Fallout - Rozdział 1: Świat zewnętrzny, część 1

Autor: AS-R

            Przez moment spoglądał w pustkę. Jego błękitne, jasne i przywykłe do syntetycznego światła oczy nie miały niestety cudownych właściwości wzroku Riddicka. Szkoda, tyle, że Blaine nie znał Riddicka i na dobrą sprawę wcale nie wiedział, co traci.

            Wiedziony jakimś romantycznym aktem heroizmu, jak gdyby zupełnie wbrew sobie (pewnie za sprawą pnia mózgu) niemalże wykonał pierwszy, malutki krok oddalając się nieznacznie od grodzi Krypty 13.

            Wtedy znów zawiało.

            Tyle, że nieco głośniej niż poprzednio.

            Nieco również bliżej.

            I nieco bardziej złowrogo. Agresywnie i drapieżnie.

            Te kilka nieco sprawiły, iż Blaine Kelly utracił wszelką wiarę w meteorologiczne cechy rozbrzmiewającego pośród ciemności dźwięku.

            - C-czy… czy ktoś tam jest? – rzucił roztrzęsiony jak wyciągana z najniższej pułki lodówki ananasowa galaretka i dopiero po chwili uświadomił sobie, jaki błąd popełnił.

            Dźwięk narastał. Wydawało się, że z każdym kolejnym oddechem Blaine’a zbliża się nieubłaganie w jego stronę.

            - Do diabła! – zaklął po czym prawą ręką sięgnął do przewieszonej po lewej stronie kabury z bronią. Typowi profesjonaliści z dzikiego zachodu, tak zwani rewolwerowcy buszujący swojego czasu i w Kalifornii, wyśmialiby go i najpewniej załatwili przy pierwszej nadarzającej się okazji. Minie jeszcze sporo czasu nim Blaine nauczy się w pełni dbać o siebie. Jednak czas ten niewątpliwie nadejdzie, a Kelly ze swoim wysublimowanym kulomiotem stanie się równie groźny i śmiercionośny, co Jesse James.

            Teraz jednak mierzył w ciemność dość niepewnie. Miał wrażenie, że jego ręka trzęsie się jak w napadzie alkoholowego delirium, a on sam, stojąc tu jak kołek i celując nie wiadomo do czego, wygląda równie groteskowo. Blaine Kelly lubił sobie postrzelać, wspominaliśmy o tym wcześniej. Jednak strzelanie do pustych puszek po strawie w obrębie bezpiecznej i dobrze oświetlonej stołówki Krypty, a czatowanie na porywiste podmuchy wiatru w absolutnej wręcz ciszy, cóż…

            Na szczęście w miarę szybko zreflektował się i odbezpieczył nieaktywną do tej pory broń. Teraz, mając przed sobą perspektywę wypełnioną dwunastoma dziesięciomilimetrowymi pociskami i przynajmniej pięcioma tuzinami kolejnych - zalegającymi w jego wciąż znajdującym się na ziemi plecaku - Blaine Kelly poczuł się nieco pewniej.

            Na tyle, że dla podkreślenia swojej odwagi i powagi strzelił z premedytacją w pustkę.

            Dwukrotnie.

            No i się zaczęło…

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy