Ślepi Tancerze

Autor: jankila

   - Szkoda go, młody chłopak.

   - A no, pewnie, żę szkoda. Zawsze szkoda młodych. My stare dziady to jak liście na jesień już, a taki, to ledwo co młoda różyczka.

   Muzyka grała głośno, tłumiła rozmowy przy stolikach. Ktoś tam tańczył, reszta przy wódce i piwach siedziała przy stolikach i wesoło rozmawiała. Nieświadomie. Błysk kogutów z policyjnych radiowozów i karetki błyszczał w knajpianej szybie, przy której siedzieli.

   - Pewno pijany, teraz młodzi to często pijani, głupoty robią, tylko matkom płaczu przysparzają. Nie myślą o niczym.

   - A pan panie to co?- rzachnął się rozmówca- Młody żeś nie był? Tak pan pieprzysz, że uszy bolą. Piłeś pan za młodu i teraz też pan pijesz. A o czym pan tak myślałeś za nielata? Matką się przejmowałeś? Ojcem? Też mogłeś tak pod kołami wylądować kiedyś i nadal możesz. I chyba pan zazdrościsz, że po nim ktoś zapłacze a po tobie nie.

   - Może wydobrzeje.

   - Oby, bo szkoda chłopaka- powtórzył się

   W głośniki rąbnęła kolejna melodia. Parkiet coraz bardziej się zapełniał a kieliszki coraz częściej opróżniały. Wesołe pary w zakropionym uśmiechu toczyły się w gnuśnym nieco tańcu. Chłopcy zagadywali do dziewcząt w nadziei, że z którąś uda się owej nocy zapukać do raju bram. A ich dwóch, gości po sześćdziesiątce, ale ciągle jurnych, siedziało przy stoliku w oknie i patrzyło na ulicę. Jako jedyni, jakby nie uczestniczyli w zabawowym mikroklimacie owej tancbudy. Dwie pary szklistych oczu, obserwowały uważnie co dzieje się na zewnątrz. Byli jedynymi światkami owego zajścia, widzieli wszystko co się działo, jak lekarze i ratownicy medyczni wyciągają jakieś sprzęty z karetki i niosą do miejsca gdzie leżał chłopak, coś do siebie mówią i pochylają się nad nim.

   Ponownie muzyka rąbnęła po Sali z wielkim przytupem. Podniosły się krzyki radości, podśpiewywanie do znanej melodii, wżawa i stukot obijanego o siebie szkła.

   - Ci lekarze to pewnie znają się na rzeczy. Bądź pan spokojny, odratują cłopaka, nie ma obawy! Jeszcze go tu kiedyś spotkamy jak wywija z jakąś zgrabną pannicą!

   - O panie! Wtedy sam mu kupię wódkę i chluśniemy bombeczkę!- rozochocił się jeden z panów.

   - I jescze panie, nas zapozna z nielatami i przebalujemy calutką nockę, do samiuśkiego rana!- snując takie plany śmiał się i nakręcał z każdym jednym słowem a jego oczy zapłonęły żywym ogniem radości.

   Teraz zabawa trwała już na całego. Muzykę podgłośniono tak samo jak rozmowy i śmiechy. Wszystko trwało kilka minut zanim od zwykłej posiadówki rozkręciły się tańce, chulanki i swawola.

   A lekarze uwijali się jak w ukropie. Ciągle po coś biegli, coś przynosili, klękali skakali, krzyczeli do siebie. I tak przez piętnaście, może dwadzieścia minut trwała zawzięta wojna, której głównym frontem stała się cienka linia życia.

   - Czemu go, kurwa nie wezmą do karetki i prosto do szpitala? Tylko na tym pieprzonym chodniku wszystko.- niecierpliwili się obydwaj, brzydkim ale trafnym będzie porównanie ich do kibiców na zaciętym meczu o wszystko kiedy ulubiona drużyna przegrywa.

   Nagle ruch wśród sanitariuszy stał się mniej intensywny a po chwili zamarł, wszyscy podnieśli się z klęczek, któryś odpalił papierosa inni stali i patrzyli się pod swoje nogi. Wojna skończona. Trwali w takiej nicości przez kilka chwil poczym zaczęli składać sprzęty i zanosić je do ambulansu, policjanci notowali coś w swoich bloczkach, przepytywali przechodniów. Mieli spokojne, mechaniczne twarze, bez wyrazu.

   A mężczyźni w oknie patrzyli się ślepo przed siebie, nie zmieniając przybranych pozycji, tak jakby czekali jeszcze na coś. Ich ślepia były nadal pełne nadziei, ale coś zmieniło się w ich facjatach, stały się nieco inne, zdawać by się mogło, że przybyło im po zmarszczce albo i po dwie. Żaden z nic nie odważył się ruszyć, nawet nie drgnęli. W końcu jeden z nich przełamał się, spojrzał na drugiego szklistymi oczami i podniósł pełny kieliszek.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy