Abstrakcja

Autor: Johnny_Grotesque

Wyraźnie widząc wartość swych prac, gardził ślepym losem i wbrew wszelkim znakom życia, upierał się, że ma talent, że za jego pomocą zbuduje fundament bezczelnej fortuny i sławy. Naiwna wiara w lepsze jutro oraz pieniądze, które niczym pijawka wysysał od biednej matki, sprawiły, że początkowo nie odczuwał bólu istnienia, na jaki już wtedy zasługiwał. Ugotował w swojej głowie zupę przyszłego sukcesu
i podgrzewał ją ogniem nieustannych pomysłów – abstrakcyjnych wizji, przenoszonych na płótno tylko wtedy, gdy pieniądze zniknęły gdzieś w rozpustnej studni hulanek, a matka zamykała wiecznie pełną portmonetę szczęścia mówiąc: „Dość synu, bierz się za robotę”. Brał się więc za nią;­­­­­ za robotę dość osobliwą i marnie płatną, bo za jego dzieła nie chciał płacić nikt. „To jest burdel nie obraz – mówili znawcy krowich wymion – potentaci rolni, których właściwie było stać na zdobienie ścian swoich domów – ale nie tym ścierwem proszę pana; nie bazgrołami jakiegoś młokosa”.                                                        

Na przekór wsiowym prześmiewcom, szukał szansy w mieście. Błąkał się wąskimi uliczkami, pogubiony w lesie latarni, stukocie powozów i automobilów, w środowisku zgoła innym niż przejrzyste pola po sianokosach. Dryfował w rzece garniturów i futurystycznych kreacji, milczącej elegancji, rozbieganej jak stado owiec z rozwolnieniem. Chciał tam spotkać prawdziwych znawców; takich artystów zawodowych, służących wskazówką i dobrym słowem, bujających w podobnych obłokach piękna, splątanych ze sobą szlachetną pajęczyną, łapiącą tylko wybranych. Wyobrażał ich sobie w smugach dymu i morzu alkoholu, że z nimi rozmawia, a oni go rozumieją, wciągają w ten wir, w tą miejską bohemę wybranych i razem smakują ulotnej abstrakcji jego obrazów. Wierzył, że może któryś z nich, widząc w nim obiecującego malarza, przygarnie go pod swoje skrzydła; i znalazł ich późnym wieczorem, kiedy ktoś pokazał mu: „O tam, widzi pan? Tam ktoś na nie spojrzy, tam są ci wyklęci”.

  Pod szyldem „Zadymiony Łoś” wygrawerowanym od niechcenia; w tym barze; w tej spelunie śmierdzącej; z włosami długimi, łysymi, rozczochranymi i poklejonymi; z brodami wytwornymi, ale i też dziadowskimi, siedzieli oni – artyści. 

–Niech pan spojrzy, może ten? – pytał załamany obojętną miną milczącego artysty.

– To może ten albo ten; o tym pan coś musi powiedzieć! – Przekładał nerwowo swoje dzieła.                                                                     

– Gówno… – rzekł artysta nie patrząc nawet.                                        

– To może niech pan spojrzy jeszcze na ten; ostatni, jedyny! – błagał.   – Maluje pan gówna – stwierdził dwuzębny mistrz przechylając kieliszek.  

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy