Zauroczenie 4/4

Autor: zielona

Po tamtym zdarzeniu z odciętą głową wiele przepłakałam. Następnego dnia w domu robiłam z maniakalną wręcz precyzją porządki. Sprzątałam wszystko. Przy okazji cały czas on chodził mi po głowie i ta odcięta głowa. Nie za bardzo słyszałam co do mnie mówią dzieci, o co pytają. Wtedy przyszedł mój mąż, stanął i gwizdnął ze zdumieniem.
 - No, no. To mi się podoba. W końcu wzięła się za robotę.
Byliśmy w separacji, ale mieszkał obok. Zaledwie parę domów dalej mieszka jego babcia, więc tam poszedł. Dom w którym zostałam z dziećmi należy do niego. Razem go wykańczaliśmy i rozbudowywaliśmy, ale jest jego, po rodzicach. Rodzice wyjechali zagranicę, dom został. Może kiedyś zechcą tu wrócić. Nie mam do tego domu żadnych, formalnych praw. Kiedy miałam już jednak dość wspólnego bycia i zaczęłam pakować siebie i dzieci, kiedy widział, że nic nie zrobi stwierdził, że on pójdzie, a ja z dziećmi mam zostać i sobie wszystko jeszcze przemyśleć. Zapowiedział, że odtąd nie mogę na niego liczyć w niczym. Mam sobie radzić sama. Łatwo nie było i czasami padałam na twarz po całym dniu. Zaopiekować się dziećmi, podołać wymaganiom w pracy, a po powrocie zająć się  podwórkiem, domem, wszystkim, nieważne. Dzieci odwiedzał codziennie i teraz nawet spędzał z nimi więcej czasu. Nagle zaczął z nimi grać w piłkę, gry komputerowe, budować fortece z klocków. Wcześniej nigdy tego nie było. Był tylko krzyk i rozkazy. Powiedział, że rzucił pracę. Podobno to praca go tak stresowała, że w nerwach i krzyku demolował dom. Teraz wydawał się faktycznie spokojniejszy. Tamtego dnia, po tym zdarzeniu z głową zaproponował, że skosi trawniki wokół domu i przefiltruje wodę w basenie, bo dzieci w syfie się kąpią. W ogóle ocenił, że bez niego wszystko zaczyna zamieniać się w dzicz. Nie miałam pretensji, że zrobił porządek wokół domu. Właściwie nawet byłam mu wdzięczna. Później stwierdził, że dom i dzieci potrzebują dwójki rodziców do ogarnięcia wszystkiego, a że nie zaprzeczyłam, już tego samego dnia nocował w domu, a następnego przyniósł rzeczy, które wcześniej zabrał. Nawet mi to pasowało. Kiedy on był w domu miałam poczucie, że dzieci są bezpieczniejsze i żaden maniak obcinający głowy im już nie zagrozi. Nie spaliśmy razem, bo odkąd zaszłam w ciążę z drugim dzieckiem nie zbliżał się do mnie. Chciał tylko jednego dziecka. Uważał, że go wrobiłam. Ciąża to były przepłakane miesiące w ciągłym krzyku i awanturach, popychaniu i zaciskaniu pięści. Nie uciekłam tylko dlatego, że nie miałam dokąd. Znacie to powiedzenie, że największym wrogiem wolności jest syty niewolnik? Ja tu miałam duży, ładny dom, pracę i miejsce, gdzie położę dziecko, kiedy się urodzi, więc zostałam w swojej niewoli. Zatem, sypialnie od dawna były osobne i tak zostało. Na początku próbowałam coś z tym zrobić. Ile razy był spokojniejszy dzień, bez większych awantur i poniżeń, wymyślałam coś, kombinowałam, żeby doszło do bliskości, żeby uzdrowić ten chory związek. Kończyło się zawsze szyderstwem i awanturą. On nie chciał, żebym w ogóle go dotykała, zbliżała się. Później już ja sama nie chciałam, żeby się zbliżał. Kiedy po swojemu z wielką dozą uznania chciał mnie pogłaskać po głowie, albo pocałować w czoło za pięknie posprzątany dom, miałam ochotę go uderzyć. Mniej więcej wtedy nawiązałam kontakt e-mailowy z tym dziwnym artystą. Właściwie denerwował mnie, wciąż się ze mną drażnił, ale w jakiś sposób pozwalał uświadomić sobie swoją własną hipokryzję. Pracowałam z ludźmi, próbując uzdrawiać ich życie, a sama tkwiłam w miejscu, gdzie wszystko było nie tak, a ja nie miałam odwagi tego zmienić, bo moja niewola daje dach nad głową i poczucie stabilizacji. Wywrócił mi myślenie. Później zniknął i coś postanowiłam z tym zrobić. Była ta separacja, nieformalna, ale już nie ma. Ta obcięta głowa… Ja już nie wiem. Nic nie wiem. Mój mąż wrócił, a ja z wyczekiwaniem spoglądałam na telefon, zaglądałam na pocztę. Chciałam dostać informację, że już jest w zakładzie, że go zamknęli i mojej rodzinie nic nie zagraża. Ile razy w nocy zaszczekał pies ja nasłuchiwałam z drżeniem serca i patrzyłam na telefon. Może to on? Po tygodniu, kiedy zadzwonił odebrałam zdenerwowana.
 - Cześć. – usłyszałam w słuchawce. – Co u ciebie?
 - Co u mnie? Dobrze. – wypowiedziałam w zdenerwowaniu – A co z tobą?. Jesteś w zakładzie?
 - W zakładzie? Nie. – zaśmiał się – Chodzi ci o tę głowę?. Uwierzyłaś w to? – spytał.
 - Widziałam odciętą głowę w twoich rękach i miałam krew na własnym ubraniu. Co ty mi tu teraz chrzanisz?! – zdenerwowałam się.
 - To żart był. Bardzo nieudany. Teraz tak myślę. Jestem artystą. Zrobiłem tę głowę. Mocno mnie wkurzyła. Ty też. Byłem wściekły na nią, na ciebie, więc…
 - Niech cię jasny szlag! – krzyknęłam i zerwałam połączenie.
Zadzwonił drugi raz i trzeci, ale nie odbierałam, więc przysłał sms-a. – „Możesz do niej zadzwonić i porozmawiać z nią…” – tu był numer telefonu. Oczywiście, że nie zadzwoniłam. Byłam wściekła.
Za jakiś czas znowu dostałam sms-a -  „Przepraszam. Kocham Cię.”
-  Niech cię jasny szlag. – myślałam chodząc z telefonem w dłoni i mając ochotę rzucić nim o ścianę. Niech cię jasny szlag. – powtarzałam i nie wiedziałam czy dać temu wiarę. Był artystą. Dość stukniętym i nieprzewidywalnym, ale takie coś?. Ja miałam krew na własnych rękach i ubraniu. Ja byłam przerażona, a on uważał to za żart?. Gdyby chociaż od razu powiedział, że to kukła... Nie chciałam z nim więcej rozmawiać. On też przez jakiś czas milczał. Konkretnie ponad dwa miesiące. Później wrzucił wiadomość na skrzynkę e-mailową: „Byłem w zakładzie na leczeniu. Nie mogę tworzyć. Nie chce mi się żyć”. Nie odpisałam. Po kilku tygodniach napisał znowu: „Kocham Cię. Tylko Ciebie.”  Napisałam mu wtedy, żeby spieprzał i nie chcę mieć z nim nic wspólnego, ale myślałam o nim. Sprawdzałam tę cholerną skrzynkę chyba z cichą nadzieją, że napisze znowu i mnie jakoś przekona. A tu znów zapadło milczenie. Mój mąż natomiast zrobił kolejną awanturę. Dziecko dostało mdłości, więc musiał się wyładować na mnie. Krzyczał, że badziewie gotuję, że wszystkich potruję, że … no takie tam. Rzucił mi komputerem o ścianę zawiadamiając, że więcej przy nim nie siądę. Zadziwiające, że zegarek, który wisiał na ścianie spadł i popsuł się, a komputer nie. Działa. Może lepiej by było, żeby wtedy się roztrzaskał. Nie odczytałabym wtedy kolejnych wiadomości i nie wyszła na to cholerne spotkanie. Pisał, że wyjeżdża z kraju. Chciał jeszcze raz mnie zobaczyć i pożegnać się. Prosił, a później przyjechał i stał przed domem. Wysłał mi sygnał na telefon, że jest, a później stał tam i już. Na początku nie miałam zamiaru wychodzić. Wyglądałam tylko przez okno sprawdzając czy jeszcze stoi, a on po prawie dwóch godzinach nadal tam był, więc poszłam. Wsiadłam do samochodu, spojrzałam na niego, a on tylko się uśmiechnął. Nie mówił nic. Uruchomił silnik i ruszył. Chciałam wiedzieć dokąd jedziemy, ale zawiadomił, że to niespodzianka. Wyjechaliśmy poza miasto, zatrzymaliśmy się gdzieś w lesie. Tu zaczęłam się bać, panicznie. Chciałam, żeby mnie odwiózł, a on objął mnie za rękę.
 - Nie bój się. Mam niespodziankę. – wysiadł z samochodu, otworzył bagażnik i wyjął stamtąd składany stolik, postawił, nakrył obrusem, a później wyjął świeczkę, zapalił i postawił na środku tego stolika, puścił muzykę z radia samochodowego i patrząc w moją stronę poruszył brwiami.
 - Uwaga. Oto danie główne. – wyjął spory pojemnik na żywność i zawinięte dwa talerze i sztućce. Ułożył talerze, sztućce, serwetki, kieliszki do wina,  a ja uśmiechnęłam się. Myślałam już że będzie dobrze. Nałożył na talerze potrawę. Obok stolika ustawił rozkładane krzesła. Tu las, ciemno, odgłosy ptaków, chłód, w oddali raz po raz szum przejeżdżającego samochodu, a tu bardzo prywatna restauracja w samym środku wszystkiego. Z radia leciała muzyka Mozarta. Uwielbiam. Zaprosił mnie do stołu, podsunął mi krzesło. Nie wiem dlaczego w to uwierzyłam. Chyba chciałam wierzyć. Miło było, choć przy niewielkiej ilości słów. Kiedy mnie pocałował nawet się nie broniłam. To było jego pożegnanie. Miał jechać zagranicę  i miałam go więcej nie zobaczyć. To był namiętny pocałunek, jakby jego głód był ogromny, a ja… Chyba też mnie trochę poniosło. Podniósł mnie z krzesła i zaczął odpinać moje ubranie, dotknął tak, jak nie powinien. Wzdrygnęłam się i pochwyciłam jego rękę.
 - Nie. Wybacz, ale nie. – odsunęłam się, a on patrzył na mnie takim wzrokiem… nawet nie potrafię tego opisać. Uśmieszek, który przemknął po jego twarzy… Chyba go to bawiło.
 - Nie bój się. – zaśmiał się, a następnie pochwycił za nadgarstek, przyciągnął i pocałował znowu. Tym razem próbowałam się bronić. Przed oczami stanęła mi ta głowa – martwe oczy, wszędzie krew. Żart?
Chciałam uciekać. On całował szyję, dotykał piersi. Nie miałam siły go od siebie oderwać, więc pocałowałam, objęłam głowę. Było w tym tyle dzikości ile strachu we mnie.
 - Poczekaj. – wypowiedziałam w pewnym momencie. – W samochodzie mam prezerwatywę. – oddychałam ciężko. Przystopował, spojrzał spod brwi, cofnął się. Wydostałam się z jego objęcia, poszłam do tego samochodu, wsiadłam i zatrzasnęłam drzwi. Kluczyk był w stacyjce. Roztrzęsionymi dłońmi przekręciłam go, wycofałam. Myślałam tylko o tym, żeby jak najprędzej uciec. Zostawiłam go tam i odjechałam. Całą drogę płakałam nie mogąc sobie wybaczyć, że mogłam być taka głupia. Nie wiem jak wróciłam do domu. Pomyślałam, że nie mogę zostawić auta pod swoim podwórkiem, więc odjechałam nim. Zostawiłam go w mieście, na parkingu, wróciłam do domu pieszo, a teraz siedzę i znów ryczę. Zastanawiam się jak mogłam do tego dopuścić. Jak mogłam mu uwierzyć?. Chciałam. Bardzo chciałam uwierzyć. Bardzo chciałam uwierzyć, że mam jeszcze szansę na miłość, no i mam co chciałam. Kiedyś lubiłam seks, wierzyłam w miłość, która jest w stanie wszystko przezwyciężyć. Moja ukochana bajka „Piękna i Bestia”. Miłość, która zamienia bestię w człowieka. Nigdy, nigdy, nigdy już nie uwierzę.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy