Deszcz

Autor: Matariel

 

 

 

- No a potem, zwyczajnie. Znaleźliśmy się tu, tyle wiem. – Verik przeciągnął dłonią po łysej głowie, napotykając jak zwykle zgrubienie starej blizny, przypominającej o sobie czasem, oraz opatrunek, który był pewnikiem nowej pamiątki. – Chyba opuściłeś ciekawą część tej historyjki. – Odpowiedział mu Dentysta, owinięty przez klatkę piersiową i pół twarzy bandarzami, co nie spowodowało u niego utraty wrodzonej złośliwości i sarkazmu. – Tak po prostu. Nie pomyślałem o tym. To normalne, jak spadniesz z konia, to przecież zawsze budzisz się w czyjejś chałupie. – Zaśmiał się donośnie, urwał, skurczywszy się, zaczął kasłać. Żebro faktycznie było złamane, szczęściem nie przebiło płuca.

Verikowi nie było do śmiechu, mimo wszystko nie omieszkał wytknąć mu tego, co powinno być jasne od samego początku. – Zamknij się wreszcie, bo przez niewyparzony język zejdziesz z tego padołu szybciej niż planujesz. Gwoli niejasności, nie zamierzam w tym pomagać. Wręcz odwrotnie, wyciągnąłem cię z tej trupiarni, a tobie się na żarty zbiera. – Zapadła cisza. Przez zamknięte okienko sączyło się niewiele światła, na tyle tylko, żeby ukazać sprzęty w przestronnym alkierzu. W popołudniowym słońcu złociło się łóżko, na którym leżał Dentysta, dużą, okutą skrzynię, zalegającą na podłodze tuż obok, kilka zydli, oraz niezliczonę pęki przesuszonych ziół – jemioły, dziewanny, cykorii, hyperici, mięty i kopru, ponadto inne, których Verik nie rozpoznał. Przeniósł wzrok na ściągniętą twarz znajomego, okrągłą jak gomółka sera. Spod krzaczastych brwi ledwo można było dostrzec niebieskie oczy. – Thero, powiedz mi. Kto was napadł. Ci sami, o których mówił gospodarz? Oni tu całą wieś na nogi postawili, bo łupią ich cięgiem, ostrokół rzezają, siekierki ostrzą. Ale nie potrafili opisać ich herszta. Wiesz ty coś o nim? – Tamten sapnął, bąknął od niechcenia. – Nie widziałem dokładnie. Był taki jeden, z konia nie zsiadł nawet. Grubas taki, wyobraź sobie, myślałem, że nie robią takich siodeł wielkich. No przesadzam trochę, ale tęgi był. – Mówił coraz chętniej, gadatliwy był od zawsze. - Darł mordę cały czas, sieknął Grega szablą w pysk, jak do niego z piką podbiegł, chcąc z konia zrzucić. Potem już nie widziałem, stałem przed drzwiami, wypadło na mnie dwóch, więc ja hyc, do środka, drzwi zawarłem. A on za mną, wyobraź sobie, wpadł do środka, myślał, że czekam na niego już, więc pchnął na oślep ostrzem. A tu gówno, drzwi mu pchnąłem na spotkanie, ładnie to wyglądało... Ale nie zdało się na dużo, odbił się, przyskoczyli do mnie, jeden z drugim. Podziurawili mnie, jak widzisz, zanim łby porozwalałem. – Dokładny przebieg walki nie interesował zanadto Verika, co widać Dentysta zauważył, bo ścichł. – A ten grubas, jak mówisz, włosy miał krótkie, po bokach ścięte zupełnie? – Zapytał towarzysz, na co leżący od razu mu odpowiedział. – To by się zgadzało, krótkie miał włosy. – To już Verikowi wystarczylo. Zagotował się, wstał ze stołka. Podniósł długi pakunek, leżący wzdłuż jego posłania. Z grubego, impregnowanego pokrowca wyciągnął łuk. Porządny, z akacjowego drewna, długi prawie jak sam strzelec. Ciemniejsze słoje zalśniły w ostatnich promieniach słońca.

 

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy