Deszcz

Autor: Matariel

 

 

Czarne chmury wygrażały ziemi ulewą, nie roniąc jednak ani kropli, słońce wydawało tylko poświatę, wskazującą najwyżej godzinę po południu. Za to samo powietrze było mokre tak, że płaszcz stał się cięższy. Verik jechał konno, powoli, zastanawiając się. Tropił od świtu. Nie sprawiało mu to żadnych trudności. Banda rozbójników nie zadawała sobie trudu ukrycia śladów swojego przejścia – leśne poszycie zostało zaorane kopytami koni i butów. Łącznie około tuzina osób, w tym czterech jeźdźców. Pociągnął nosem.

Niedaleko za drzewami, na naturalnym wzniesiemiu wił się trakt, okalając kamienny obelisk, tak szeroki, że aby go objąć, sześcioro rosłych mężczyzn musialby chwycić się za dłonie, tworząc pierścień. Podjechał bliżej. Dopiero z bliska, kiedy znalazł się na wzniesieniu, zauważył w oddali przewrócony wóz, oraz ogień. Żadnych krzyków, trzasku, ale za to słaby, ale obżydliwy smród. Nie zastanawiając się wiele zmusił Karotkę do przejścia w  galop.

Na miejsu zobaczył obraz przyprawiający o mdłości. Szeroki pojazd, leżąc na boku, był wyższy od człowieka. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to woźnica, powieszony na lejcach z wierzchołka prowizorycznego rusztowania, za które posłużył szczyt wozu. Obok, w  sporym ognisku leżały dwie zwęglone postacie. Swąd palonego mięsa był tak straszny, że Verik obrócił się w kulbace, zwymiotował na błotnistą drogę. Od razu zeskoczył na ziemię, dłonią zakrywając usta i nos. Ostatnie ciało leżało po prostu na ziemi, z roztrzaskną czaszką i wnętrznościami na wierzchu.

Zwymiotował raz jeszcze, krztusząc się.

Widział już takie rzeczy. Ten smród, obraz... Przypomniała mu się bitwa pod Lossac. Najpierw tylko pokrzykiwania dowodcy. Naciągnać! Cel! Zwolnij! I powietrze gęstniało, rozrywane setkami strzał, w niemal równych ostępach. Świst lotek był prawie przyjemny, euforia robiła swoje. Potem jednak szyki piechoty załamały się, i kolumna wroga wdarła się niczym gwóźdź w strzaskaną linię obrony. Wszystko wokół zafalowało kurzem, który dławił. Ktoś chwycił go za ramię, pociągnął silnie, popchnął w kierunku lasu. Ktoś – Dentysta. Odwrót! Darł się nieustannie kapitan, choć prawie nie było go slychać w trzasku drewna, rżeniu koni, szczęku stali, szczęku stali, przy którym można było ogłuchnąć.

Wrócił myślami do tego, co zastał. Ponownie znalazł się w siodle, galopem ruszył w las – ślady były oczywiste, połamane gałęzie, zdarty mech, świerze ślady. Spóźnił się. Ale niewiele. Jeszcze ma szanse.

W szaleńczym pościgu schylił się, wtulił w szyję klaczy. Gałęzie chłostały go bezlitośnie po twarzy, zupełnie jakby były przeciw. Las krzyczał: „Nie!”, a on gnał przed siebie.

Po chwili, która wydawała się być nieskończonością, zwolnił. W oddali usłyszał hałas. Zatrzymał się w końcu zupełnie, kiedy głosy nasiliły się. Nie widział źródła głosów, szerokie pasmo leszczyny zakrywało dokładnie kryjówkę. Tym lepiej, pomyślał. Łuk obudził się, kiedy tropiciel przesunął pieszczotliwie opuszkami palców po znajomym, lepkim nieco drewnie.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy