą i podszedł do okna.
    - Rzeczywiście. Wiesz, jak zechcesz, to później mogę powycinać te krzaczory i trochę ją odnowić. Albo w ogóle wstawić nową, bo ta nie wygląda na bezpieczną. Na pewno już drewno zbutwiało.
    - Naprawdę mógłbyś to zrobić? – Magdzie oczy zabłysły jak małemu dziecku na widok prezentów pod choinką. – Jesteś kochany!
    Rzuciła się na szyję Pawłowi i natychmiast go puściła, by pobiec do kuchni. W prawie polowych warunkach udało jej się wynaleźć na szybko coś do zjedzenia na kolację.   Zjedli w blasku gołej żarówki smętnie zwisającej pod sufitem. Magda postanowiła, że założenie żyrandola w kuchni będzie jutro jej najważniejszym obowiązkiem, bo jednak sama żarówka bez abażuru nie daje takiego poczucia domowego ciepła. Szczerze mówiąc czuła się w jej blasku nieco nieswojo, prawie jak w koszarach na starych filmach wojennych…
    Po całym dniu męczących zajęć obydwoje byli bardzo zmęczeni. Ułożyli się więc na podłodze, na której uprzedni rozłożyli karimaty i śpiwory. Łóżka służyły niestety chwilowo jako skład pudeł i mniejszych mebli, więc nie mogli z nich skorzystać. Byli jednak tak wyczerpani, że nie zwracali uwagi na brak wygód. Przed snem Paweł uchylił jeszcze okno w sypialni, bo w pomieszczeniu zrobiło się bardzo duszno. Niewiele to jednak pomogło, gdyż na zewnątrz nadal nie było najlżejszego nawet podmuchu.
    - Paweł… - Magda zagadnęła spod swojego śpiwora.
    - Hmm? – usłyszała mruknięcie zza swoich pleców.
    - Śpisz?
    - Nie. Jeszcze nie.
    - Wiesz, jadąc tutaj spotkałam po drodze małą dziewczynkę. Była naprawdę śliczna. Taka mała czarnulka. I wiesz co? Jak się tak zastanowię teraz, to mogę powiedzieć nawet, że była nieco do ciebie podobna.
    - To dlatego była śliczna. – zaśmiał się Paweł.
    - Ale ja mówię poważnie! – Magda usiadła w swoim śpiworze. – Wyglądała tak na jakieś może pięć lat. I była tak cieniutko ubrana. Nie rozumiem, jak można być taką matką, żeby tak na dziecko nie uważać.
    - No też, nie masz już o czym myśleć, tylko o cudzych dzieciach. – Paweł przysunął się bliżej i wymruczał jej do ucha – A może byśmy tak pomyśleli o naszym…
    - Paweł, nie dzisiaj. – Magda odwróciła się do niego plecami i udawała, że zasypia. Paweł po chwili też się położył.
    Tymczasem Magda wcale nie spała. Ciężko przełykała ślinę, gdy do głowy przyszła jej jedna myśl. „Pięć lat… Tyle miałoby już nasze dziecko… Gdyby żyło… Nawet o niczym nie wiedziałeś. Nie chciałam cię denerwować. Planowaliśmy wtedy wspólne życie, ale musieliśmy zdobyć stabilne pozycje w naszych zakładach pracy. Nie mogliśmy sobie wtedy pozwolić na dziecko. Może kiedyś powiem ci prawdę, kochanie. Ale na razie to pozostanie moją tajemnicą.” Magda przymknęła oczy, a spod powiek potoczyły się dwie łzy, które powoli spłynęły po policzkach i wsiąkły w materiał śpiwora.
    Kilka godzin później Magda otworzyła oczy. Spojrzała kątem oka na Pawła, ale ten nadal twardo spał. A skoro tak, to znaczy, że to nie on był powodem, dla którego się obudziła. Po cichu wysunęła się ze swojego śpiwora i spojrzała na wyświetlacz komórki, która leżała tuż przy jej posłaniu. Była północ. Ale poza zegarkiem na wyświetlaczu nie było żadnej informacji o nowych połączeniach ani SMS-ach. Magda czuła, że obudził ją jakiś dźwięk, ale w tej chwili nie mogła sobie przypomnieć, co to takiego było. Na palcach przeszła po pokoju, pilnie nasłuchując, ale nadal nic nie wychwyciła. Chwilę później jednak znów go usłyszała. Nie dochodził on jednak z wnętrza pokoju, ale z zewnątrz. Magda podeszła do uchylonego okna. Powietrze znowu stało w miejscu i żaden listek w ogrodzie nie poruszał się pod wpływem wiatru. Coś jednak zwróciło uwagę Magdy. Poruszenie wśród bezruchu.
    Magda jak zaczarowana wpatrywała się w starą, zmurszałą ogrodową huśtawkę. Skrzyyyp… Skrzyyyp… Skrzyyyp… Zardzewiałe łańcuchy poruszały się jak wahadła, wydając przy tym piszcząco-zgrzytający dźwięk. Patrząc na urządzenie, które w blasku księżyca rzucało dziwne i złowrogie cienie, Magda miała wrażenie, że ktoś dopiero co je opuścił. Że gdyby spojrzała na nie pięć sekund wcześniej, mogłaby zobaczyć jakieś dziecko, które właśnie z niego zeskoczyło po sprawiającym mnóstwo przyjemności huśtaniu. Do głowy przyszła jej jednak pewna myśl: Jakie dziecko huśta się w środku nocy na starej huśtawce, a w dodatku w ogródku u obcych ludzi?
    Magda poczuła się przez chwilę tak, jakby jej ktoś dotknął kostką lodu wzdłuż kręgosłupa. Objęła się ramionami i próbowała rozetrzeć gęsią skórkę. Ponownie spojrzała na huśtawkę. Ta przestała się już kołysać i skrzypieć. Magda zastanawiała się, czy przypadkiem nie lunatykowała i czy to wszystko jej się nie przyśniło. „Przecież teraz wszystko wygląda normalnie, może to był rzeczywiście tylko sen”, pomyślała. Postanowiła znowu się położyć.
    Mogłaby jednak przysiąc, że idąc w stronę śpiącego Pawła, usłyszała tupot dziecięcych stópek dochodzący gdzieś z ogrodu i coś, co przypominało dziecięcą wyliczankę…

    Minęły trzy tygodnie od czasu przeprowadzki. Z każdą nocą Magda przyzwyczajała się coraz bardziej do skrzypienia ogrodowej huśtawki i tupotu małych nóżek. Z czasem prawie zupełnie przestały jej przeszkadzać. Tak jak i cienki dziecięcy głosik, który coraz częściej słyszała nocami w swojej głowie. Być może to wszystko jej się tylko śniło, Magda uważała jednak, że za każdym razem odgłosy były bardziej realne. Już się jednak nie budziła w nocy i nie podchodziła do okna na każde zawołanie. Tak jej się przynajmniej wydawało.
    Magda otworzyła oczy i oślepiło ją poranne słońce wpadające do pokoju. W głowie mimo woli dźwięczał jej jeszcze skrzyp huśtawki, melodia wyliczanki i piskliwy głosik małej dziewczynki:
    - Mamusiu! Chodź do mnie! Pobaw się ze mną wreszcie, mamusiu!
    Magda wstała i przetarła oczy wierzchem dłoni. Pawła nie było już obok. Kobieta przeciągnęła się stojąc przy szerokim łożu, które zdążyli wstawić do pokoju, by nie spać już więcej w śpiworach. Z kuchni dolatywał zapach świeżej kawy i dźwięk przesuwanych naczyń. Magda weszła do kuchni.
    - Cześć, kochanie. Jak ci się spało? – cmoknęła Pawła w policzek.
    - Cześć. Spało mi się dobrze. No, może poza jednym małym incydentem, ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić.
    - Ale co masz na myśli? – Magda popatrzyła mu w oczy.
    - Nie, nic takiego. – Paweł próbował się wykręcić, ale jego żona nie dawała za wygraną.
    - Ej, no, Paweł! Powiedz, o co chodzi! – nalegała.
Mężczyzna westchnął.
    - To nic takiego, naprawdę. Tylko… Widzisz… Odkąd się tu przeprowadziliśmy, ty… ciągle lunatykujesz. Co noc.
    - Co? – Magda zrobiła głupią minę – Przecież ja nigdy nie chodziłam we śnie!
    - Ale teraz to robisz. Co noc wstajesz i podchodzisz do okna, a kilka razy znalazłem cię nawet przy tej huśtawce w ogrodzie.
    - Żartujesz sobie ze mnie, prawda?
    - Nie, jestem jak najbardziej poważny. I trochę zaczynam się o ciebie bać, kotku.
    - Zupełnie niepotrzebnie. To, że mi się coś takiego zdarzyło, mogło być spowodowane na przykład stresem związanym z przeprowadzką a… albo fazami księżyca… - Magda z przejęcia zaczęła się jąkać, co jej się do tej pory nigdy nie zdarzało – I na pewno nie wychodzę w nocy do ogródka. Coś ci się musiało przyśnić!
    - Może i tak, ale dałbym sobie głowę uciąć, że już nieraz przyprowadzałem cię w środku nocy z powrotem do pokoju.
    - Niemożliwe! – Magda wzięła swój kubek z kawą i odwróciła się na pięcie – Do ogródka to ja wychodzę, owszem, ale teraz, a nie po nocy.
    - Nie zjesz ze mną śniadania?
    - Nie jestem głodna.
    Magda wyszła z domu niosąc kubek gorącego napoju, który przyjemnie rozgrzewał jej dłonie. Kobieta żałowała, że nie założyła jakiegoś swetra na siebie, bo poranny wiatr wiał dosyć mocno. Ale Magda była zbyt uparta, by przyznać się do jakiejkolwiek słabości, nawet takiej jak niska odporność na chłód, więc postanowiła nie wracać po okrycie.
Weszła do ogródka przez małą furtkę koło domu. Powoli, krok po kroku, zbliżała się do huśtawki. „Co mnie tutaj tak przyciąga w nocy?”, zastanawiała się. „O ile to w ogóle prawda. Może Paweł sobie tylko tak żartował. No tak, a huśtawkę obiecał naprawić już dawno temu i do tej pory tego nie zrobił!”, Magda pokręciła głową i spojrzała na butwiejące kawałki drewna, które kiedyś służyły za siedzisko. Jej wzrok wędrował w górę, cały czas natykając się na zniszczenia, jakich dokonał czas.
    Paweł obserwował ją przez okno. „Kurczę, obiecałem jej tę huśtawkę. Może powinienem sprawić jej jakąś małą przyjemność? Może będzie się lepiej czuła?”
   Postanowił wziąć się po męsku do roboty. Gdzieś wśród jeszcze nie rozpakowanych pudeł była jego skrzynka z narzędziami. Gdy mieszkali w bloku, używał jej bardzo rzadko. No, szczerze mówiąc, to w ogóle jej nie używał. Odkąd dostał ją od dziadka na któreś urodziny, tak leżała zamknięta na dnie szafy. Teraz postanowił wreszcie zrobić z niej użytek. W końcu to poważne zadanie!
   Zszedł po betonowych schodkach do piwnicy. W powietrzu czuć było nieco wilgoć, ale i tak postanowili złożyć tutaj część pudeł, bo na strychu jeszcze nie było miejsca. Rozejrzał się, szukając wzrokiem znajomego kształtu. Gdy wypatrzył skrzynkę, ruszył w jej stronę, po drodze zahaczając nogą o kartonowe pudło. Było niedomknięte, a poruszone przez Pawła przewróciło się, rozsypując całą swoją zawartość na betonowej podłodze.
   - Cholera! – zaklął mężczyzna i zabrał się za zbieranie przeróżnych papierów i upychanie ich z powrotem w pudle. Jego wzrok przyciągnął świstek, na którym widniał znany mu kształt. Nawet w słabym świetle latarki rozpoznał logo najsłynniejszej w okolicy kliniki. Wziął dokument do ręki i przysunął sobie bliżej oczu. Popatrzył na podpis lekarza. Bohomaz był nie do odczytania, ale pod nim widniała pieczątka. „Adam Gruda, ginekolog-położnik”. Paweł pewnie nie zwróciłby większej uwagi na kartkę, w końcu to sprawa Magdy, do którego lekarza chodzi, gdyby nie kilka słów, które wyróżniały się na tle innych, bo były zapisane wytłuszczonym drukiem.
   „Wynik badania: pozytywny”
   Paweł spojrzał na datę. 7 lipca 2002 roku. Sześć lat temu. Sześćć lat temu byli już małżeństwem. A on o niczym nie wiedział? Jak to możliwe? Myśli kołatały się w jego głowie jak szalone. Szum w uszach sprawiał, że nie słyszał już nic, co dochodziło z zewnątrz. Liczył się tylko zamęt, który zapanował w jego sercu. Czuł się tak, jakby cała piwnica i jej zawartość zawirowała wokół niego. Gdzieś z daleka dochodził tylko dziwny dźwięk. Coś pomiędzy skrzypieniem a zgrzytaniem. Potem rozległ się odgłos tupotu małych stópek, w tle słychać było jakąś dziecięcą wyliczankę z charakterystycznym dzieleniem na sylaby. Nie mógł rozróżnić słów, ale głosik stawał się jakby coraz bliższy i wyraźniejszy. Miał wrażenie, że są to cały czas te same słowa powtarzane w kółko. W końcu dotarł do niego sens śpiewanej piosenki. Z przerażeniem rzucił się w kierunku schodów potykając się o dziesiątki pudeł.
    - Magda! Magda! – boleśnie uderzając się o futrynę, wybiegł na dwór, przez cały czas wołając żonę. W uszach dźwięczał mu ciągle cienki dziecięcy śmiech i powtarzana w kółko wyliczanka:

Huśtu, huśtu, moja mamo,
Zostawiłaś mnie tu samą.
Dzidzia bawić się nie może,
Bo nie żyje, ty potworze!

    - Magda! – Paweł wbiegł do ogródka, ale raptownie zatrzymał się w miejscu – Magda…
   Obok huśtawki leżały skorupy z rozbitego kubka Magdy. Jej szyja przewiązana była niebieską apaszką. Paweł zauważył, że jej nie miała, gdy wychodziła z domu. Spojrzał w górę. Teraz widział wyraźnie, że to nie była żadna apaszka, ale dziewczęca wstążka do włosów. Jej końce, które powinny się miekko układać na szyi Magdy, przymocowane były do haka, z którego zwisały łańcuchy starej huśtawki. Ciało lekko kołysało się pod wpływem wiatru, a obok niego huśtawka, wydając przy tym skrzypiący dźwięk.
    - Magda…
Paweł upadł na kolana i zaczął płakać.
Gdzieś w oddali usłyszał radosny dziecięcy głosik, w którym, mógłby przysiąc, pobrzmiewała nutka czegoś, co mogło być prawie… radością z zemsty…?
   W powietrzu rozlegało się skrzypienie huśtawki i śpiewana w kółko wyliczanka. Tym razem jednak jej słowa były inne.

Huśtu, huśtu, huśtaweczko,
Kołysz mamę wraz z córeczką.
Dzidzia już się bawić może!
Też nie żyjesz, ty potworze!

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy