O Michalinie

Autor: she3710

        „Dziennik (nie)młodej Polki, czyli Michalina sobie nie radzi.”

 

 

1 kwietnia

Poranek. Wczesny poranek! Godzina 7.00. Nieprzypadkowo dodam, że to poniedziałek. W domu bieganina, krzątanie, sprzątanie, burdel! Mąż krzyczy, oczywiście zapodziałam mu kluczyki od samochodu, wstaję, znajduję, on wyjeżdża, bez słowa, znowu na tydzień....Mój mąż, Krzysztof, kierowca. Córeczki jak co dzień, biegają w tę i z powrotem po domu. Ich pokrzykiwania niezmiennie, od wielu lat te same:

- Maaama! Gdzie śniadanie? Jeść! Pić! Sikać! Jechać!

Pomagam każdej z nich, tyle ile mogę, w końcu jestem matką, nie wiem kto był na tyle mądry, aby przed wiekami ustalić iż typowa matka musi zawsze wszystko wiedzieć, znajdować, chować, opiekować, wymyślać, zwymyślać, no i oczywiście najważniejsze, mieć czas dla wszystkich, ale broń Boże dla siebie!

Judyta, Jutka, Jutuś, moja pierworodna, najukochańsza córeczka, oczko w głowie mamusi, woła jak zawsze miło i ciepło:

-Mama! Możesz się ruszyć? Zawieź mnie do szkoły, bo się spóźnię!! Again!

No tak, moja córuchna musiała wplątać w swą wypowiedź bezsensowne zapożyczenia, bo to takie trendy i cool.

-Bozia nóżki i bilet miesięczny dała? Po to komunikacja miejska powstała, aby panienka korzystała...

- Znowu chcesz odbierać telefony od wycho, że się notorycznie spóźniam? Oczywiście głównie przez Ciebie, matko moja, gdyż zasad punktualności mi nie wpoiłaś!

Popatrzyłam w te jej wielkie brązowe oczyska, oczywiście po tatusiu, gdyż to on posiadał geny dominujące, co przez lata podkreślał. Spójrzmy prawdzie w oczy, głównie wtedy gdy się upijał i poczucie męskiej dumy wzrastało do rangi pana i władcy.

No cóż, trudno. Któryś raz z kolei obiecałam sobie, że ostatni raz zawiozę dziewczynki do szkoły. Tak, mam dwie córki...Sześcioletnia Lena, dziecko aniołek, jak twierdzą moi rodzice, ja widzę ją trochę inaczej. Lena, mimo swojego wieku, potrafi w sposób nieoceniony wykorzystywać naiwność ludzką, (mój Boże! To po mnie!) do tej pory się zastanawiam jak dajemy sobie z nią radę....Nie. To ona daje sobie z nami.

Podczas mojej bezsensownej wymiany zdań z szanowną córką, Judytą, moje młodsze szczęście nie dało o sobie zapomnieć. Podczas tych kilku minut, Pani Lena zdążyła poplamić sobie białą sukieneczkę, sokiem porzeczkowym (jakże by inaczej, a dałabym sobie głowę uciąć, że takiego soku nie kupowałam...cóż, biegałabym bez głowy, matka z głową czy bez, ale mi różnica). Kolejna poranna czynność, biorę dziecko, piorę, nie zapominam o sukience, którą trzeba namoczyć. Wyprane dziecko przebieram, pakuję, sprawdzam czy wzięło drugie śniadanie, wzięło, ale i tak przed szkołą sprawdzę jeszcze raz. Dla pewności, coby panie przedszkolanki (koleżanki z fachu zresztą) nie opowiadały, że u tych Skowrońskich źle się dzieje, dziecko głodne, brudne...Boże! Widzisz i nie grzmisz!

Zbieram córki, niby mam dwie, ale czasem są gorsze niż stado rozwydrzonych i zakompleksionych nastolatek. Wsiadamy do samochodu. Odpalam i prosto do szkoły, najpierw Lena, bo bliżej, następnie Judyta, uczennica liceum, prymuską nie jest. Do matury rok, nie będę tego komentować. Wracam. Sama! Życie jest piękne, nawet gdy stoję w korku dwadzieścia minut, a w radiu non stop słyszę:Prima Aprilis, po co to? Przecież wiem, że pierwszy kwietnia, obłęd.

Wchodzę do domu, wykład na 15 więc mam chwilę dla siebie...Żart! A kto posprząta? Ugotuje? Pozmywa? Rozglądam się, no tak...muszę jakimś sposobem dostać się na dach i poprawić antenę, telewizor szwankuje, a mąż pierdoła. Spakował manatki i hajda za granicę. Wróci w sobotę, siądzie na swym fotelu, otworzy puszeczkę piwska i ogłosi, że ma zamiar wziąć sobie to, co mu się należy...mój mężczyzna nie ma na myśli seksu, to co mu się należy to pilot od telewizora, obiadek plus dokładka, że niby chłop to ma być jak dąb. Moim skromnym, kobiecym zdaniem jest po prostu spasiony, ale jestem żoną, nic nie mówię, myślę cicho, chcę spokoju.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy