DROZD - rozdział 1. cz. 1/2

Autor: baczmus

UWAGA: To dopiero początek. Za wszelkei błędy przepraszam i literówki. Kiedyś to porawię. Miłęgo czytania. :)

- Panie. Wszystko gotowe – rzekł brodaty krasnolud, który stanął na baczność u progu wejścia do komnaty.

Król skinął głową i odesłał swojego żołnierza ruchem ręki. Wiem – pomyślał – wiem, że wszystko było gotowe już piętnaście minut temu gdy na dziedzińcu można było usłyszeć głosy wiwatujących i rzucających obelgami krasnoludów. Spojrzał raz jeszcze na wielką komnatę. Blade słoneczne promienie leniwie wlewały się do komnaty przez wielkie na kilkanaście stóp mozaikowe szyby i padały na wielkie, bogato zdobione kolumny, które  podtrzymywały ciężki strop. Sklepienie przedstawiało mniejszych i większych krasnoludzkich bogów w bitwie o Kamień. Kamień, który teraz spoczywał na końcu wielkiej komnaty, był on umieszczony w świątyni Bogów. Na końcu sali, naprzeciwko miejsca w którym stał Król stał tron czarny niczym noc. Nie odbijał on żadnych promieni słonecznych ani ich nie pochłaniał. Król nie lubił na nim siadać. Był zimny w dotyku i za twardy na jego stare kości. Vognar miał już w końcu 174 lata. Sam nie wiedział czy to jego bali się podwładni oraz skazańczy czy też czarnego tronu – obawiał się, że bardziej tego drugiego. Usłyszał jeszcze głośniejszy zgiełk na królewskim dziedzińcu – postanowił mieć to za sobą. Nie pierwsza i nie ostatnia egzekucja w tym miesiącu. Król raz jeszcze poprawił swoje wyjściowe szaty, obrócił się na pięcie i pchnął wielkie drewniane wrota, które były żłobione krasnoludzkimi runami.

Pierwsze cieplejsze promienie wiosennego słońca musnęły jego twarz. Był za stary na uśmiechy. Od ponad pół wieku słońce nie radowało go tak jak dawniej. Zanim został królem uśmiechał się częściej i szerzej. Gdy już jego ciemno-brązowe oczy przyzwyczaiły się do słońca, podszedł do wykonanej z marmuru poręczy. Stanął przed nią, złapał jedną dłonią za zimną a drugą podniósł by pozdrowić jego wierny lud. Wierny tylko w słowach. Wiekowy władca wiedział, że niektórzy tylko czekają by wbić mu nóż w plecy lub tym bardziej w serce patrząc swoimi oczyskami w jego oczy gdy kona. Nie raz złapano zamaskowanego zamachowca, który starał się dostać się do jego komnat i go zamordować. Ta sztuka udawała się zawsze, prócz jednego razu. Tego razu nie było go w komnatach, była tam tylko jego żona. Żałoba trwała miesiąc. Zamachowiec wisiał cały zawieszony na szubienicy najeżony strzałami i bełtami. To przeszłość – pomyślał król. Teraz jest teraz. Raz jeszcze podniósł rękę skąd było słychać „Niech Żyje Król!” „Wiwat!” „Zabijcie ich wszystkich!”. Tak. Trzeba było ich zabić wszystkich. Co do jednego.

Siedmiu skazańców stało w rzędzie. Byli obdarci z ciuchów a na głowach mieli czarne, płócienne worki. Byli wyżsi niż krasnoludzy strażnicy stojący z halabardami przy nich prócz ostatniej dwójki, która była wzrostem podobna do tej krasnoludów. Stali na środku dziedzińca. Czternastu łącznie. Na jednego skazanego przypadał jeden kat. Masowe ścięcie pozwalało zaoszczędzić czas i według króla wyglądało bardziej spektakularnie. Ten typ egzekucji podobał się wszystkim – może z wyjątkiem skazanych.

Vognar podniósł wyprostowaną dłoń by uciszyć lud. Umilkł nawet wiatr. Krzewy i drzewa przestały się kołysać. Bogowie są obecni przy egzekucji - pomyślał Król. Opuścił dłoń. Coś mignęło w kąciku jego lewego oka. Mały drozd usiadł na marmurowej barierce i spojrzał wprost na króla. Prosto w jego oczy. Zaśpiewał swoją melodię i odleciał. Króla przeszedł dreszcz, drozdy od zawsze symbolizowały nieszczęścia. Nie wierze w przesądy. Na to także jestem za stary.

- Zdjąć im worki! – Krzyknął król.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy