...po porostu przyjaciele... (1)

Autor: AkFa
iedzieć z nim, spędzać czas i nie powiedzieć mu prawdy. Zabijało go to dzień po dniu. Coraz bardziej i bardziej. Jego uczucia dla drugiego mężczyzny zaczynały powoli budować między nimi przepaść. Czy wiedział o tym BJ czy nie. Myśl o utracie jego przyjaźni zaczynała być coraz mniej i mniej straszna, skoro i tak ich przyjaźń zaczynała się rozpadać…

–Dobra Tony wyduś to z siebie…

–Co?– Niemal potknął się przerażony. Z szeroko rozwartymi oczyma spojrzał na BJ’a.

–Nie wiem, co! Masz mi powiedzieć, bo przecież widzę, że wyglądasz jakby ci coś w tyłek wpełzło i zdechło.

Tony czuł jak rumieniec zalewa jego policzki. Myślenie o ‘tyłku’ w obecności BJ nigdy nie było dobrym pomysłem. Wyprostował się i uczynił jeszcze jedną nikłą próbę zbagatelizowania problemu.

–Może jednak potrzeba mi tego piwa…– wrócił na kanapę i najbardziej nonszalancko jak tylko się dało sięgnął po butelkę. Wypijając niemal pół na raz. BJ uniósł brwi z niedowierzaniem, na serio zaczynając się martwić o niego. Od czasu, kiedy w High School uratował jego kościsty tyłek przez skopaniem przez jakiś osiłków. Tony mówił mu absolutnie wszystko. Nie rzadko więcej niż BJ chciał usłyszeć. Nigdy nie miał żadnych tajemnic przed nim. Chyba nie wpakował się w jakieś tarapaty? Ruszył po kolejną kolejkę piw. Decydując, że alkohol rozluźni jego milczącego przyjaciela. A i pewnie on nie da rady wysłuchać tego na trzeźwo.

Przez chwilę powałęsał się po kuchni. Pozwalając, aby Tony zrelaksował się i odprężył. Wrzucił paczkę chipsów do salaterki, chwycił garść krakersów i uznał, że to na tyle, jeśli chodzi o jego zdolności kulinarne. Po za tym był mistrzem odgrzewania gotowych dań.

–Masz coś na przekąskę, bo picie na pusty żołądek załatwi nas w ułamku sekundy.– Postawił wszystko na małym stoliku służącym mu, jako składowisko wszystkiego, co jest ‘absolutnie’ nie zbędne do siedzenia i spędzania ‘nudnego’ popołudnia w domu. Czyli pilot i browarek. Mebel ni to ładny był ni to szczerze mówiąc funkcjonalny. BJ jednak był niejako do niego przywiązany. Tony go nie znosił, bo ponoć kłócił się on z jego dobrym smakiem. Zwłaszcza, że znajdował się przy boku kanapy i ten, który usiadł dalej nie miał do niego łatwego dostępu. Gimnastykując się, aby do niego sięgnąć. A najczęściej to Tony musiał to robić. Z jego kilometrowym zasięgiem ramion nie powinno być problemu, nieraz BJ dokuczał mu. Teraz jednak jego mina nie zachęcała do żartów i nawet nie wykonał ruchu, aby zając wygodniejsze miejsce. Tłumiąc jęk frustracji BJ klapnął na kanapie przy koledze, wziął krakersa i niemal wcisnął w jego usta. Tony odskoczył jak oparzony. Ocierając usta i nerwowo uciekając spojrzeniem.

–Dobra, gadaj do cholery, bo mnie wkurzasz już nie na żarty. – Co w jego przekładzie znaczyło, że się martwił jak cholera.

Tony spojrzał na niego spod rzęs i potrząsnął głową.

Chciał, jak on kurczę bardzo chciał…, ale nie mógł zmusić ust do wytworzenia potrzebnego dźwięku. Krtań miał tak zaciśniętą, że z bólem przełykał. Z desperacją sięgnął po resztę piwa. Nie mądrze było pić, ale wiedział, że nie da inaczej rady wykrztusić ani słowa. BJ obserwował go jakby oczekiwał, że ten nagle zrobi coś głupiego… i wcale nie był daleki od prawdy.

Tony usiadł z powrotem i spojrzał w piwne oczy swojego przyjaciela. Otwarł usta i… i nic. Spróbował jeszcze raz, … ale nie był w stanie wydusić ani słowa z siebie. BJ uśmiechnął się krzywo.

–Co? No dalej. Przecież to nie może być nic tak strasznego… – zażartował, aby ulżyć i rozluźnić atmosferę. – Na to jesteś zbyt porządny i świętoszkowaty. Co mogłeś zrobić? Stuknąć jakąś panienkę i zafundować jej ciążę?

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy