Pokonać siebie - 5 maja 2010

Autor: emilo1

Wybiła 7 rano gdy wypowiedziałem słowa do matki - "Nie wychodź nigdzie bo będzie potrzebna karetka". Była zaskoczona i początkowo nie wiedziała o co chodzi ale gdy dodałem po chwili - "Jeśli wytrzymam do 12, to do końca życia nie piję". Wtedy było jasne dla niej, że nie żartuję, gdyż to pierwsze takie słowa od lat. Poczułem niebywałą siłę w sobie. Tego nie da się po prostu opisać, więc nawet nie próbuję. Do tej pory nie wiem skąd i jak to się stało.

Wcześniejsze dni to nic innego jak poranek kiedy to się budziłem i pierwsze śniadanie to kolejny łyk kontynuujący hektolitrowe uzupełnianie promili. Chleb stał się egzotycznym rarytasem. Zamiast tego piwo bądź każdy inny napój zawierający jakże wtedy kojące i odżywcze "procenty żywieniowe". Dokładnie tak właśnie zamiast normalnego jedzenia, żyłem tylko piciem. Bez przesady, gdy powiem, że jak się po tym wszystkim się zastanowiłem po trzeźwemu, że jadłem jedną sklejoną kromkę tygodniowo! Tak było przez ostatni rok mojego picia. Każdym razem (juz nawet nie rankiem), kiedy się budziłem pierwszym odruchem jaki zrobiłem, było sięgnięcie obok łóżka w poszukiwaniu mojego napoju. Alkohol jeszcze nie wywietrzał a już podawałem sobie jego następną dawkę. Pewnie gdybym mierzył codziennie zwartość promili, to nie byłoby zaskoczeniem, gdyby wskazywało cały czas zbliżoną do śmiertelnej. Zresztą czas wkrótce pokazał, że to fakt. Dwa razy przedawkowałem, gdzie po raz drugi cudem uniknąłem "całkowitej śmierci". Jedynie przypadek i spostrzegawczość przechodniów, którzy widać znali mnie z widzenia, uratowało mi życie. Potem miałem się dowiedzieć, jak bardzo to wyglądało i że nie dawano mi szansy na przeżycie.

Tego majowego dnia przyszła do mnie motywacja do działania. Była nią tylko jedna myśl: "przecież nie mogę jej zrobić przykrości"...

Byłem wtedy co prawda luźno związany z pewną kobietą, lecz moje uczucia do niej były o wiele większe niż sam sądziłem. Zresztą dzięki niej poczułem się wartościowym człowiekiem i nie boję się stwierdzić, że to właśnie ona jest współtwórcą mojego dzisiejszego sukcesu. Pokazała mi jak wiele jest w życiu, takich rzeczy, które mogą człowieka unosić. Że można stworzyć swój piękny świat i cieszyć się nawet z byle pierdoły. Jak nikt i to bez żadnych zbędnych słów z jej strony, takie właśnie myślenie zaszczepiła we mnie, wyzwoliła radość i co najważniejsze wiarę. Nigdy nie miała na celu zmieniać coś w mojej osobie i traktowała naszą przygodę jak "fajną znajomość", która jest nie zobowiązująca. Potem dowiedziała się o moim postanowieniu i odeszła. Na przekór losu. Cieszyła się, a jednak nie dała mi szansy pokazania się z tej "właściwej" strony. Może poczuła, że to wszystko co miała zrobić i czas odejść. Nie wiem. Wiem tylko tyle, że wzorem minionego czasu nie sięgnąłem po kieliszek w obliczu porażki, jaką wtedy wydawało mi się jej zniknięcie. Uważałem wtedy, że to kolejne moje niepowodzenie, lecz tym razem te myśli szybko zniknęły. Miałem przecież to, czego nie mogłem mieć tyle lat - odzyskiwałem siebie i mogłem bez wyrzutów i obaw pokazać się w końcu ludziom na oczy. Mogłem wreszcie realnie snuć swoje plany i tak właśnie się dzieje. Wszystko co robię jest realne. Wtedy jedynie mogło być możliwe ale pod warunkiem. Nie ma teraz warunków, teraz jest realizacja.

Pojawiły się pierwsze gwałtowne konwulsje i czułem, że zbliża się najgorsze. Od momentu kiedy wstałem z łóżka, nie minęło pół godziny. Wyczerpany organizm do ostatnich granic wytrzymałości o dziwo nie domagał się trunku. Wydawało mi się, że to jest chwila w której rozpocznie się ostateczna walka. Dotychczas każda próba kończyła się na kilku szklankach piwa a potem już wiadomo, zamieniało się to w litry. Nie mogłem chodzić gdy we krwi nie buzowały mi procenty, które z czasem utrzymywały mnie przy życiu. Tak właśnie, tego dnia czułem, że nastąpi ten przełom.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy