1863

Autor: Horsztynski

Niosłem ciało Wajciecha już kolejny kilometr, bezsensownie narażając własne życie. Kiedy w końcu dotarło do mnie, że on nie żyje, położyłem jego młode, szczupłe ciało, pod drzewem. Kiedyś, przed powstaniem, kiedy byłem jeszcze romantykiem, rzekłbym, że las był mu domem, a teraz będzie grobem. Jesienne liście posłużą mu za całun, a szum drzew ukołysze go do snu. Tak by to wyglądało w wierszu. Życie jednak nie jest takie poetyckie. Albo wilki rozniosą jego członki po całym lesie, albo zeżrą go robaki. Ach! Pięknie jest ginąć za ideę, ale to co się dzieje po tej śmierci, już ani piękne, ani poetyckie nie jest.

Usiadłem pod drzewem przy swym towarzyszu. I nie obchodziło mnie to, że Moskale mogli być już tuż tuż. Byłem zmęczony. Ale o ile ciało mogło odetchnąć, nie wiedziałem jak sprawić, by ma dusza zaznała choć odrobinę spokoju. Zaśmiałem się pod nosem, na myśl o zaistniałym paradoksie. Poszedłem do powstania, bo chciałem być wolnym człowiekiem, a teraz nie tylko nie jestem wolny, a i człowieczeństwo w sobie zatracam. Z każdym zabitym człowiekiem. Z każdym okrucieństwem, którego byłem świadkiem. Z każdym dniem życia jak zaszczute zwierzę.

A jakież to wszystko było proste przedtem! Te podniecone rozmowy podczas konspiracyjnych spotkań. Roznoszenie "Mużyckiej praudy" po podsokólskich wsiach i radość w sercu na myśl, że naród się budzi. Te płomienne wiersze szeptane, lub wykrzyczane! A i jeszcze dzień, kiedy poznałem Kastusia Kalinouskiego, niekoronowanego króla Białorusi. Kiedy uścisnął mi rękę, czułem się, jakby samego pana Boga za nogi złapał. Nigdy też nie zapomnę tego wiosennego dnia, jak wtedy słońce wyglądało, jaki wiatr wiał, jak powietrze pachniało i jaki kolor miało niebo. Tego dnia nasza partia pod podporucznikiem Wróblewskim wyruszyła z Sokółki do lasu. Jakież to nadzieje do tego lasu zabrałem! A jak nam zaraz potem serca waliły, gdy odczytano nam Manifest Narodowy, oraz dekret uwłaszczeniowy, po polsku i po białorusku. Nawet po bitwie pod Waliłami, gdzie nasze wojsko zostało rozbite, serce me nie zwątpiło, trwogi nie odczuło, a przyjaciele musieli mnie siłą zabierać z pola bitwy, gdyż dalej chciałem bić Moskali. Dopiero tej jesieni zacząłem wątpić, zacząłem czuć się zmęczony. A teraz. A teraz moja partia została rozbita. Wajciech nie żyje. Jurka też. A i Michał, a i Jazep. Może komuś się udało przeżyć, ale co to za życie.

Przeżyć, by walczyć następnego dnia. Przeżyć, bo... Bo po każdej jesieni przychodzi zima, ale po zimie musi być wiosna. Na po prostu musi! Bo jakby nie przyszła, to by zakłóciło cały system. Cały świat by się zawalił, a przyroda by zwariowała. Dosyć tego. Jeżeli Bóg nie strąci ze stołka tego fałszywego pomazańca, to wtedy litewska Pogoń, pogoni tę dwugłową wronę. I już nigdy więcej Moskal nas nie zniewoli. I już nikt nie będzie nikogo prześladował ze względu na wyznanie, narodowość, język, czy stan z jakiego pochodzi. Bo wszyscy żyjemy pod tym samym niebem, choć teraz ta dwugłowa wrona słońce nam przysłania. Ale tak dłużej być nie może. No po prostu nie może!

I jakaż to nadzieja wlała się w moje serce! Aż zacząłem się śmiać głośno z moich wcześniejszych wątpliwości i nawet miałem wrażenie, że Wajciech śmieje się razem ze mną. Tak musiałem być wcześniej pogrążonym w moich rozmyślaniach, że nie usłyszałem zakradających się w moją stronę dwóch kozaków. Teraz było już za późno. Od razu rzucili się na mnie, skopali, zabrali rewolwer i przygwoździli do ziemi.

- Chyba oszalał. Do trupa gadał i śmiał się do siebie. Ale jak go policmajster weźmie na przesłuchanie to zaraz mu zmysły przywróci... - mówił jeden, kiedy drugi wiązał mi ręce.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy