Fallout - Rozdział 1: Świat zewnętrzny, część 1

Autor: AS-R

            Zerknął na ekwipunek. Potrzebował zebrać myśli nim zmierzy się z lewitującą dookoła ciemnością. Tak naprawdę zależało mu jednak by znaleźć jakikolwiek, najdrobniejszy nawet pretekst, by wrócić do środka. Jego umysł oszukiwał sam siebie tworząc zawoalowane meandry potrzeb odwracających uwagę. Jak na ironię, wszystkim znajdującym się po drugiej stronie pancernej grodzi ludziom zależało, by czym prędzej poszedł w cholerę, wywiązał się z nałożonego na niego zadania i niczym sunąca prostopadle ku Ziemi błyskawica wrócił triumfalnie dzierżąc w ręce hydroprocesor.

            Los całej Krypty zależał od niego.

            Ale Blaine Kelly nie potrafił się zmusić. Być może brakowało mu odpowiedniej motywacji. Być może chodziło o tę pieprzoną ciemność. Ciemność nie mającą nic wspólnego z tą zalegającą niekiedy w mrocznych zakamarkach (których było tyle, co kot napłakał) zaplanowanych pomieszczeń jego bezpiecznego dotychczas domu. Tu, na zewnątrz, wszystko zdawało się przypadkowe. Chaotyczne. Ciemność zaś, cóż, ciemność w jakiś niewytłumaczalny sposób okalała go swoim mrocznym chłodem. Kiedy stał odwrócony do niej plecami, mając przed twarzą potężną, wytłoczoną „13”, dałby sobie uciąć wszystkie – dosłownie WSZYSTKIE – członki, że coś szepcze jego imię.

            Blaine… Blaine… Blaine…

            A potem lodowate szpony zaciskają się wpierw na jednym ramieniu, drugim i Blaine Kelly zostaje pozbawiony nawet tego mało przyjemnego komfortu, by odejść z tego świata z dojmującym krzykiem na ustach.

            Zdjął przewieszony przez ramię plecak i położył go na ziemi. Kucnął grzebiąc w środku jedną ręką. Miał trochę jedzenia w kilku menażkach, manierki z wodą (tych samych, pokrytych farbowaną błękitną skórą z wybitymi na frontowej stronie pechowymi liczbami). Do tego śpiwór, zapasowy komplet bielizny (własność Vault-Tec.), dwa Stimpaki – wspaniały wynalazek wojennej medycyny, działające niczym magiczny proszek, błyskawicznie tamujące krwotoki, blokujące receptory nerwowe, zasklepiające tkankę i generalnie w niewytłumaczalny sposób stawiające na równe nogi największe truchła. Widząc je, wypełnione bijącym po oczach karmazynowym płynem, uspokoił się nieco. Jednak tuż po chwili popadł w kolejne zakłopotanie. Dwie flary. Dwie nędzne i najpewniej przeterminowane flary.

            Na Boga, złorzeczył w myślach, kto wysyła człowieka by uratował świat, wyposażając go w dwie flary?!?

            Dwie spiczasto-bulwiaste, przypominające nieco nazistowskie granaty z II Wojny Światowej flary były niewątpliwie lepsze, niż zero. Jednak znacznie gorsze niż np. pięć… nie, dziesięć! Dziesięć flar mogło zrobić jakąś różnicę. Lecz gdyby tylko odziany w błękitny, regulaminowy kubraczek Blaine Kelly miał w sobie na tyle odwagi by przez ramię zerknąć w tył i posłać grobowej ciemności niepewne, acz pełne wyrzutu i nienawiści spojrzenie, wiedziałby, że może je sobie wsadzić (flary) tam, gdzie je równie ciemno…

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy