Antrax i druga strona czasoprzestrzeni

Autor: gordian

Wstrząśnięty wróciłem na wzgórze. Migrena jeszcze się nasiliła. Miałem wrażenie, że pół mojej głowy zaraz eksploduję. Podniosłem lornetkę do oczu i jeszcze raz zacząłem omiatać wzrokiem cały teren. Osobliwa gromadka, i skrzydlata kobieta gdzieś przepadli. Gdyby nie ciche odgłosy z hełmu kapitana, widok byłby na prawdę piękny i odprężający.

 

II

 

Dzień leniwie chylił się ku zachodowi, a dla mnie był to najwspanialszy widok, jaki widziałem w życiu. Od powrotu drużyny pułkownika z przypadkowej misji, minęła jakaś godzina. Żołnierze ochłonęli, nerwy opadły. Mówiąc żargonem wojskowym: „Żadnych strat w ludziach nie odnotowano”. Choć musze powiedzieć, że blisko było. Pułkownik nie chciał powiedzieć, co się tam wydarzyło, podobnie jego podwładni. Tylko młody chłopak, Borovsky był bardziej rozmowny. Może to przez jego wiek. Nie wiem dokładnie ile może sobie liczyć lat. Na moje oko nie więcej niż dwadzieścia. Młodzian mówił mi w wielkiej tajemnicy, że w chwili, kiedy pułkownik podszedł do istoty ubranej w czerwony kapturek, jakby z pod ziemi wyskoczył na niego jakiś dziki potwór. Z relacji Borovsky’ego wynika, że miał dobre dwa metry wysokości, ciało porośnięte sierścią, a z podłużnego pyska wystawał mu szereg ostrych jak brzytwa kłów. W momencie pierwszego strzału, na polance pojawił się kolejny osobnik. Taki sam jak ten atakujący dowódcę. Za nim kolejny i kolejny i później jeszcze jeden. Sfora otoczyła szamotającego się żołnierza. Kule świstały w powietrzu. Cele jednak nie padały. „Pułkownik w parterowej walce ze zwierzęciem wyszedł na remis” - twierdził Borovsky. Sądząc po ranach szarpanych i ciętych na ciele pułkownika oraz uszkodzonym egzoszkielecie w jego pancerzu, trudno sobie wyobrazić jak mógł wyglądać zwierzak po tej konfrontacji. Walka nie trwała długo, może kilka minut. Marines zdołali wyprzeć sforę poza obręb polany. W tym czasie mała, zakapturzona postać gdzieś zniknęła.

- Zabezpieczyć teren, zakotwiczymy tu, przynajmniej na noc! – rozkazał pułkownik, pół przytomnym głosem. Alice podała mu morfinę, środek stary jak świat i tak samo jak on zepsuty, ale jedyny, który skutecznie uśmierza olbrzymi ból. Żołnierze usłużnie rozeszli się, żeby wykonać polecenie. A ja w spokoju mogłem w tym czasie zająć się badaniami.

 

Nie minęło dziesięć minut, jak z zadumy wyrwał mnie głos Noda.

- Panie pułkowniku, znaleźliśmy go jak kręcił się w okolicy polany. Mówi, że jest chłopem i mieszka niedaleko.

- To je prawda, ja chłop – niezgrabnie odpowiedział wychudzony człowiek w brudnej, podartej kamizelce.

- Co tutaj robisz? Czemu węszysz w okolicy naszego obozu? – stłumionym głosem zapytał dowódca.

- Ja nie, nie nic złego nie robił. Ja się martwił. Noc w lesie zła! Demony tu chadzają.

- Demony? Tia… a razem z nimi siedmiu krasnoludków?

- Co to „krasnoludków”, panie? – zaciekawieniu chłopa nie było końca.

Zrezygnowany O’Brian machnął ręką i położył głowę na prowizorycznej leżance.

- Co z nim zrobić, pułkowniku? – zagadnął w końcu Nod.

- Zabij go – parsknął szef.

- Ale… Jak to? Przecież…

- Żartowałem. Wypytaj go jeszcze. Później zdasz mi raport.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy