Farba.

Autor: saidaq

 

F A R B A

 

Dni przemijały niesamowicie szybko, biegły gdzieś w przód oślepłym karkiem bijąc o zamykane przed nimi godziny. A on tworzył coś, czego jego życie nie znało, a co całe z niego płynęło, co nigdy w nim zadomowić się nie mogło, a źródłem czego była ciasnota. Ciasnota, która nie potrafiła utrzymać w sobie ogromu tajemniczości.

            Pracownię miał niedużą. Mieściła go razem z jego łóżkiem, lampką, stolikiem, dymem, śmieciami i nieskończonymi obrazami. Cała masa płóten zalegała drewnianą podłogę, gładzoną co dzień przez wpadające przez dachowe okno słońce, którego żółty dotyk przez lata zdążył pozostawić wyblakłe smugi. Na ścianach wisiały miejsca po obrazach, na człowieku, miejsce po nadziei. A wszystko to było w czerni, rozlewającej się i zjadliwie żrącej każdy fragment. Wylewała się.

            Postać pokryta czernią siedziała skulona na krześle przed płótnem. Zmęczona ręka trzymała pędzel bezwładnie poruszając nim na czarnym tle. Krąg, linia, punkt… Nagle zastygła bez ruchu. Z dławionej czernią piersi wyrwał się krzyk, ręce zaczęły na oślep rozbijać znajdujące się w ich zasięgu przedmioty. Ale wszystko było zlepione ze sobą nieskończoną czernią.

W końcu drżąca ręka podniosła sztylet wysoko, a oszalałe niebieskie oczy odbiły się w ostrzu. Szaleństwo patrzyło w szaleństwo. Zaglądało tak chwilę, zaglądało całą wieczność. W końcu nadgarstek wygiął się w kierunku światła padającego na czerń jego piersi, a mięśnie zginaczy prawej ręki skurczyły się w impulsie nerwu. I wślizgnęło się ostrze jego w serce nie czujące  i przebiło go spojrzeniem w nim utkwionym. Zamknął oczy, czekał, aż niebieskie szaleństwo także znikło. Stał i trwał.

 

             - Maluje pan już od dawna? – zapytał sprzedawca drapiąc skroń i przesuwając tym samym brązowy beret przykrywający rzadko rosnące siwawe włosy. Dźwięki dochodzące z zatłoczonej ulicy wchodziły nieśmiało za tajemnicze drzwi.

             - Jakieś 4 lata – odparł z uśmiechem młody człowiek, uśmiechając się wąskimi ustami. Policzki jego były szczupłe, postawa pełna godności, wysoka. Ubrany był w brązową marynarkę. – po ile te tutaj? – zapytał podrzucając w ręku jeden z pędzli.

             - Te to z końskiego włosia najlepszego gatunku. I świetnie wyważone – odparł sprzedawca podchodząc do witryny. Słońce zatrzymywało się na jej powierzchni uwyraźniając białe litery składające się w napis „Malarskie wszystko”. Mężczyzna oparł ręce na swych bokach i w skupieniu patrzył przed siebie.

            Młody człowiek podziwiał w tym czasie przeróżne kolekcje palet do rozrabiania farby. Gdy sprzedawca przymknął sklepowe drzwi jedyne dźwięki jakie słychać było w pomieszczeniu, to odgłosy butów młodzieńca stąpających po drewnianej podłodze.

             - Przypomina mi pan kogoś – rzucił sprzedawca. Nie czekając na słowa młodzieńca mówił dalej – człowieka niezwykłego. Odwrócił się i patrzył spokojnie na zdziwionego mężczyznę. Znałem go przed trzydziestoma laty. On także wszedł kiedyś do tego sklepu i powiedział, że jego farby przestały malować to, co czuje jego dusza. A ja wiedziałem, jak mu pomóc. – Przełknął ślinę i nadal wpatrywał się w oczy mężczyzny.

             - Nie rozumiem – odparł młody malarz – co to były za farby?

             - Powinien pan zapytać, co to był za mężczyzna. A wtedy powiedziałbym, że to był pan, chociaż nie był do pana podobny. Ale w was obu widzę to samo, widzę to, że jesteście stworzeni dla farby, której nie chciałem nigdy nikomu sprzedać, ale która nie chciała nigdy dla mnie malować.  Sprzedawca podszedł lekko zdenerwowanym krokiem do lady, schylił się i przy pomocy klucza, który wydobył z kieszeni szarego stroju, otworzył jedną z szafek. Przykucnął i ostrożnie wyciągnął z niej czarne, drewniane pudełko, zamknięte na kłódkę.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy