Świat Ojczysty: Rozdział I Część 3

Autor: kleve

        Nicolas pokiwał przecząco swoją długą czarną czupryną i stuknął walizką
o swoje kolano.

        — Zgodzi się. To tylko formalność. Z robi wszystko, co mu karzemy. Muszą zostać tylko zachowane pozory. My przedstawiamy mu plan, on udaje, że to przemyśla, po czym mówi krótkie „tak” i załatwione.

        Teraz Ollson zaprzeczył ruchem głowy.

        — Nie możesz być tego stuprocentowo pewny. A jak zechce, żeby wysłać kogoś innego?

        Amerykański ambasador wydął usta i wskazującym palcem lewej dłoni poma-
chał nim przed Szwedem.

        — Nie. Nie ma innej opcji. Nie chcemy angażować swoich wojsk. Przecież wiesz.

        — Sprawa jest z założenia prosta, ale musimy pilnować tajemnicy. Rozumiem, że nie chcecie sobie brudzić rąk, ale żeby wysyłać kogoś, kto o niczym nie wie?

        — To nie tak, że nie chcemy sobie brudzić rąk — zaprzeczył. — Po prostu dowództwo uznało, że skoro mamy jednostkę specjalnie przeszkoloną do tego rodzaju misji, to grzechem byłoby ją nie wykorzystać.

        — No dobrze, ale nie mogę ci zagwarantować, że od tak wykonają rozkaz. Oni jeszcze nic nie wiedzą. Powiadomimy ich dopiero, kiedy Durand wyrazi zgodę.

        — Oni też się zgodzą. Zawsze się zgadzają. I nie martw się. Niczego nie odkryją. Nawet, jakby chcieli.

        — Obyś miał rację…

        Kiedy skończyli rozmawiać byli już na drugim piętrze. To tu, na końcu, za salą posiedzeń swój gabinet miał marszałek. Minęli paru senatorów ubranych w tradycyjne marsjańskie płaszcze i tuniki. Kłaniając się raz, po raz okrążali wielką salę. Widać ją było zza balustrady. Rzędy pustych w tej chwili siedzeń skąpane były w świetle. To promienie słoneczne wpadały przez kopułę do wnętrza. Piękny widok. Tak pokonawszy całe piętro stanęli naprzeciwko gabinetu Johana Duranda. Wyszła z niego kobieta ubrana w długą suknię w kolorze indygo. Włosy miała splecione w jeden duży kok. Każda dorosła Marsjańska musiała je nosić w ten sposób. Tego wymagała od nich tradycja. Ollson nie mógł się do tego przyzwyczaić. Za każdym razem, gdy spotykał tutejsze kobiety uważnie się im przyglądał. Skrzyżowała swoje ręce na piersi, po czym ukłoniła się lekko.

        — Witam Szanownych Ambasadorów. Mam na imię Shala i jestem osobistą asystentką marszałka — przedstawiła się.

        Amerykanin i Szwed lekko skłonili głowy. Kiedy uprzejmości zostały już wymienione asystentka otworzyła obie połówki drzwi.

        — Marszałek już panów oczekuje. Proszę za mną.

        Weszli za nią. Kobieta prowadziła ich krótkim korytarzem. Simon zauważył, z jaką gracją się poruszała. Na sukni dostrzegł drobno wyszyte symbole. Nie wiedział, co one oznaczały, ale wyglądały, jakby zostały zaczerpnięte z kultury orientu. No i te imię. Shala — może i ładne, ale zastanawiał się jak bardzo rodowici mieszkańcy musieli nienawidzić ich, Ziemian, skoro nie chcieli nawet nadawać swoim dzieciom normalnych, ludzkich imion. Słyszał o mieszanych małżeństwach. Przecież sam Mathias Berg przyjął marsjańskie obywatelstwo, gdy tylko zakochał się w tutejszej kobiecie. Ożenił się z nią i stał się jednym z nich. Simon wszędzie widział różnicę między nimi. Na ulicach, w domach, a szczególnie tu, w parlamencie. Może i mieli wspólnych przodków, ale z każdym rokiem coraz mniej ich łączyło. W Europie to dostrzeżono, ale kiedy rozmawiał ze Spencerem miał wrażenie, że albo Ameryka tego nie widzi, albo nie chce widzieć. Dziwiła go ich upartość. Przecież sami zrodzili się w podobny sposób.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy