Zwyczajnie - miłość (V) Trudna sprawa

Autor: zielona

Życie – zagadkowa sprawa. Filozofowie, fizycy, chemicy, biolodzy i inni od pokoleń głowią się jak to jest. Skąd, dlaczego, jakim cudem? Badają, szukają, tworzą rozbudowane koncepcje. Przyroda, siły natury, zorganizowane bakterie? To one temu wszystkiemu nadają kierunek i same tworzą ten uporządkowany, niezwykle precyzyjnie dopasowany system? Mniejsza z tym. Tak czy inaczej, nikt nie zaprzeczy, że w tym systemie działają siły, które sprawiają, że wciąż to wszystko trwa. Potężne siły biologiczne, którym od zarania wieków ulega każdy organizm. Instynkt przetrwania, który każe jeść, spać, chronić się przed zagrożeniami i generalnie podtrzymać własne istnienie, dopóki się da i drugi instynkt – rozmnażania, przedłużania gatunku. Każda żywa komórka, każdy organizm to ma. Każde zwierzę. Dla swojego potomstwa rodzic jest w stanie znieść ból, trud, narażać własne życie, pozbawić się snu, odpoczynku. Narażają się zwierzęta pozostające jeszcze na niskim poziomie drogi ewolucyjnej - ptaki, ryby, gryzonie. Człowiek potrafi wejść w ogień i oddać życie za swoje dziecko. Oczywiście, że bywają dziewczęta, które uśmiechają się na widok każdego małego brzdąca od dzieciństwa i takie, które powiedzą, że nie znoszą małych dzieci. W tych ostatnich zazwyczaj instynkt budzi się wraz z ciążą i hormonami, które zalewają organizm i odwieczną siłą natury każą chronić poczęte dziecko. Potęgują emocje, każą unikać szkodliwych potraw, trunków, zapachów, niebezpiecznych miejsc i sytuacji, chronić poczęte życie.  Teraz pytanie. Jak wielki musi być lęk, aby tę odwieczną potężną siłę w sobie zdusić i zabić własne dziecko? Że tylko embrion? Że nie ma jeszcze świadomości? Nasz noworodek, którego przyjmujemy na świecie też ma przede wszystkim instynkty. Świadomości ma niewiele. Ponadto zazwyczaj na początku jest czerwony, pomarszczony, krzyczący. Nie daje się wyspać, nie daje odpocząć, zanieczyszcza się, ciągle tylko wymaga, a nie daje nic w zamian. Jednak patrzymy na tego „rozdarciucha” jak na ósmy cud świata i robimy wszystko, aby chronić, utrzymać przy życiu i kochamy jak jeszcze nikogo nigdy. To nasz własny rozdarciuch, nasze oczko w głowie. Kiedy w kobiecie poczyna się dziecko zaczynają budzić się hormony działające mocno na psychikę. Im starszy i większy embrion, tym hormonów więcej i silniejszy instynkt opiekuńczy. Aborcja? Jak potężny musi być strach kobiety przed otaczająca rzeczywistością, aby w takim stanie uśmiercić to zaczynające się w niej życie?  Co się dzieje z jej psychiką kiedy tego dokona? Przy poronieniu naturalnym organizm po pewnym czasie przestaje produkować hormony wywołujące silny instynkt chronienia. Na początku potęgują emocje straty, żalu, bólu. Nasze siły biologiczne, ewolucyjne, czy wewnętrzne - życiowe nadal mocno nastawiają nas na ochronę nowego życia, a to umarło. To musi spowodować potężny, psychiczny wstrząs, rozłam wewnętrzny, bunt. Przy mechanicznym usunięciu jest podobnie. Niektóre kobiety mówią, że po aborcji poczuły ulgę, bo to rozwiązywało mnóstwo problemów. Dopiero po jakimś czasie zaczęły się koszmary nocne, depresje, załamania psychiczne. W wielu krajach mówi się o wolności kobiety i prawie do dysponowania własną osobą. Pomijając nawet kwestię etyki stawiania się w roli Boga i decydowania od kiedy człowiek staje się człowiekiem i kiedy można, a kiedy nie można go uśmiercić – pomijając to – zastanawia mnie fakt na ile nastolatki wiedzione strachem przed odrzuceniem społecznym i nieporadzeniem sobie z sytuacją, świadomie podejmują decyzję o usunięciu swojego dziecka. Rzeczywiście tego chcą? To jest ich wolność wyboru, czy presja społeczna i zniewolenie strachem?. Gdyby ktoś zapewnił je, że dostaną odpowiednią pomoc, wsparcie – nadal byłyby zdecydowane usunąć płód? Na koniec – czy są na tyle dojrzałe emocjonalnie, aby świadomie podjąć taką decyzję i unieść konsekwencje? Jeśli pod presją otoczenia podejmą taką decyzję - u ilu z nich później dojdzie do depresji, problemów psychicznych, zaburzeń emocjonalnych? Siła przekazywania życia i ochrony swego potomstwa to najbardziej pierwotna siła zakorzeniona w nas tak głęboko, że ja obawiałabym się mówić o prawie kobiety do dysponowania swoim ciałem, jeśli chodzi o tę kwestię. Przypominają mi się słowa pewnego Wielkiego Człowieka – „Nie wiedzą co czynią”. I nie mówię o tym, że dziecko od dnia poczęcia jest już zaplanowane. Kod genetyczny ojca i matki przeplótł się już w swój jedyny niepowtarzalny sposób, nadał bieg rozwojowi, zaplanował płeć, inteligencję, kolor oczu, talenty, choroby, wszystko. Mamy prawo decydować, że to nie jest jeszcze człowiek, a za kilka tygodni, czy miesięcy już będzie? Bo co? Zdążył trochę urosnąć i nabrać kształtu? Kiedy ktoś decyduje się zabić zarodek wie kogo zabija?
Wracam jednak do Magdy, która właśnie spodziewa się dziecka i co tu kryć? – fakt ten mocno komplikuje jej życiowe plany.
            Magda wychodząc z Urzędu Stanu Cywilnego zabrała roztropnie kopię nadesłanego ze Stanów aktu ślubu. Obracając kartkę w dłoni usiadła na pierwszej, napotkanej, wolnej ławce. Przechodzący ludzie, stukot butów na ulicach, gwar głosów, śmiechów, gruchanie gołębi, furkot skrzydeł. Jakaś mała, może dwuletnia dziewczynka w kusej sukieneczce i śmiesznej chusteczce na głowie śmiejąc się pobiegła za ptakami. Patrząc jak wznoszą się w górę klapnęła na pupę. Nie płakała. Patrzyła za ptakami z fascynacją wznosząc głowę i wypuszczając prawie z buzi smoczek, zanim podszedł do niej młody mężczyzna i podniósł ją na ręce.
- Gołąbki – wypowiedział zupełnie naturalnie, nawet nie myśląc o tym, że właśnie dostarcza dziecku lekcji o świecie – Poleciały. Chodź. Kupimy im jakąś bułkę to przylecą do nas. – Magda uśmiechnęła się kładąc dłoń na swoim brzuchu, ale w jej oczach zebrały się łzy. Ojciec – przemknęło przez jej myśl, a lęk, że być może jej własne dziecko z jej winy będzie miłości ojca pozbawione ścisnął jej krtań. Otarła kroplę, która wytoczyła się spod powieki. Perspektywa przyszłości przerażała ją. Nie miała pojęcia jak zareaguje Piotr kiedy się dowie, że to nie jego dziecko, a jego rodzice? Jej rodzice? Jak ona miała to wszystko wytłumaczyć? Wstała. Idąc dalej zobaczyła szyld kancelarii prawniczej i niewiele myśląc weszła w oznaczone drzwi. Kamienica starego miasta, kancelaria prywatna, jasne pomieszczenie gabinetu z dużym oknem przysłoniętym roletami. Biurko, komputer, stylowe meble i pan w średnim wieku ze sporymi zakolami nad czołem. Wsunął na nos okulary i gestem wskazał swej klientce fotel (w subtelny sposób, a jednak całym sobą podkreślając, że on tu jest gospodarzem i to on tu jest ważniejszy.) Usiadła i nieco motając się, dość zdenerwowana tym co musi wyjawić obcemu mężczyźnie opowiedziała o swoim problemie. Prawnik za opłatą prawie symboliczną (czyli zdarł z niej prawie wszystkie oszczędności i miał zamiar wydrzeć resztę ) obiecał dokładnie dowiedzieć się o moc prawną dokumentu, konsekwencje jakie za sobą pociąga, oraz możliwości unieważnienia zawartego związku. Magda po jego mądrej przemowie nieco odetchnęła, mając cichą nadzieję, że jakby nie patrzeć – doświadczony profesjonalista znajdzie sposób na rozwiązanie jej problemu – przynajmniej z niechcianym małżeństwem. Podziękowała mu grzecznie i wyszła. Gdyby tak unieważnić małżeństwo i zatuszować sprawę. Może to było możliwe. Tylko istniał drugi problem. Świadomość niczym młotem pneumatycznym zaczęła jej wbijać do głowy, że dziecko, które w sobie nosi jest dzieckiem Dawida i tego nie da się ukryć, a gdyby nawet dało się – byłoby to nieetyczne. Wcześniej, czy później prawda musiała wyjść na jaw. Nie miała pojęcia jak o tym powie rodzicom. Przerażenie ogarniało ją na samą myśl o rozmowie z Piotrem. Nie miała pojęcia jak mu to wszystko wytłumaczyć. Musiała go na to jakoś przygotować, wszystko dobrze zaplanować, a czas egzaminów nie był najlepszym czasem na takie wieści. Ona musiała skupić się na zaliczeniach. On robił aplikację. (W ubiegłym roku skończył prawo. Był w trakcie robienia aplikatury w prywatnej kancelarii. Masa pracy, ślęczenia w papierach za niewielkie pieniądze. Dla niego to też nie była pora na takie rozmowy.) W domu nie zastała nikogo. Odgrzała sobie obiad, napiła się, a następnie siadła do fortepianu. Zaczęła brzdąkać. Mechaniczne brzdąkanie – wolne i rytmiczne, potem kolejne dźwięki. Zbierała myśli, próbowała ogarnąć sytuację. Sama nie wiedziała kiedy zaczęła grać – bez nut, planu - to co w środku grało, spontanicznie – najpierw spokojnie, miarowo, smutno, potem z coraz większą dozą gniewu, przelewając w grę wszystkie emocje. Kiedy skończyła usłyszała obok siebie brawa. Spojrzała. Stali tam jej rodzice, Piotr i jego mama. Ojciec odezwał się zdumiony.
- Co to było? Co ty za repertuar grasz? Nie znam tego.
- Improwizacja – Magda uśmiechnęła się niepewnie.
- Twoja improwizacja? Kochanie to trzeba zapisać. Natychmiast. Pamiętasz jak to grałaś?. Po kolei, wszystko. Zaraz. Gdzieś tu miałem wolne zeszyty. - Mężczyzna podszedł do regału, sięgnął do szuflady, wydobył to czego szukał i podszedł do fortepianu, aby przysiąść przy nim i poprosić – Graj Madziu. Od początku… - Magda chwilę wahała się. Co innego miała w planach, ale spojrzawszy na twarze przybyłych… wolała zostać z ojcem i muzyką.
- No to my pójdziemy do kuchni, a wy tu sobie grajcie. Nasze sprawy jeszcze chwilę poczekają.
Odtworzenie i zapisanie utworu trwało jakiś czas. Potem Stanisław stwierdził, że sam musi to zagrać i sprawdzić. Doszukał się pewnych różnic i pomyłek, więc trzeba było poprawić, doszlifować, ale w międzyczasie mówił z uśmiechem i dumą.
- Moja córka komponuje muzykę. Kto by pomyślał? To ja liczyłem, że Michał pójdzie w moje ślady, a tu popatrz jaka niespodzianka. To jest dobre córcia. Ty musisz komponować.
- Tato to jednorazowy incydent. Nic nie planowałam układać.
- Bo to tak właśnie jest córeczko. Najlepsza muzyka pisze się nie wtedy, jak tego bardzo chcesz i starasz się, ale jak sama w ciebie wpłynie nie wiadomo skąd. Wtedy trzeba mieć pod ręką zeszyt i pisać zanim ucieknie. Już tu słyszę skrzypce i oboje i dalej stopniowo wiolonczelę, waltornię, tuby, ale ty sama to dopracujesz. Rozpiszesz. To będzie twoja praca na zaliczenie na koniec roku – mężczyzna mówił to z takim ożywieniem i fascynacją jaka towarzyszyła mu tylko podczas tworzenia i dopracowywania nowych kompozycji. Pracował jako kompozytor od lat. W swojej szkole jako profesor wykształcił już kilku dobrych kompozytorów. Muzyką żył, oddychał i ona wypełniała cały jego świat. Każdy domownik to wiedział i nawet kiedy wstawał w środku nocy i zaczynał grać to wszyscy wiedzieli, że jedyne co można zrobić to nakryć głowę poduszką.
- Mam napisać koncert na orkiestrę jako pracę zaliczeniową? – Magda spojrzała na niego z dozą gniewu - Nie możesz tak wykorzystywać tego co zobaczyłeś w prywatnym domu. Na czwartym roku nie ma takiego obowiązku, a koncert na orkiestrę to nie utwór fortepianowy.
- Nie kłóć się ze mną. Chcę ci otworzyć drogę do zawodowego spełnienia, więc słuchaj. Dopracujesz to. To nie musi być cała orkiestra. Kilka instrumentów według twojego pomysłu. Zbierzesz ekipę wśród studentów i przedstawicie to na zakończenie semestru.
- Mam dopiero jeden instrument. Tu brakuje jeszcze wszystkiego. Nie dam rady do końca roku.
- Dasz radę. Jesteś moją córką. Wierzę w ciebie i nawet nie przyjmuję do wiadomości wykrętów. Dopisz tyle ile dasz radę. Tak?
- Jeżeli wyjdzie z tego kicz to będzie twoja wina i ty będziesz się wstydził przed wszystkimi.
- Niech ci będzie. Jeśli coś nie wyjdzie to będę się wstydził razem z tobą, ale wiem, że wyjdzie. – entuzjazm promieniował z jego twarzy i każdego ruchu. – Wiesz co ja pomyślałem? Może to dziwactwo, ale tak mi przyszło do głowy, że to maleństwo, które nosisz tak na ciebie wpłynęło. Może nam urodzisz wielkiego wirtuoza i kompozytora? Co ty o tym myślisz?
- Tatuś nie twórzmy tu fantastyki proszę.
- Poczekamy, zobaczymy skarbie. Poczekamy zobaczymy.– uśmiechał się nie mogąc powstrzymać wewnętrznej radości.
Magda jeszcze tego samego dnia po wyjściu gości siadła do pianina w swoim pokoju, aby zagrać utwór, który chwilę temu zapisała i w głowie zaczęły jej brzmieć inne instrumenty. Zaczęła zapisywać partie dla skrzypiec, waltorni, wiolonczeli, bębnów, puzonów . Do późnej nocy siedziała przy komputerze w programie komputerowym próbując nanieść dźwięk kolejnych instrumentów i odtworzyć utwór. To wciąż nie było to. Wciąż nie było tak jak słyszała to w wyobraźni. Zasnęła nad ranem, by niedługo potem z markotną miną zwlec się z łóżka i dobiec do łazienki. Miała dość porannych mdłości, a pocieszała się tym, że w miarę upływu dnia ustępowały i prawie całkowicie o nich zapominała. Na uczelni zaczęła rozglądać się i przymierzać ekipę do zagrania jej utworu. Zaczęła podpytywać. Tłumaczyła, prosiła o zastanowienie. Ci których widziałaby w składzie zespołu zwykle mieli własne pomysły na zaliczenia, ale mimo to zapisywała nazwiska i instrumenty obok nich. Może tego w tej chwili potrzebowała. Była szkoła, ćwiczenia, przygotowania do egzaminów, praca nad utworem, kolejny egzamin. Miała pretekst, aby uniknąć spotkań z Piotrem i miała czym zająć myśli. Niespodzianką było zaproszenie od teściów na obiad niedzielny dla niej i rodziców. Bardzo chciała się wykręcić. Szukała w konieczności uczenia się, w złym samopoczuciu, pogodzie, ale nie udało się. Odbył się więc wystawny obiad w jednorodzinnym domu z ogrodem na przedmieściu. Tam wbrew wymówkom Magdy ustalono wstępnie datę ślubu – we wrześniu, lub październiku, dano propozycję zamieszkania w domu Piotra – na piętrze, chociaż ojciec Magdy też chętnie zatrzymałby ją jeszcze przez rok w domu. W sumie wszystko odbywało się poza wolą dziewczyny. Nikt nawet nie pytał jej o zdanie. Rodzice mieli już gotowy projekt jej przyszłego szczęścia, a ona z niewielkim swoim doświadczeniem ich zdaniem niewiele mogła tu wnieść. W związku z tym Piotr zabrał ją do teatru, a rodzice ustalali sobie dalej. Sztuka może nawet była i zabawna. Inni się śmiali. Ją zmorzył sen. Pierwszy raz zdarzyło jej się zasnąć na przedstawieniu. Potem Piotr odwiózł ją do domu. Starała się trzymać go na dystans i dać mu delikatnie do zrozumienia, że nie wszystko jest w porządku, ale wyjawienie prawdy wciąż odkładała. Do wakacji zostało jeszcze tylko kilka tygodni. Miała do zaliczenia egzaminy, a jeśli teraz wyznałaby to co miała do wyznania trudno było przewidzieć konsekwencje. Zamieszanie i skandal w obu rodzinach byłby wielki, na uczelni nie mniejszy. Wakacje to był zdecydowanie lepszy czas na wyprostowanie wszystkiego. Co się jeszcze działo? Tak jej mama, jak i Iza – siostra Piotra, a jej przyjaciółka – niewysoka, drobna szatynka w okularach – podrzucały jej katalogi z sukniami ślubnymi. Wszyscy nalegali na wizytę młodych w kościele w celu dania na zapowiedzi i zapisania się na nauki przedmałżeńskie. Ona nabierała wprawy w znajdywaniu wymówek . Rodzice gorączkowo szukali wolnego lokalu na urządzenie wesela, a tymczasem zadzwonił prawnik. Magda udała się do niego natychmiast. To co jej powiedział nie napawało optymizmem. Najpierw oczywiście wygłosił długą przemowę na temat tego jakich środków, znajomości i źródeł musiał użyć, aby rzetelnie zbadać sprawę, ale w końcu przeszedł do sedna.
- No więc dokument jest ważny. Wszystko odbyło się według tamtejszego prawa. Jest możliwość unieważnienia związku, jeżeli uda się pani do miejsca jego zawarcia i pozyska świadków, którzy zaświadczą o okolicznościach. Musiałaby to pani jednak zrobić jak najprędzej.
- A nie można tego załatwić inaczej? Skoro już są tu papiery to chyba nasz sąd też może coś zrobić.
- W naszym kraju o ile wiem dokument jeszcze nie nabrał mocy prawnej. Kiedy nabierze może pani się starać o rozwiązanie małżeństwa. Ja jednak sugeruję rozwód. Unieważnienie jest bardziej skomplikowane, zważywszy, że nie ma pani żadnych świadków, a mąż nie występuje z wnioskiem zgodnie z panią. Taka sprawa może ciągnąć się latami droga pani.
- Latami? – spytała zdumiona dziewczyna – A jeżeli podpiszemy tutaj te wszystkie papiery i zgodnie wystąpimy o rozwód to ile to potrwa?
- Trzy tygodnie na uprawomocnienie związku, potem złożenie wniosku o rozwód, czekanie na wyznaczenie terminu rozprawy – od miesiąca do trzech miesięcy. Zwykle pierwsza sprawa jest ugodowa. To znaczy, że sąd stara się znaleźć, lub wykluczyć możliwość porozumienia między stronami. Jeżeli małżonkowie nadal zdecydowanie chcą rozwodu odbywa się druga rozprawa i jeżeli małżonkowie nie mają dzieci, nie kłócą się o żadne środki materialne może być ostatnią.
- To może potrwać kilka miesięcy. – przeraziła się Magda.
- Ja, oczywiście mogę spróbować to przyśpieszyć. Jeżeli odpowiednio umotywujemy… - prawnik zachwalał jeszcze swe cudowne umiejętności, wyciągnął z Magdy ostatnie pieniądze i pożegnał do następnego razu, który miał nadzieję, że nastąpi wkrótce.
Właśnie tego dnia, po powrocie do domu Magda zastała dyskutujących w salonie rodziców jej i Piotra. Omawiali salę, którą chcieli wynająć na wesele i ustalali podział kosztów. Ją też przywitali radosnymi wieściami. Ktoś zrezygnował z rezerwacji sali jesienią. Mieli nawet broszurki ze zdjęciami. Matka Piotra zaczęła wymieniać kto tam brał ślub, a kto wyprawiał sobie imieniny. Magda przebiegła broszury wzrokiem, spojrzała po twarzach zgromadzonych
i zawiadomiła.
- Możecie sobie darować. Wesela nie będzie. – wszyscy spojrzeli na nią zdumieni.
- Co Ty znowu opowiadasz? Jak to nie będzie? Pokłóciliście się z Piotrem?
- Nie pokłóciliśmy się, tylko nie chcę wesela… jesienią – dokończyła widząc napięcie na twarzach rodziców. – Nie chcę teraz ślubu i wesela. To wydaje się jakieś takie banalne. Dziewczyna zachodzi w ciążę, więc szybko na gwałt ślub, wesele, bo co? Ludzie ze wsi mnie zlinczują? To już nie te czasy. Groteską to wszystko zalatuje. Przemyślałam wszystko i chciałabym poczekać do właściwego momentu. Chcę zrobić to na spokojnie.
- No ale jakże to? Dziecko w drodze. Będziecie rodziną i nie będziecie ze sobą mieszkać i wspólnie zajmować się maleństwem? – spytała matka.
- Ale kto powiedział, że nie mogą ze sobą mieszkać? Właściwie to już mogą. Skoro już dziecko powołali do życia to niech im tam będzie. Ślub może być później. – poparł córkę pan domu.
- No to co? Nie załatwiamy teraz nic? Odwołujemy salę? Dobrze, że powiedziałaś zanim wpłaciliśmy zaliczkę. Ale ty jesteś pewna? Całkowicie pewna? Uzgodniłaś to z Piotrem?
Rozmowa z Piotrem to było największe wyzwanie. Zadzwonił do niej zaraz po dotarciu do domu jego rodziców. Chwilę potem, mimo późnej godziny przyjechał. Weszli do jej pokoju. Mówił przyciszonym głosem.
- Zaczynam się w tym wszystkim gubić. – Był wyraźnie podenerwowany. – Kazałaś odwołać ślub? Bez uzgodnienia ze mną? Co ty w ogóle chcesz? Ty chcesz w ogóle jeszcze za mnie wyjść, czy nie?
- Piotrek to wszystko jest dość pogmatwane. Usiądź może i porozmawiajmy spokojnie.
- Staram się być spokojny. Wierz mi, że staram się, ale już nie mogę. Co jest grane?
- Chodzi o dziecko – zaczęła, a widząc jego skupione na sobie spojrzenie zaczęła się plątać – Ja tego nie planowałam, nie przewidziałam. Samo tak jakoś…
- Ja też tego nie planowałem. Zabezpieczaliśmy się. Tak? Wiem, że to jest bardzo niedobra pora na dziecko. Właściwie to powinniśmy byli odbyć tę rozmowę od razu, jak tylko dowiedziałaś się o ciąży. Może rzeczywiście usiądźmy – pociągnął ją za rękę na kanapę i posadził obok siebie. Patrząc raz na jej twarz, to znowu na swoje dłonie mówił – Ja sporo o tym myślałem. Wiesz? Dziecko w tym momencie to katastrofa. Ty masz do skończenia studia, ja aplikację na głowie. Zarabiam grosze, a utrzymanie dziecka naprawdę kosztuje. Wózek, fotelik, łóżeczko, te wszystkie ubranka, butelki, pieluchy... Sprawdzałem na Internecie. Masakra. W dodatku dzieci budzą się w nocy, płaczą, miewają kolki, płaczą w najmniej odpowiednim momencie i jeszcze te wszystkie dziecięce choroby. Ty masz studia, ja aplikację. To nie jest dobra pora.
- Co masz na myśli? – spytała Magda patrząc na niego z uwagą.
- No wiesz. Nie myślałaś o tym? Wystarczy, że siądziemy w samolot i w Niemczech, Francji, czy Anglii załatwimy sprawę zupełnie legalnie przy profesjonalnej opiece. Podobno to nie jest skomplikowany zabieg. Trzeba się tylko pośpieszyć, zanim zarodek będzie zbyt duży.
- Chcesz, żebym usunęła ciążę? – spytała Magda patrząc na niego z niedowierzaniem – Naprawdę chcesz, żebym zabiła nasze dziecko, bo boisz się, że skomplikuje ci życie? – mówiła z rosnącym oburzeniem, gdy on mierzył ją zdumionym wzrokiem.
- Myślałem, że ty też do tego zmierzasz. No, pomyśl sama, czy to nie byłoby idealne wyjście. Zastanów się. Potem możemy mieć nawet trójkę dzieci.
- Wiesz co? Wynoś się stąd i nie chcę cię więcej widzieć. – wstała gestem wskazując mu drzwi – Wynoś się z mojego pokoju, mojego domu i mojego życia.
- Magda to nie tak. Kocham cię i jeżeli faktycznie chcesz urodzić to dziecko, jakoś będę musiał sobie poradzić, ale sama pomyśl…
- Preeecz!!! – krzyknęła z takim wzburzeniem jakiego nawet u siebie nie podejrzewała i wyszedł.
To nie był łatwy wieczór. Najpierw przyszła mama, aby się dowiedzieć co zaszło. Przyniosła jej szklankę soku. Magda napiła się. Rozmowy jednak nie było. Potem leżała z ręką na brzuchu patrząc w sufit. Może i gdyby ciąża zniknęła to byłoby rozwiązanie wszystkich problemów. Nie musiałaby się martwić, że dziecko będzie podobne do Dawida, że wyjdzie na jaw, że oszukała Piotra i całą rodzinę. Nie musiałaby denerwować się jak sobie poradzi ze skończeniem studiów i utrzymaniem po urodzeniu dziecka. To nie był dobry moment na dziecko. Cała sytuacja nie była dobra. Wyjechać do Niemiec i pozbyć się ciąży? Może to było najlepsze rozwiązanie?. Spod jej powiek popłynęły łzy. Tylko co wtedy? Miałaby na spokojnie doprowadzić do rozwodu z Dawidem i planować przyszłość z Piotrem? Gdyby  Piotr dowiedział się o wszystkim nie byłoby pewnie szansy niczego już planować. Może dobrze. Przecież, mimo przekonania, że jest ojcem tego dziecka potraktował je jedynie jak problem ekonomiczny. Nie mogła w to uwierzyć. Kazała mu się wynosić ze swojego życia i szczerze poczuła przy tym ulgę. Mógł zniknąć. Całym umysłem, wbrew płynącym z oczu łzom dawała mu przyzwolenie na opuszczenie jej życia i wewnątrz odczuła, że to już koniec związku. Zdradziła go, była w ciąży z innym, a on pokazał jak zachowałby się, gdyby przypadkiem zaszła w ciążę z nim. Przecież był przekonany, że to jego dziecko. Byli zaręczeni. Powinien ją wspierać, cieszyć się. Wszystko było nie tak. Odprawiła go, zerwała, więc poczyniła pierwszy krok ku uporządkowaniu całej sprawy. Tak trzeba było. Teraz musiała rozważyć czy zatrzymać dziecko. Myśl o tym, że ma je ot tak zlikwidować, jakby to była krosta, czy narośl przerażała, przytłaczała, ale wydawała się jakimś rozwiązaniem wszystkich przyszłych, mogących nastąpić komplikacji życiowych.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy