Antrax i druga strona czasoprzestrzeni

Autor: gordian

Opowieści te wywarły na mnie wielki wpływ, mimo, że były nieraz niezrozumiałe, abstrakcyjne czy wręcz dziwne. Skrzydlate istoty, zastępy niebieskie, o których wspominała babcia do tej pory były dla mnie jedynie piękną bajką do zasypiania. A teraz widzę kobietę żywcem wyjętą z tych opowieści!

- Zabezpieczyć teren! – krzyk pułkownika wyrwał mnie z zadumy. Mimo, że to ja formalnie dowodziłem ekipą badawczą, rozkazy wydawał pułkownik O’Brian. Łańcuch dowodzenia musiał być bezwzględnie przestrzegany. Ja nie jestem wojskowym, a jedynie naukowcem pracującym dla wojska. Marines podlegali pod zwierzchnictwo swoich przełożonych, w tym przypadku pod zwierzchnictwo pułkownika.

W jednej chwili chaotyczna garstka ludzi, zmieniła się w dobrze zorganizowaną ekspedycję. Żołnierze znali swój fach, było to widać w każdym ich ruchu i w każdym geście. Tego samego powiedzieć nie można o personelu cywilnym. Żaden z czterech naukowców - w tym ja - nawet się nie poruszył. Wciąż leżałem na wzniesieniu, dwaj inni badacze od razu wzięli się za analizę trawy i gleby a Sinki…

- Hmm, gdzie do czorta podział się Sinki? – pomyślałem.

- Wasz kolega uderzył się w głowę, wypadając z tunelu, i stracił przytomność. Oficer medyczny już przy nim jest. – Jakby czytając moje myśli powiedział pułkownik, kiedy przykucnął obok mnie. Nic nie odpowiedziałem, a tylko kiwnąłem głową i wskazałem mu miejsce dziwnego zdarzenia na nieodległej polanie. O’Brian nie miał lornetki. Nie potrzebował jej. Marines mają swoje pancerze, wspomagające ich zmysły i umiejętności w wielu zakresach. Także, jeśli chodziło o wzrok, mieli w zanadrzu jakiś wbudowany w hełm gadżet. Nie znam się na technologii wojskowej. Paradoks. Większość życia spędziłem w bazie wojskowej w Kansas, dłubiąc przy różnych koncepcyjnych urządzeniach, a o wojsku nie wiele wiem. Z resztą, tylko garstka osób ma uprawnienia umożliwiające wgląd do schematów uzbrojenie i wyposarzenia jednostek wojskowych.

Żołnierz spoglądał chwile w stronę gromadki dziwnych postaci. Nie mogłem poznać po jego twarzy, co myśli. Całą miał zasłoniętą hełmem. Chwila milczenie trwała może kilka sekund, aż wreszcie pułkownik odwrócił głowę w moją stronę.

- To nie nasza sprawa. Nie możemy się mieszać w konflikty. Nie wiele wiemy o tym świecie. Do puki jeden z was doktorku nie odzyska przytomności nigdzie się nie ruszymy. No chyba, że chcesz go wziąć na plecy? – nie czekając na odpowiedź, zaczął schodzić z pagórka.

- Nie możemy tak po prostu zostawić tej kobiety. Przecież ją tam zaszlachtują. – usiłowałem ratować sytuację, ignorując przy tym złośliwe pytanie.

- Podjąłem decyzję. Z resztą to nawet nie jest kobieta. Kobiety nie mają skrzydeł, prawda?

- Prawda, ale… - nie dokończyłem, nie było kiedy.

Pułkownik odwrócił się na pięcie o 180 stopni i dwoma energicznymi susami, pokonał dzielącą nas odległość. Staliśmy teraz twarzą w twarz. Musiałem trochę unieść swoją, O’Brian to olbrzymi facet, sporo wyższy ode mnie. Spoglądał na mnie przez zaszklony wizjer upiornego hełmu. Nie mówiąc nic, nieruchomo wpatrywał mi się w twarz.

 

- Gdzie jest pułkownik? – zapytała Alice, stojącego obok niej młodego, czarnoskórego mężczyznę, odzianego w mundur piechoty Antraxu. Antrax był jedną z kilku światowych korporacji, kontrolujących wszystko: od sprzedaży papieru toaletowego, po wysyłanie ludzi na śmierć. Państwa czy kontynenty, przestały mieć znaczenie. Liczyły się tylko korporacje. Antrax był jedną z największych, zajmował terytorium dawnych Stanów Zjednoczonych i miał w swym posiadaniu jedenaście kopuł-miast. „Wszyscy jesteśmy Antraxem” jak wbijano nam do głów w szkołach.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy