Agent Stephen Rozdział VI

Autor: Fifi

 

Rozdział VI

 

Obudziłem się kiedy wieźli mnie do samochodu. Na lotnisku czekał już na mnie samolot. Właśnie dzisiaj w nocy odbędzie się transport rannych żołnierzy do Polskich szpitali. Przewożą nas dlatego, że wojska maszerują dalej, a Niemcy zagrażają przejęciem budynku. Słyszałem rozmowy lekarzy i pielęgniarek, lecz nie były one zrozumiałem, ponieważ hałas pojazdów zakłócał wszystko. Widziałem Gabriele, siedziała ona na przednich siedzeniach samochodu. Uśmiechnąłem się do niej, a ona odwzajemniła ten uśmiech, lekko się rumieniąc. Kiedy nas wnoszono do samolotu ostatni raz spojrzałem na te piękne góry i łąki włoskich miasteczek i wiosek. Uświadomiłem sobie ile krwi wchłonęła ta ziemia, która wyda później plony. Myślałem teraz o swoich kolegach walczących gdzieś między tymi pagórkami. Lekarz podszedł do mnie i powiedział.

- No panie sierżancie. Wracamy do domu, do polski.

- Ale panie doktorze, co to za kraj, w którym trzeba walczyć o swoje ? Co to za kraj w którym nie da się żyć normalnie, tylko nieustająco myśleć o swoich bliskich, czy nic im się nie stało, czy w ogóle żyją ? Każde wyjście z domu jest zagadką, czy się do niego wróci ?

- Nie wolno tak myśleć ! Przecież kiedyś wojna się skończy i nastaną te dobre czasy. Jak na razie może pan się przespać, lot będzie długi i wyczerpujący. Jutro porozmawiamy na ten temat.

Silniki samolotu zawyły groźnie, a ja szybko zasnąłem. W śnie ujrzałem moich kolegów, którzy zdobywali Ankonę. Widziałem Sławka, Piotrka i Kubę, byli bardzo zmęczeni. Strzelali bez ustanku. Niemiecka obrona nie dawała za wygraną, ich RKM siekał seriami jak kosa zboże. Ciała naszych żołnierzy wylatywały w powietrze po wybuchach granatów. Oglądanie tego strasznego obrazu przerwała mi Maria, która podawała mi jakieś tabletki i robiła zastrzyk. Obudziłem się i spytałem.

- Czy już dolatujemy ?

- Tak, za chwilę będziemy nad Polską.

- To świetnie. A gdzie nas będą przewozić ?

- Teraz nie mam pojęcia.

Po około godzinie lądowaliśmy na lotnisku. Przewieziono nas do szpitala, jak się później okazało niedaleko Krakowa. Pomyślałem, że mój szef będzie często mnie odwiedzał i informował o sytuacji w wywiadzie. Nad ulicami unosiła się mgła, która była biała jak mleko i nic nie było przez nią widać. Ja zza szyby okiennicy szpitala obserwowałem otoczenie. Zaczynała się godzina policyjna i na sąsiedniej ulicy legitymowano jakąś grupę młodych osób. Jednak po chwili zasnąłem, ponieważ byłem zmęczony podróżą. Następnego ranka, pierwszą osobą, którą zobaczyłem była Maria. Zmieniała mi kroplówkę.

- Dzień dobry ! Jak pan się miewa ?

- Witaj. Dobrze, Ale nie mów do mnie pan, mów do mnie Karol. Tak będzie mi wygodniej.

- A ty Karolu mów do mnie Maria.

- Jak wyzdrowieje wypijemy bruderszaft.

- Nie tak prędko, najpierw muszę ci zmienić opatrunek.

- Jak musisz to musisz.

Powoli podniosłem się z łóżka, już prawie nie czułem bólu.

- Za około tydzień powinieneś chodzić, ale nie będziesz mógł jeszcze się wysilać.

- Postaram się.

Maria wyszła z pokoju, a ja zanurzyłem się w myślach. Zastanawiałem się nad swoim dotychczasowym życiem. Przypomniałem sobie o mojej straconej pozycji w wywiadzie. Podobno teraz szef będzie musiał mnie przerzucić do innego miasta, aby major Britz nie mógł mnie zlikwidować. Teraz wszystko może się zdarzyć. Nikt sobie nie ufa, każdy patrzy drugiemu na ręce. Sytuacja w kraju się zaostrza. Po około kwadransie przyniesiono mi obiad. Zjadłem i położyłem się ponownie. Zasnąłem. Kiedy się obudziłem, lekarz stał nad moim łóżkiem i rozmawiał z pielęgniarką. Nie otwierałem oczu by nie przerwali konwersacji. Wsłuchiwałem się w każde słowo wypowiedziane przez doktora.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy