Kraj lat dziecinnych

Autor: Horsztynski
stawiłem część tej duszy tutaj. Muszę ją odnaleźć. Nie chcę umrzeć niekompletny. - Każdy z nas zostawił w tym mieście, w tych ulicach i kamienicach cząstkę w swej duszy. W naszych polskich przyjaciołach również. Nie ma w tym nic złego. Gdy twoja dusza będąc w Szeolu, będzie przez wieki wyczekiwała Mesjasza i wiecznego zbawienia, cząstka twej duszy wciąż będzie tu, w Sokółce. Ale to nie wszystko, prawda Dawidku? Szukasz swoich korzeni. Nie zapuściłeś nowych w Izraelu, ani nigdzie indziej. Chcesz odnaleźć je tam, gdzie wypuściłeś swoje pierwsze, młode pędy. - Tak, rabbi. - Tylko nie myl szukania korzeni z pogonią za duchami, Dawidku. I odszedł. A ja nie śmiałem go gonić i zasypywać pytaniami. Gdy i ja odejdę, będziemy mieli mnóstwo czasu na rozmowy. Nie goniłem duchów. Goniłem siebie z czasów młodości. Goniłem go, aż dotarłem pod swój dawny dom. Mój jedyny prawdziwy dom. Stałem przed nim, choć cały czas kusiło mnie bardzo, żeby zapukać i zobaczyć twarze rodziców i braci. Zamiast tego ujrzałem w oknie jakiegoś chłopaka. Odszedłem, gdy usłyszałem jak woła swoją matkę, że jakiś Żyd stoi na zewnątrz i ogląda dom. Jeśli myślał, że chcę się upomnieć o to co moje, to się grubo mylił. Bo cóż bym robił sam w pustym domu? Po cóż miałbym siedzieć z duchami i boleśnie zatracać się we wspomnieniach? Ten dom miał teraz nowych właścicieli i kwitło w nim nowe życie. Poszedłem do parku, który niegdyś był placem brukowanym kocimi łbami. Żydowskie kramiki widziałem jedynie oczami wyobraźni. Jedna tylko rzecz pozostała. Ktoś z moich czasów. Był to niemalże mój rówieśnik, bo kiedy ja byłem małym chłopcem, Dąb Wolności był młodym drzewem. Teraz był to stuletni, potężny dąb. Kiedy on stał się coraz większy i silniejszy, ja zmarniałem i zniedołężniałem. Będzie on tu stał jeszcze długo, długo po mnie. I będzie pamiętał. Nie chciałem gonić duchów, ale chcąc nie chcąc, musiałem pójść na cmentarz, na którym leżeli moi pradziadowie. Chciałem tam znaleźć miejsce dla siebie. Wszyscy moi krewni i przyjaciele opuścili ten padół łez i rozpaczy przez oświęcimskie kominy i wiatr rozwiał ich prochy po całym świecie, dlatego chociaż ja powinienem spocząć w świętej sokólskiej ziemi. Czułem, że jestem im to winny. W drodze na kirkut tylko raz musiałem spytać o drogę. Niedługo później dotarłem na skrzyżowanie ulic Zamenhofa i bohaterskiego Icchoka Malmeda. Tam zobaczyłem kawałek oryginalnego muru, a za nim zarośniętą krzakami i młodymi drzewami dżunglę. Gdzieniegdzie tylko jak półdupek zza krzaka wystawała porośnięta mchem macewa. Przy pierwszym nagrobku z brzegu, ku mojemu zdziwieniu, stał znicz. Znalazłem ścieżkę i ruszyłem przez te chaszcze. Choć nie minęło nawet stulecie, wydaje mi się, że sokólscy Żydzi byli bardziej zapomniani niż Jaćwięgowie, którzy dawniej zamieszkiwali te ziemie. Wiele nagrobków ze starości zapadło się w ziemię. Wrośliśmy w tę ziemię jak ten wiekowy dąb... Oprócz mnóstwa śmieci, znalazłem dwa miejsca na ognisko, wokół których były ułożone nagrobki, które musiały służyć do siedzenia przy ognisku. Aj waj! Krew mnie zalała i broda najeżyła się jak naelektryzowana, gdy okazało się, że jedna z bardziej możliwych do rozczytania macew, należy do mojego pradziadka. Trzasnąłem o drzewo leżącą obok butelką po tanim winie. Chciałem

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy