Mizantropia - fragment I

Autor: Mizantropia

***

 

            Gromkie brawa zakończyły moją dwu i pół godzinną artystyczno-autystyczną gehennę, definicję klęski, torturę i rodzaj barbarii wyrządzonej sztuce, czystą esencję niewysłowionego bólu oraz cierpienia, jakiego przyszło mi doświadczyć, będąc widzem najnowszego przedstawienia znanego reżysera N. Uradowany upragnionym finałem westchnąłem ciężko, spoglądając z balkonu na dół. Bezkształtna, zdehumanizowana masa podniosła się z miejsc, by uraczyć owacjami na stojąco aktorów narcystycznie chłonących otrzymywane brawa. Osobiście uważałem, że ich gra była znośna, niekiedy nawet ocierała się o dobrą, lecz wciąż niegodna tej najwyższej formy uznania. Skłaniałbym się bardziej ku twierdzeniu, iż drzemiący w nich potencjał został zmarnowany żałosną reżyserią.

            Spoczywałem więc sobie sztywno, podczas gdy ludzie obok mnie powstali z miejsc, zainspirowani tymi w dole. Najbardziej żarliwie w loży biła brawo elegantka po czterdziestce, znajdująca się w tym samym rzędzie co ja, zaledwie dwa miejsca ode mnie. Spoglądałem na nią z ukosa. Zadbana, ubrana w szykowną i co ważniejsze, wyglądającą na koszmarnie drogą kreację, chuda kobieta z demonstracyjnym zapałem oklaskiwała arcydzieło, przyłączając się do ogólnej aprobaty. Uzupełnieniem jej kreacji była liczna biżuteria oraz mąż, pulchny i stłamszony pantoflarz, tkwiący u jej boku. Z nieco cierpiętniczą miną uderzał dłonią o dłoń, raz po raz zerkając na żonę, żeby upewnić się, kiedy może przestać. Pani zorientowała się, że jest obserwowana. Popatrzyła w moim kierunku i obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem, potrząsając jednocześnie głową. Uczyniła to zapewne dlatego, że nie ruszyłem się ani o centymetr, by ekscytować się wraz z nią. Zastanawiałem się jedynie, jak ona mogła właściwie zachwycać się tym, co obejrzała, skoro przez całe przedstawienie co dziesięć minut sięgała do torebki po komórkę. Mógłbym ocenić ją niesprawiedliwie i powiedzieć, że nudziła się, sprawdzając ile minut zostało do końca, ale może czekała na wiadomość od rodzącej córki albo od przystojnego kochanka o latynoskiej urodzie, który obiecał ubierając rano bieliznę, że zadzwoni i tego nie zrobił? Odpowiedziałem jej kwaśnym grymasem. Chwilę później pani straciła zainteresowanie moją osobą, powracając do absorbującego przecież klaskania. Najistotniejsze, żeby inni widzieli, jak bardzo jej także się podoba. Musi wyrazić to całą sobą, weselić się promiennie, a to, czego nie zrozumie, dowiwatuje z resztą kretynów. Typowa entuzjastka sztuki wysokiej.

            Zapał klakierów osłabł, by ostatecznie umrzeć śmiercią naturalną. Aktorzy schowali się za kurtynami a publiczność zaczęła się rozchodzić. Mimo że starali się iść swobodnie do wyjścia, próby drobnego przepychania się przed pozostałych były wyraźnie widoczne. Premiery zwykle bywają okraszone darmowym poczęstunkiem i alkoholem, którego widownia i tym razem nie miała zamiaru przegapić. Siedziałem jeszcze przez chwilę nieruchomo, czekając aż balkon opustoszeje. Gdy ostatni widz zniknął a światła przygasły, rozluźniłem się, usadawiając się wygodniej w fotelu. Sięgnąłem do spodni po papierosy, lecz zatrzymałem się w połowie ruchu, czując że mam kaprys na mentolowego. Te zaś ukryte były w wewnętrznej kieszeni marynarki. Wziąłem jednego i odpaliłem go zapalniczką.

            Odświeżający, miętowy smak daje ukojenie nadwerężonym zmysłom. Dopiero teraz w samotności mogłem wyciszyć się i odpocząć, uporządkować myśli. To rodzaj psychicznej higieny, niezbędnej po każdym dłuższym kontakcie z ludźmi. Przebywanie z nimi nie daje mi przyjemności, wręcz przeciwnie, męczy mnie. Kontakty międzyludzkie to w znakomitej większości marnowanie czasu, najczęściej są one nic niewartymi gierkami uskutecznianymi jedynie dla zabicia nudy, próbą ucieczki od tak straszliwej dla człowieka izolacji. Ja nie chcę nikogo zabawiać, tracąc energię na nieistotną interakcję. Konwersując na siłę próbuje się utrzymać kontakt, chce się zadowolić rozmówcę, zadając pytania i dzieląc się własnymi emocjami. To jałowe działanie wycieńczające umysł, które utrudnia koncentrację na tym, co jest w środku. Będąc samemu, zaczyna się rozmawiać z nikim innym, jak ze sobą i w efekcie skupiać się na tym, co w nas, nie na tym, co na zewnątrz. Wtedy nareszcie jestem w stanie wydobyć na światło dzienne prawdziwe, głębokie przemyślenia, znajduję odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy