Obecność

Autor: niepoznana

Spotkałam Go nagle. Dokładnie sama nie wiem kiedy. Po prostu się pojawił i był, i istnieje do dzisiaj. Pamiętam jak odkryłam Jego obecność w moim życiu. Dotąd byłam pewna, że brnę przez nie sama, że każdy kolejny dzień odczuwam jedyna i nikt mnie nie rozumie tak jakbym chciała. Nagle dotarło do mnie, że ktoś śledzi moje ruchy, przygląda mi się, łapie za rękę ukradkiem, kładzie dłoń na ramieniu, gdy jest mi źle. Że nie jestem sama, samotna. Odtąd próbowałam dowiedzieć się kim On jest. Pilnie przysłuchiwałam się czy szepcze, wypatrywałam Jego kroków, czekałam na chwilę, gdy znów dotknie mej dłoni. Z rozczarowaniem stwierdziłam, że czuję, ale nie umiem ujrzeć. Zawsze, gdy byłam blisko, gdy czułam Jego obecność i odwracałam się- znikał. Niewidzialny przyjaciel? Tajemniczy wielbiciel? Anioł stróż? Po kilkunastu, bezowocnych próbach dałam sobie z tym spokój. Czekałam, aż sam się ujawni, gdy będzie gotowy. Z utęsknieniem czekałam, aż przyjdzie. Czasem miałam wrażenie, że nigdy mnie nie opuszcza, że jest ze mną cały czas. Ale to tylko aura Jego obecności unosiła się i opadała na mnie każdego wieczoru przedzierając się przez zasłonę nocy i wkraczając w me sny, w myśli bez wyraźnej zgody. Otwierałam się i już nie bałam. Gdy był czułam się bezpiecznie i szczęśliwie, odwzajemniałam Jego dotyk próbując zatrzymać na dłuższą chwilę Jego dłoń w swojej dłoni, Jego usta, gdy szeptały mi do ucha słowa pociechy i zapewnienia obecności. Czułam, tak bardzo Go czułam i …zakochałam się bez pamięci w Jego dotyku, szepcie, w rytmie Jego kroków , w zapachu obecności… Pachniał wiosną, woń kwiatów przepełniała moje ciało, gdy tylko się pojawiał- bez i jaśmin, aster, lilia…… To był zapach, którego nigdy nie znałam. To był Jego zapach. Nowa woń, woń naszej miłości. Nazywałam Go Wybawcą, ponieważ wybawił mnie z kłopotów, a przede wszystkim z destrukcyjnej samotności, której niszczycielskiego wpływu zdawałam się nie dostrzegać. Nigdy nie przedstawił się, a to imię, które Mu nadałam odpowiadało mu. Nie musiałam Go widzieć, aby się zakochać do szaleństwa. Czy to możliwe? Czy On istniał, Czy był tylko wytworem mojej wyobraźni? A jednak kochałam i czułam się kochana. Żyłam w jakimś ponadludzkim, nierzeczywistym świecie. Raj na ziemi? Było cudownie. Tulił mnie, gdy zamknęłam oczy, recytował wiersze na porannym spacerze, pomagał z trudami tego świata. Gdy zmarła mi mama tulił mnie cały czas i ocierał łzy, osuszał je swym oddechem. Podnosił, kiedy nie chciałam wstać z łóżka i prowadził do innych ludzi. Podpowiadał co mam mówić, żeby nie wyjść na odludka. Jeszcze mocniej trzymał za rękę, płakał ze mną i cierpiał, jakby to była Jego tragedia, a nie moja. Był. Istniał. Dzięki niemu przetrwałam. Pomógł odzyskać nadzieję , gdy świat zawalił mi się na głowę, gdy nie dostałam się na wymarzone studia i kiedy byłam ciężko chora. Pomógł mi przezwyciężyć wszelkie przeciwności i przeszkody na drodze mego życia. Razem zaczęliśmy nowe, które miało być lepsze, szczęśliwsze niż to dotychczasowe. Moje serce biło dla niego, ciało stworzone zostało dla Jego dotyku, zmysły istniały, aby pełniej odczuwać miłość, by w niej i nią żyć. Czułam się szczęśliwa, chociaż nasz związek był niespotykany, ale ta dziwność dodawała mu magii i czaru i cudowności. Byłam gotowa, z nim u boku, na wszystko. Mogłabym góry przenosić. To było takie niesamowite… nadzwyczajne, a ja nadal nie wiedziałam czy to dzieje się naprawdę czy śnię. Ale było mi tak dobrze. Lecz któregoś dnia obudziłam się i Go nie czułam. Nie było Go.” Boże! Zniknął! Gdzie jesteś Wybawco, gdzie jesteś? Najdroższy? Nie wygłupiaj się proszę. To nie jest zabawne! Wracaj! Wybawco! Proszę…..” Wyglądałam przez okno, zamykałam oczy czekając uścisku, wystawiałam dłoń, aby jej dotknął, próbowałam wyczuć nasz zapach. Zniknął. Nawet moje ubrania już go nie znały. „Zostawił mnie. Cholerny dupek odszedł! Jak on mógł? Jak? A nasze uczucie? Nasza miłość? Nasza tajemnica?” Nie mogłam nawet nikomu o tym powiedzieć, bo nikt by mi nie uwierzył. „Głupia! Myślałam, że on mnie kocha, że w końcu się ujawni i będzie ze mną. Czekałam cierpliwie, nie nalegałam chcąc, aby zrobił to, gdy będzie gotowy, a on mnie oszukał. Wykorzystał i uciekł. Palant! Zasrany palant!” Krzyczałam tuląc twarz w poduszkę mokrą już od moich łez. Siedziałam tak 3 dni. Nie wychodząc z pokoju, nie jedząc, nic nie mówiąc tylko płacząc wpatrując się w okno. W każdy kolejny dzień coraz słabiej wierzyłam, że wróci, że miał powód, że to wyjaśni. Serce pękało mi na kawałeczki codziennie tracąc swój impuls do bicia. Życie odchodziło, ulatniało się ze mnie tak jak Jego zapach. Nie wiedziałam jak wygląda, nie miałam jak Go sobie wyobrazić, jak tylko przez zapach i słowa, które jednak były coraz odleglejsze, coraz mniej prawdopodobne. Aż któregoś dnia obudziłam się i z przerażeniem stwierdziłam, że Go nie pamiętam. Nie było już nic prócz świadomości, że był. A i w to zaczęłam wątpić. Przecież nikt Go nie znał, nikt nie wiedział, że był moim przyjacielem, że był. A ja nie miałam już żadnej oznaki Jego istnienia prócz upadłej nadziei, złamanego, krwawiącego serca i samotności. Nie odczuwa się tak bycia samej póki ktoś kto przez tyle dni był obok, stawał się częścią życia, zmieniał je na lepsze, kolorował świat i upiększał. Z którym wszystko było łatwiejsze, dzieliło się każdy moment smutku i radości. Był połową serce, podsycał istnienie duszy. A teraz zniknął… Po prostu Go zabrakło… Na zawsze…. Została tylko pustka… Każdy nowy dzień jawił mi się koniecznością życia, którego już nie chciałam. Zgasło słońce, szczęście ulotniło się wraz z Jego zapachem, słowa przestały mieć sens, gdy On ich nie słuchał, więc milczałam. Tak bardzo tęskniłam, usychałam z tęsknoty równocześnie z ginięciem bez pokarmu. Niknęłam. Chciałam rozpłynąć się jak On. Może wtedy znów byśmy się spotkali. Próbowałam zrozumieć, dowiedzieć się dlaczego. Co było nie tak? Co się stało? Co zrobiłam źle? Nienawidziłam siebie za to, że Go nie zatrzymałam, że zrobiłam coś nie tak, zraniłam Go, nie opiekowałam się Nim tak, jak On mną. Dotarło do mnie, że istniał dla mnie, ale nie zawsze ja istniałam dla Niego. Był moim dobrym Duchem, który ratował mnie z opresji, pocieszał i osuszał łzy, przytulał i współcierpiał, pomagał na każdym kroku, cieszył się i radował z moich sukcesów. Sprawiał, że każde marzenia można było zrealizować, gdyż przybierało cech możliwości, a odległość jego realizacji nie miała znaczenia, jeśli się chciało i gdy był obok. A ja? Co ja zrobiłam dla niego? Ubóstwiałam Go, kochałam, szalałam za nim, wychwalałam, dbałam, ale za mało. W porównaniu z Jego zasługami ja starałam się tak mało. Nieraz sprzeczaliśmy się, mi coś nie pasowało albo dlatego, że mi nie pomógł w ważnej dla mnie sprawie „Boże to moja wina! Moja! Nie zasłużyłam na Niego. Nie czuł się kochany! Za mało Go kochałam! I odszedł! Nie był szczęśliwy! To wszystko przeze mnie! O Boże….! Co ja zrobiłam!?”Nienawidziłam Go. Mimo wszystko nie powinien zostawić mnie tak bez rozmowy, bez uprzedzenia. Po prostu uciec. „Tchórz! Zwykły tchórz i tyle!” Samotność, choroba brata, alkoholizm ojca, wyrzucenie ze studiów, depresja, moja choroba… Zaczęłam prowadzić totalnie upadłe życie. Musiałam czymś zagłuszyć ból i wyrzuty sumienia. Nie musiałam. .. ale nie mogłam inaczej. Nic nie trzymało mnie na tej ziemi, nic nie sprawiało radości. Szukałam Go. Prosiłam, aby wrócił. Nie spałam bojąc się, że przegapię Jego szept, dotyk, zapach. Czasami, gdy zasnęłam śniło mi się, że jest i budziłam z niepokojem próbując Go wyczuć. I nic… Minęło pół roku. Sześć długich miesięcy bez Niego. Tyle dni w samotności. Nie mając się gdzie podziać, bez sił, aby poprawić egzaminy i nie wylecieć ze studiów, zrezygnowałam z nich. Wyrzucono mnie z mieszkania. Spałam na ulicy. Okradziono mnie i pobito. Leżałam w szpitalu 3 miesiące. „Wyleczono” mnie z depresji, wymyślono nową chorobę- anoreksję. Przyprowadzono psychologa. Uciekłam po następnych kilku tygodniach . Nie szukano mnie na szczęście. Nie miałam domu, nie miałam żadnych rzeczy, ukradziono mi dokumenty. Nie istniałam, już mnie nie było. Nikt mnie nie szukał. Błądziłam po ulicach i zaułkach miasta. Dwie kobiety zaprosiły mnie zziębniętą do swojej meliny. Poznałam, jak działa narkotyk , zobaczyłam, jak zachowuję się po nadmiarze alkoholu. Miałam jakichś obleśnych adoratorów, ale żaden nie mógł zastąpić Jego dotyku, Jago szeptu. Wciąż czułam ból, tęskniłam, kochałam. Chciałam, aby to się skończyło, bym już Go nie pamiętała, wymazała ten epizod ze swej pamięci, ale nie mogłam, nie potrafiłam… Chociaż Go nie było, nie czułam Go, nie słyszałam, nie widziałam moje serce wciąż pamiętało i cierpiało. Chciałam umrzeć. Tylko śmierć mogła dać mi ukojenie, mogłam tylko zabić Go przez własną śmierć. Kradłam, aby zdobyć pieniądze na kolejną dawkę narkotyku. Próbowałam rzucić się pod samochód, gdy byłam pod wpływem. Nie udało się. Chciałam przedawkować, ale odlatywałam całkowicie po pierwszej strzykawce. Było mnie pełno tam, gdzie stacjonowały najgroźniejsze bandy miasta. Patrzyli na mnie z litością i wyszydzali wołanie o śmierć. Upodlona, poniżona, wyszydzona, opuszczona, wzgardzona przez ludzi… Umierałam leżąc za śmietnikiem w jakiejś nieznanej alejce. Wycieńczona, wygłodzona, zziębnięta drżałam z zimna i bólu. Ale ból fizyczny nie był tak dotkliwy, jak ten w środku. Kuliłam się do ściany kontenera, ciałem wstrząsały dreszcze, po policzkach płynęły wielkie łzy. Zasypiałam…. Nagle zobaczyłam piękne światło, które okryło moje ciało jak ciepły koc i zabrało zimno i ból. „Otwórz oczy Kochana moja!”- usłyszałam. Poczułam przepiękny zapach bzu, jaśminu, lilii, astrów…. „ Boże! To On! To ten zapach. Nasz zapach. Nie, nie to niemożliwe. Niech nie zniknie błagam, niech nie zniknie, nie chcę się obudzić. Proszę!”. „Otwórz oczy najdroższa. Nie bój się! Nie śnisz! Jestem tu! No! Śmiało”. Zapach stawał się coraz intensywniejszy, ciepło coraz większe. Nachylał się nade mną . Poczułam dotyk Jego dłoni.” Kocham Cię Najdroższa! Czy Ty kochasz mnie?”. Szeptał mi do ucha. „To Ty Wybawco?! Tak to Ty! Ja….” Otworzyłam oczy. Zobaczyłam Jego uśmiechniętą twarz promieniejącą i jaśniejącą tak, że na początku nie mogłam się przyzwyczaić do tej jasności mrugając niespokojnie powiekami.” Jesteś piękny!” „Ty jesteś… To niemożliwe. Jak to tak?!Ja W Tobie?! Panie” Rzuciłam się do Jego stóp. „Panie! Ja przepraszam. Tak bardzo przepraszam. Byłam tak niewdzięczna. Tak okrutna. To wszystko moja wina. Wybacz mój egoizm, moją niewdzięczność. Ja nie mogłam bez Ciebie…. Nie umiałam… Nie potrafiłam!...Ja..” Płakałam łzami zalewając Jego stopy. Nachylił się nade mną kolejny raz, podniósł i delikatnie dłonią osuszył łzy. „Nie bój się Kochana. Już Cię nie opuszczę. Wybaczyłem Ci.”. „To dlaczego mnie zostawiłeś? Ja bez Ciebie nie umiałam sobie poradzić. Zanim Cię poznałam potrafiłam żyć, ale gdy przyszedłeś zobaczyłam, że to nie było pełne życie, to było tylko bytowanie. Z Tobą świat miał sens i wszystko co w nim się działo…. Tylko z Tobą szczęście było szczęściem prawdziwym, dzięki Tobie żyłam. A bez Ciebie… Boże! Jak mi Ciebie brakowało .”-znów płakałam, byłam tak wzruszona. „Czy mógłbyś mnie przytulić mój Wybawco? Wiem, że nie jestem godna, ale tak bardzo tego potrzebuję. Tak bardzo…”. „Csiiii”. Znów poczułam Jego ramiona. „Ale możesz otworzyć oczy Najmilsza. Dziś Ci się ujawniłem. Wiem, że na to czekałaś. Nie nalegałaś. Kochałaś Mnie mimo, iż nie widziałaś i nie znałaś Mnie do końca. Co jest bardzo piękne i za co jestem Ci wdzięczny. Za Twoją miłość. Ale dzisiaj przyszedłem dać Ci się poznać, aby wynagrodzić Twoją miłość. Najdroższa.” „Wybawco! Ukochany. Powiedz, że mnie już nigdy nie zostawisz, że już będziesz zawsze. Proszę!”. „Posłuchaj” Zaczął. Biorąc mnie za rękę, a drugą kładąc delikatnie na mokrym od łez policzku. „Przyszedłem, ponieważ moje serce cierpiało razem z Twoim, nie mogłem patrzeć dłużej, jak cierpisz. Poza tym wołałaś, abym przytulił Cię jeszcze raz zanim umrzesz. Nie umrzesz. Będziesz żyć. Ale musisz zmienić swoje życie. Rozumiesz? Daję Ci drugą szansę. Wykorzystaj ją dobrze, abym był z Ciebie dumny i zadowolony. Zniknąłem nie dlatego, że Cię nie kochałem. Także nie z tego powodu, że mnie skrzywdziłaś, gdy byliśmy razem. To nie Ja zostawiłem Ciebie, ale Ty mnie.” „Jak to? Ja? Jak?”. „ W którymś momencie życia puściłaś Moją dłoń i poszłaś swoją drogą myśląc, że źle Ci radziłem, że Ty miałaś rację i że Mnie już nie potrzebujesz. Zostawiłaś Mnie w połowie drogi. Usiadłem, więc i z tęsknotą wypatrywałem kiedy wrócisz. Nasłuchiwałem, aż wypowiesz moje imię. Zawołasz mnie. Ale Ty uparcie szłaś dalej swoją drogą. Aż do dzisiaj, gdy zrozumiałaś swój błąd i poprosiłaś, bym wrócił, więc przyszedłem. Przyszedłem, aby powiedzieć Ci, ze Cię Kocham, że jestem przy Tobie i że Ci wybaczyłem. Pragnę, abyś znów zaczęła żyć. Abyś się już nie poddawała. Pragnę, abyś wróciła na drogę, którą podążaliśmy razem i znów była szczęśliwa mimo smutnych chwil i zawodów. Chcę tylko Twojego dobra i szczęścia. Wrócisz do mnie?”. „Ja do Ciebie? Panie. O mój Najdroższy Wybawco, jeżeli tylko mi pozwolisz będę najszczęśliwszą na świecie. Pozwolisz mi iść ze sobą, pozwolisz wziąć Cię za rękę? Będziesz ze mną?”. „Będę Kochana. Jestem cały czas. Byłem z Tobą przez ten rok, śledziłem Twe ruchy i decyzje z niepokojem. Czekałem, aż Mnie zawołasz.” „ Czy jesteś gotowa, aby iść ze Mną drogą, która nie jest łatwa, ale która zaprowadzi nas do prawdziwego szczęścia? Jesteś gotowa kochać mnie mimo trudności i łez, które wylejesz, mimo cierpień i zawodów nas czekających. Czy kochasz mnie?” „Kocham Cię Radości Moja. Tylko z Tobą życie ma sens. Tylko dzięki Tobie jestem prawdziwym człowiekiem. Ty podnosisz z upadku, leczysz z choroby, wybawiasz z kłopotów. Ty wybaczasz najgorszym grzesznikom, którzy żałują. O niepojęta Miłości! Tyś moim Wybawcą, Tyś moim Panem miłosiernym, cierpliwym i bardzo łaskawym. Tyś moją drogą i prawdą i życiem. Tyś moim jedynym Panem, Tyś prawdziwym przyjacielem. Tyś jest, któryś jest. Ty moją nadzieją, wiarą i miłością.”

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy