Rytuał

Autor: Fasoletti
dnego słowa. Oczyma wyobraźni widział niemieckiego żołnierza bez twarzy, wchodzącego bezgłośnie do pokoju, unoszącego zakrwawioną broń do ciosu.
- Jacek, do cholery, ile będziesz się wylegiwał? Śmieci ktoś musi wyrzucić! – krzyk matki sprowadził go na ziemię.
Poczuł ulgę. Stwierdził, że to co zrobili z Mańkiem i Sebą, zbyt mocno wryło mu się w pamięć i dlatego miał koszmary. Chciał wstać, jednak gdy tylko postawił nogi na podłodze, te ugięły się pod nim. Zaskoczony, runął na łóżko. Nadal trząsł się jak w febrze.
- Chyba jestem chory, mamo… - odparł.
Nie poznał własnego głosu. Był chrapliwy i dziwnie przytłumiony, jak po przepiciu. Matka weszła do pokoju.
- Ty leniu śmierdzący, ja ci… - nie dokończyła.
Widok bladego jak ściana, drżącego z zimna syna sprawił, że złość uszła z niej błyskawicznie. Przyłożyła Jackowi dłoń do policzka.
- Jezus Maria, ty jesteś rozpalony! Ubieraj się, jedziemy do lekarza!


4.

Grypa. Jacek skrzywił się. Co najmniej przez tydzień będzie musiał leżeć w łóżku i łykać antybiotyki, zamiast imprezować z kolegami. Choroba była mu wybitnie nie na rękę. Zastanawiał się tylko, jakim cudem zaraził się o tej porze roku. Wirus grypy uaktywniał się z początkiem jesieni, a była dopiero końcówka czerwca. Czyżby zawiało go w bunkrze? Stwierdził, że nie będzie wnikać. Stało się, trudno. Naciągnął kołdrę pod sam nos i zamknął oczy. O krwawym śnie już całkiem zapomniał. Zmęczony i osłabiony gorączką pozwolił, by Morfeusz powiódł go do swej krainy.

Tym razem nie pamiętał koszmaru, który sprawił, że obudził się z krzykiem. Serce waliło mu jak młot, a po plecach spływały strużki potu. Wystraszona matka wpadła do pokoju sprawdzić co się stało.
- Coś ci się śniło, już dobrze – powiedziała, przykładając Jackowi dłoń do czoła.
Było gorące. Podała synowi tabletkę Apapu, po czym pobiegła do kuchni przygotować kilka zimnych kompresów z gazy, na wypadek, gdyby pigułka okazała się za słaba.
Jacek patrzył w sufit nieobecnym wzrokiem. Oddychał szybko i chrapliwie, jak po wyczerpującym biegu. Jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że stało się coś złego i że to on jest temu winien. A może to tylko omamy? Przecież przy gorączce człowiek widzi i słyszy najróżniejsze rzeczy.

Dwa dni później odwiedzili go Seba z Mańkiem. Po ich minach od razu wywnioskował, że będą kłopoty. Marian ściskał w dłoni najnowszy numer lokalnej gazetki.
- Mamy przejebane – powiedział grobowym głosem, podając ją Jackowi.
Na pierwszej stronie widniał napisany dużymi, czerwonymi literami nagłówek: „Sataniści zbezcześcili zwłoki”.
- O kurwa! – mruknął Jacek, szybko czytając artykuł. – Ale chyba nie jest tak źle. Nic nie piszą na temat fotki Kowalskiej, więc pewnie jej nie znaleźli. Może wiatr ją gdzieś zwiał, albo coś…
- To nie wszystko – dodał Seba. – Kowalska nie żyje.
Jackowi momentalnie zrobiło się słabo.
- Jaja sobie robicie? – zapytał, obrzucając kolegów podejrzliwym spojrzeniem. – Jeśli to jakiś kurwa żart, to naprawdę nie jest śmieszny w tym momencie.
Marian skrzywił się.
- Nie, żaden żart. Znaleźli ją wczoraj, w mieszkaniu. Rak jajników. W jedną noc wpierdolił tę szmatę tak, że ważyła o połowę mniej. Podobno między nogami miała jedną, wielką ranę, jakby ktoś żgał ją po cipie jakimś nożem, czy czymś.
Jacek zbladł. W jego głowie rozbrzmiały słowa, które wypowiedział dźgając widelcem zdjęcie matematyczki. Pomyślał, że chciałby aby to wszystko okazało się tylko złym snem. I wtedy przed oczyma stanął mu obraz niemieckiego żołnierza bez twarzy, rozpruwającego bagnetem panią Kowalską.
- Pojebało cię, Jacek? – spytał Maniek, ze zdziwieniem patrząc, jak jego przyjaciel z

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy