PIERWSZY STOPIEŃ DO PIEKŁA

Autor: Lady_Mary

   "Bartoszów 15 - 06 - 2005


    Do tego kogoś, kto być może będzie to kiedyś czytał!


    Nigdy w życiu nie pisałam pamiętnika. To znaczy kiedyś pisałam, nawet kilka, ale to zawsze było tylko kilka stron, a później cała ta zabawa mi się nudziła. Przepraszam, w końcu to mało istotne - kogo obchodzi moje pisanie lub niepisanie pamiętników! Pisząc te słowa chcę po prostu wyjaśnić, że mam czasami problemy z prawidłowym ubraniem myśli w słowa, niekiedy nie potrafię znaleźć odpowiednich środków, by wyjaśnić to, co chcę wyjaśnić. Na przykład teraz - marnuję kartkę i długopis pisząc jakieś nikomu niepotrzebne pierdoły zamiast zająć się konkretami!
    A więc od początku! Tylko, kurde, gdzie był ten początek, tego sama już nie wiem.
Odkąd pamiętam zawsze było tak jak teraz. No, ale skupmy się na faktach.
    Skoro czytasz te zapiski, miły Czytelniku, to znaczy, że mnie prawdopodobnie nie ma już wśród żywych. Myślę, że to najlepsze, co mogło się wydarzyć po tym wszystkim, co zaszło w okolicy. Zbyt zagmatwane? Kolejny raz przepraszam! Zapewne słyszałeś, Drogi Czytelniku, o tych strasznych wypadkach w Bartoszowie, prawda? Tak, to właśnie one doprowadziły do wybuchu paniki w całej wsi i okolicach. Wiem, bo sama stamtąd pochodzę. To właśnie te wypadki, jeśli można je tak nazwać, wstrząsnęły mną strasznie. To właśnie one były przyczyną i jednocześnie skutkiem mojego upadku. Upadku na duchu, na ciele, a przede wszystkim chyba - na umyśle... Znowu niezrozumiałe ? Przepraszam. Teraz postaram się pisać tak, abyś mógł mnie choć trochę zrozumieć, Czytelniku.
    Nazywam się Karolina Lubawska. Od wielu, wielu lat mieszkam w Bartoszowie. Jeśli nie wiesz, gdzie to jest, to powiem Ci tylko, że niedaleko od Krasnegostawu, niecałe piętnaście kilometrów. Do tej pory uważałam Bartoszów za nudną dziurę zabitą dechami, w której nic ciekawego i innego niż zwykła szara codzienność nie może mieć miejsca. Tymczasem okazało się, że rzeczywistość jest inna niż się wydawało. Teraz wiem, co znaczy "brutalna rzeczywistość". Ale lepiej ode mnie wie to pani Jesionowska, pani Majewska i pani Bławatowa. Mówią Ci coś te nazwiska, Czytelniku? Nie? To zajrzyj do gazet sprzed kilku tygodni. Znajdziesz je na pierwszej stronie w kilku wydaniach. Do tych nazwisk dopisane będą imiona: Daria, Artur i Kaśka. A jeśli zechcesz spotkać te osoby, Czytelniku, musisz się udać na nasz mały parafialny cmentarz. Łatwo znajdziesz te trzy groby, bo świeże kwiaty i wieńce z daleka są widoczne i wyróżniają je spośród innych. Czy teraz sobie przypominasz może, Czytelniku, te historie? Mogę Ci trochę podpowiedzieć, jeśli chcesz.
    Pierwsza była Daria Jesionowska. Rudowłosa dwunastolatka, najmłodsza z trzech sióstr. Zaczęło się niewinnie - po prostu nie wróciła do domu na noc. Niby nic takiego, w końcu nieraz zdarzało jej się nocować u jakiejś koleżanki. Tym razem jednak jej matka dzwoniła do wszystkich znajomych dziewczynki, ale nikt po lekcjach nie widział Darii. Nikt nie wiedział, dokąd mogła pójść.
    Znaleźli ją tydzień później. Była posiniaczona, jej ciało pokrywały sine pręgi i powoli z jej ciała wydobywał się ten okropny trupi odór. Znalazł ją jeden z wędkarzy-amatorów, który wybrał się na pobliskie stawy, choć dobrze wiedział, że tam nie wolno łowić. Poczuł najpierw ten smród, dopiero po chwili zobaczył jej ciało: leżące na brzuchu w błocie otaczającym malutki zbiorniczek wodny koło starej przepompowni. Lekarz stwierdził, że Daria została utopiona. Przed śmiercią była bita prawdopodobnie cienkim pręcikiem i jakimiś innymi przedmiotami. Policja przesłuchiwała chyba wszystkich mieszkańców Bartoszowa. Ale co z tego, skoro żaden z nich nic nie widział i nic nie słyszał. I, oczywiście, nie było żadnych podejrzanych. Po tym nikt z nas nie mógł chodzić sam do szkoły. To znaczy my, starsi, raczej tak, ale tylko w grupie. My i tak chodzimy przecież tylko na przystanek, żeby dostać się do naszych liceów. Ale dzieciaki z podstawówki miały przechlapane: rano mamusie i tatusiowie odprowadzali swoje pociechy na lekcje, a po ostatnim dzwonku już na nie czekali na szkolnym korytarzu. O zabawie na podwórku czy boisku po lekcjach dzieci mogły sobie tylko pomarzyć! Powszechna panika zapanowała w Bartoszowie, sama się zdziwiłam, że jeszcze nie zabijają deskami drzwi i okien. Sąsiedzi spoglądali na siebie z podejrzliwością, ale jednocześnie wieczorem i nocą czuwali nie tylko nad swoim, ale i sąsiada domem. Każde szczeknięcie psa nocą było sygnałem do zerwania się z ciepłej pościeli i nasłuchiwaniu z siekierą czy innym ostrym narzędziem w ręku.
    Mniej więcej dwa tygodnie później do domu na noc nie wrócił Artek Majewski. Tym razem rodzice szybko się skrzyknęli i w mig wyruszyli na poszukiwania gimnazjalisty. W przypadku małej Jesionowskiej nie było tak zorganizowanej akcji, bo Jesionowska do końca łudziła się nadzieją, że jej Daria jest może jednak u którejś koleżanki. Oboje Majewscy byli tak bardzo spanikowani, że nie rozumieli prawie, co się do nich mówiło. Wiedzieli tylko, że muszą znaleźć swojego synka za wszelką cenę! Wszyscy mieszkańcy z latarkami, uzbrojeni w noże i siekiery na wszelki wypadek, podzielili się na mniejsze grupy. Jedni poszli na stawy, inni w ruiny starych murów obronnych, a jeszcze inni do lasu. Mimo ciągłych nawoływań chłopca, wezwania policji i zaangażowania do poszukiwań kilku jednostek straży pożarnej z okolicy, akcja nie przyniosła żadnych rezultatów. Było już za ciemno, a teren zbyt rozległy, więc postanowiono odłożyć poszukiwania do rana.
    Nad ranem nad Bartoszowem niósł się pełen przerażenia krzyk pani Tyrakowskiej, mojej sąsiadki. Jej Pikuś, który nigdy nocą nie jest wiązany na łańcuchu, bardzo lubi dalekie spacery po lesie. Kiedy rano wrócił z jednego z nich, pani Tyrakowska zauważyła, że tym razem wrócił niosąc jakąś zdobycz w pysku. Przeraźliwy krzyk wyrwał się z jej ust i niósł się wraz z poranną mgłą, kiedy zorientowała się, czym jest zdobycz jej Pikusia. Piesek przyniósł w pysku palec. Ludzki palec gwoli ścisłości.
    Policjanci przyjechali z psem tropiącym. Ogromny wilczur od razu złapał trop i poprowadził całą grupę poszukiwawczą na bagna w głębi lasu. Smród stęchlizny i stojącej wody, tak typowy dla bagien i podmokłych terenów, z każdym krokiem zwiększał swoja intensywność. Niektórym ciężko było oddychać, ale wytrwale parli do przodu przez krzaki, drapiące jeżyny i zwisające nisko gałęzie. Z każdym krokiem również coraz wyraźniej słyszeli jakieś buczenie czy brzęczenie, które trudno im było zidentyfikować.    Po kilku kolejnych krokach zorientowali się, że to buczenie to odgłos wydawany przez rój much, który z daleka wyglądał jak ciemna kolumna. Gdy ekipa się zbliżyła muchy odleciały na moment, by po chwili znowu wrócić. Muchy, których najlepszym przyjacielem była padlina, tym razem obsiadły ciało czternastolatka. Mimo tej warstwy, która bez przerwy się poruszała i zasłaniała widok, wszyscy mogli zauważyć, że Bartek miał obcięte palce u obydwu dłoni. Na szyi widoczna była resztka zaciśniętego sznura. Jego druga część zwisała smętnie z gałęzi obok. Policja orzekła, że musiał się on zarwać pod ciężarem chłopca, gdyż był to zwykły sznurek, a nie jakaś mocna lina. Pies tropiący niestety stracił ślad. Opiekun psa stwierdził, że gdyby nie to, że dookoła jest pełno wody, pies nie straciłby tropu. Rzeczywiście - ciało Bartka leżało na małym kawałku twardej ziemi, na którym rosło tylko jedno drzewo. Wysepka ta otoczona była wodą i bagnami i można się było na nią dostać tylko skacząc po kępach trawy rosnącej w niektórych miejscach. Dlatego nie wszyscy mogli zobaczyć ten jakże makabryczny widok. Ale wiadomość o znalezisku rozeszła się wśród ludzi lotem błyskawicy.
    Po tym wydarzeniu Bartoszów stał się jakby wioską dotkniętą zarazą. Była zamknięta. Oczywiście nieoficjalnie, żadne zarządzenie wójta gminy w tej sprawie nie zostało wydane, ale mieszkańcy sami dla siebie wprowadzili jakby kontrolę celną. Żaden obcy nie mógł się tu pojawić, jeśli nie został dokładnie przepytany przez bartoszowiaków, w jakim celu i do kogo tutaj przyjechał. Teraz to już nawet my - starsi uczniowie - nie mogliśmy się ruszyć sami na przystanek. Z drugiej strony taka nadopiekuńczość rodziców była potrzebna, bo jednak nikt z nas nie wiedział, kto będzie następny, czy w ogóle będzie jakaś następna ofiara, czy może to się już skończy. Wszyscy się bali. Niektórzy trochę cwaniakowali, że się nie boją, bo są silni i nie dadzą się jakiemuś maniakalnemu psycholowi. Ale cóż poradzić - chłopcy już tacy są, lubią się popisywać, ale wiem, że w głębi duszy też czuli strach.


    Nie zanudziłam Cię jeszcze, Czytelniku?


    Ostatnim przypadkiem, jaki się pojawił w naszej okolicy, była tajemnicza śmierć Kaśki Bławat. Nie wiem, czy muszę opowiadać od początku, jak to się stało. Zaczęło się tak, jak w przypadku Darii i Artka: po prostu nie wróciła do domu po lekcjach. Kaśka należała do "starszych ", bo była już w trzeciej klasie liceum. Jej matka czekała na nią w domu, nie spodziewając się najgorszego. Kaśka tego dnia miała wysiąść z autobusu w miejscowości oddalonej o cztery kilometry. Owszem, wysiadła. Ale do domu nigdy nie dotarła...
Znaleźli ją w ruinach starych murów obronnych. Leżała z głową zanurzoną w wodzie, która stała po ostatnich deszczach na podmokłych łąkach. Jej ciało, jak ciało Darii, pokryte było siatką śladów po smagnięciach pręciem. Oprócz tego miała podcięte gardło, a woda wokół jej głowy miała czerwony odcień.


    Ale to wszystko, Czytelniku, mogłeś prawdopodobnie przeczytać w gazetach. Chociaż nie, może się mylę, bo w gazetach nie było wielu szczegółów, które opisałam tutaj, w tych moich zapiskach. Mogę jeszcze dodać, Czytelniku, że strasznie nie lubiłam nigdy Darii Jesionowskiej. Jej sióstr zresztą też. Bardzo mi się podobał strach, który widziałam w jej oczach. Chciałam ją tylko trochę postraszyć, dlatego zwabiłam ją po lekcjach na stawy, obiecując, że pokażę jej na stawach żółwia. Ona nic nie podejrzewała. Na początku była tylko zdziwiona, gdy smagnęłam ją kilka razy gałązką wierzbową po ręku i po twarzy. Potem zaczęła piszczeć, więc musiałam ją jakoś uciszyć. Uderzyłam ją kilka razy, aż upadła w wodę. Wtedy właśnie z ciekawości postanowiłam sprawdzić, jak to jest, gdy się kogoś topi. Smagnęłam ją jeszcze kilkanaście razy tą gałązką. Nie wiem, dlaczego kilka razy ją kopnęłam. W sumie ona nic takiego mi nie zrobiła. A potem? Potem zanurzyłam jej głowę w wodzie i przytrzymałam. Tak śmiesznie się wyrywała i wymachiwała rękami. A po jakimś czasie przestała. A spod wody przestały się wydobywać bąbelki. Wiedziałam, że jeśli przejdę przez wodę i przepłynę przez rzekę, to żaden pies policyjny nie powinien mnie znaleźć.
    Z Artkiem było jeszcze prościej: wracaliśmy razem od strony przystanku i zwyczajnie wmówiłam mu, że boję się wracać sama do domu. Artek chciał pokazać, że jest odważny i rycerski. Jego też nigdy nie lubiłam, ani Szymona -jego starszego brata. Nigdy nie lubiłam cwaniaków, a oni nimi byli. Właśnie wtedy wpadł mi do głowy pomysł, żeby zwabić go na te bagna. Poszło bardzo łatwo. Na wysepce rąbnęłam go drągiem w głowę. Stracił przytomność, więc założyłam rękawiczki, takie zwykłe, szmaciane (na wszelki wypadek), wzięłam swój scyzoryk, świeżo ostrzony w domu, i obcięłam Bartkowi palce. Nie wiem, dlaczego. Może jestem chora psychicznie? Pewnie tak. Ale co za różnica. Później zrobiłam pętlę ze sznurka, który znalazłam obok. Nie zauważyłam, ze był on już mocno zgniły i nawet mi nie przyszło do głowy, że może nie wytrzymać pod ciężarem Bartka. Przerzuciłam sznurek przez gałąź jedynego drzewa na wysepce. A to wszystko też z ciekawości, bo chciałam po prostu zobaczyć, jak to jest, gdy ktoś się wiesza. Wtedy też przeszłam przez wodę, nie po kępach trawy, dlatego pies policyjny stracił ślad.
    Jeśli chodzi o Kaśkę, to było trochę gorzej. Nie była w końcu taka naiwna, jak dwoje tamtych dzieciaków. Ale jednak się udało. Okłamałam ją, że tam przy murach widzę jej młodszą siostrę. Pobiegłyśmy tam. Dalej chyba nie muszę już opowiadać, prawda, Czytelniku?


    Teraz, kiedy piszę te słowa, jestem już po obiedzie, który sama sobie przygotowałam: pyszna porcja trutki na szczury! Nawet trochę większa porcja. Mam zamiar włożyć te zapiski do butelki, zakorkować porządnie i wrzucić do rzeki. Może ktoś przeczyta..."


    Rybak podarł lekko przemoczone kartki na strzępy. Znał tę historię, czytał gazety. Czwarta osoba została uznana za otrutą przez seryjnego mordercę. Nikomu nie przyszło do głowy samobójstwo. Niech tak zostanie...

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy