Poranek w Warszawie

Autor: niutella

              Nie zdążyłem na pociąg. Patrzyłem smętnie jak sunie wolno jakieś 200 metrów ode mnie. Nie spieszy się. Jednak na tyle mu pilno było, że mnie nie zabrał. Cholera jasna. Znów czeka mnie telefon do ludzi i seria zawierających sześciany przeprosin.

 

- Dzień Dobry. XXX z tej strony. Chciałbym przeprosić, nie dojadę na czas. Tak, tak, te prace na drogach wykończą każdego. Bardzo mi przykro, że tego nie przewidziałem, jednak wczoraj wieczorem jeszcze nie było tego całego bałaganu. Nie, skąd, poradzę sobie. Przepraszam, że tak wyszło. Nie, myślę, że szybciej będzie dojechać pociągiem. Tak, tak. Przepraszam raz jeszcze, bardzo mi przykro. Do zobaczenia.
 

            Spociłem się. Zawsze się pocę, gdy kłamię. Mój samochód od tygodni stał w garażu, zaniedbany, niekochany, z rzężącym rozrusznikiem, który krztusił się i dusił, i dalej nic. Postanowiłem ruszyć to moje zapleśniałe ciało do hali dworcowej i kupić bilet na następny pociąg. Otworzyłem drzwi. Powitał mnie odór niemytych ciał. Bezdomni mieli tu bazę dzienną, ale od początku wiosny zostali stąd „wyproszeni”. Nikt z obsługi nie wpadł na pomysł totalnego wietrzenia i dlatego, co to za różnica, czy ci nieumyci tu są, czy ich nie ma. Zapach mówi, że są. Zostali, choć na chwilę wyszli uzupełnić chemię we krwi, zerknąć ukradkiem na dorastające w oddali dziecko, wyżebrać grosz, wywalczyć pieniądz, wrzucić kawałek jedzenia na owrzodzone wyrzuty sumienia, pogadać z Denkiem i Baskiem, nakarmić psa, który wiernie od wczoraj pilnuje wózka na Mokotowie. Tu trochę butelek, tam, żelazny interes i parę groszy wchodzi. A pies dostanie miłość i wdzięczność. Takiemu psu to nawet bezrobotni zazdroszczą.

 

- Jeden bilet do Krakowa, proszę. Na następny pociąg. O której odjeżdża? Dobrze, przeczytam sobie. Ile płacę. Dobrze, poczekam.

 

Wyremontowano halę, postawiono nowoczesne kasy, posadzono niereformowalne baby, które robią łachę od dwudziestu lat z okładem.

 

- Bardzo pani dziękuję. – mówię nieszczerze.

 

Jestem tchórzem, powinienem coś napomknąć o jej zachowaniu, chociaż minimalnie dać upust swojemu niezadowoleniu. W końcu jestem klientem. Eh, może dziesięć lat temu i otworzyłbym tą tchórzliwą gębę i coś pysknął, ale dziś? Po tych dziesięciu latach w Polsce, klient znowu wart jest nic nie wart, jak nie ten, to przyjdzie następny. Jednostka nie istnieje. Jedyne jego prawo to domagać się swoich praw. Niewielu z tego korzysta. Bo godność to czas i pieniądze. I nerwy. Za dużo nerwów. Jakieś sądy, rozprawy ciągnące się latami. Więc ludzie wybierają spokój oplutych twarzy. A tym chamulcom puściły wszelkie hamulce. Tak jest w sektorze tzw. usług. Po drugiej stronie barykady siedzą obmierzłe baby, z tłustymi włosami i brudnymi paznokciami, nieprzyjazne, powolne i gnuśne. Władczynie naszych towarów. Władczynie naszego czasu. Robiące wielki problem z przyjęcia pieniędzy, wydania reszty, jak teraz, w kiosku.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy