Vance Legit

Autor: rafalhyla

świat przedstawiony: D&D, Greyhawk



Vance Legit urodził się w Księstwie Uleku. I był półelfem. To niesamowite, ale populację Księstwa Uleku w jednej trzeciej stanowiły półelfy, podczas gdy w całej krainie Flaness półelfy stanowiły zazwyczaj jeden procent, podobnie jak półorki. Jednakże Ulek był krajem rządzonym przez elfy, toteż zjeżdżały tu połelfy całej Flaness. Jeden procent. Półorki były zwykle owocem gwaltu na ludzkich kobietach, miały przed sobą ciężkie życie. Piętno orczej krwi zło za nimi jak klątwa. Półelfy za to były owocem romansu jakich wiele. Nie każdy jednak kończył się zwieńczeniem, jakim stawało się dziecko. Czy chciane to inna sprawa. Elfy rzadko dawały do siebie przystęp - niemniej jednak zdarzało im się ulec. Życie półelfa było lekkie i przyjemne. W każdym razie takie się zdawało w oczach ludzkich i krasnoludzkich zazdrośnikó. Może dlatego, że półelfy miały siano w głowie. Lekko- i pięknoduchy, pstre głowy, bawidamki i latawice - tak ich widziano i takimi na ogół bywali. Zdarzały się atoli wyjątki od tej reguły - półlefie klany kupieckie Księstwa Uleku były powszechnie znane w całej Flaness. Rasa ta bowiem miala szczególny dar zaprzyjaźniania się ze wszystkimi i niespokromioną ciekawość. Podróżnicy pólelfów znajdowali się nawet na innych Planach egzystencji, gdzie zaznajamiali się z demonicznymi rasami.
Vance miał to wszystko gdzieś. Był znanym szowinistą i seksistą. A do tego - wyobraźcie sobie - był pederastą. Innymi słowy - sodomitą. Jak to mówią - wolał chłopców. A że do tego był rasistą, rzadko podobali mu się mężczyźni ras innych niż ludzka, czy raczej ludzko-elfia. Vance był wybredny. Vance był łowcą nieumarłych. Rzadko jednak wykonywal swój zawód, a z tej to przyczyny, że tam gdzie mieszkal niewielu było takich, o których można było rzec: ten nie żyje. Ludek Uleku był stanowczo żywotny. Stąd Vance wałęsał się to tu, to tam, a w międzyczasie czekał na okazję. Nie był bohaterem. Jego podwynajemcy bulili cięzką kasę za pozbycie się byle ghula. A Vance tylko na tym korzystał. Co to dla niego, rachu ciachu i po sprawie. Tak, zdecydowanie nie był bohaterem. Nie z jego cynizmem.
Teraz Vance siedział w miasteczku Zielona Broda i wyczekiwał. Dokładnie rzecz biorąc siedział w zajeździe tuż pod miasteczkiem na rozstajnych drogach i gdybał. To było jego rutynowe zajęcie.
Chlopi pod ścianą coś mruczeli na widok jego miecza i niedwuznacznie awanturniczego wyglądu. Jeden z nich podniósł wyraźnie głos.
- Powiadają, że pod skałkami zalęgł bazyliszek. I co my tera zrobim? Gdzie szukać ratunku?
Vance skrzywił usta. "Mają mnie za jakiegoś wiedźmina." To było doprawdy niesmaczne.
Dopił wino. "Przyjdzie znowu szukać zapłaty. Szwendać się." Właściwie cały czas to robił, ale lubił sobie pozrzędzić. Tak, chyba najwyższy czas zmienić okolicę. Tu się marnował.
Dookoła znajdowały się siedziby Oerthian - rasy pracowitych, choć wojowniczych ludzi. Sam był w połowie Oertyjczykiem. Chociaż zachowywał się jak Seul - wyniosły, pyszałkowaty bubek. Lubił tylko siebie. Niemniej na swoim fachu się znał, stąd nie mial do tej pory kłopotu z zaufaniem. Zaufanie to ryzykowny interes.
A wieczorem... zabawi się. Wieczór spędzi na tańcach.
Vance był w połowie elfem leśnym. Jego ojciec był elfem leśnym. Coś z tego przeszło na Vance`a. Lubił miasteczka, z ich atmosferą zacisza, gdzie prawie wszyscy się znali i gdzie wieczorem odbywały się potańcówki w karczmach. Atmosferę spokoju i pracy. Tak, rzeczywiście był w połowie Oertyjczykiem.

 

Vance w zawodzie łowcy nieumarłych kierował się dwiema bezwzględnymi zasadami. Głowa i inicjatywa. W głowie każdej istoty znajduje się ośrodek decyzyjny i kontrola ruchów ciała. Zniszcz głowę a zniszczysz istotę, i to niezależnie od tego czy jest ona żya czy nieumarła. Na przykład wampiry: to nieprawda żę przebicie serca osikowym kołkiem unieruchomi tę istotę. Jedynie ją spowolni. Uciąć głowę i nie mamy przeciwnika. Po drugie inicjatywa. Vance zawsze ale to zawsze rzucal się do walki gdy tylko nawiązał bezpośredni kontakt z istotą nieumarłą. Czekać na jej ruch to dawać jej fory. Do tego nie można dopuścić. I po trzecie - pieniądze. Zawsze bierz za pozbycie się martwiaka zapłatę. Przecież mogłeś zginąć. Oczywiście to trzecie nie było takie proste. A co jeśli natknąć się gdzieś w głuszy na martwiaka i ten atakował? I certol się tu o pieniądze teraz, tylko z kim?
Raz się żyje a Vance był i w zawodzie rasistą. Do nieumarłych czuł nieodpartą i wręcz przysłowiową niechęć i uprzedzenie. Profesjonalnie. Czysto zawodowo. Brzydzily go.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy