Bestia, rozdział 10.

Autor: EmnildaAmelberga

Doktor Dionska wraz ze swoim asystentem zaszyła się w kostnicy małego szpitalika, w którym miała zająć się zwłokami do przyjazdu ekspertów. Policja z Biura Śledczego miała zjawić się w Zaciszu dopiero następnego dnia. Nikogo to nie dziwiło, biorąc pod uwagę spore odległości między miastami. Zacisze leżało w najdalej wysuniętym końcu wyspy, otoczonej zewsząd tonami wody. Było jednym z licznych małych miejscowości, rozproszonych po gęstym lesie, porastajacym dość dużą część wyspy. Największym miastem była Cicha Dolina. Tam właśnie miała swoją siedzibę Główna Komenda Policji i wszystkie inne ważne instytucje.
- Na pewno już ktoś jest w drodze - powiedział Mycz, próbując przekonać do tych słów również samego siebie.
Lipski i reszta pokiwali bez przekonania głowami. Byli już na komisariacie. Pozostawało im teraz czekać na informacjie od doktor Dionskiej i na policjantów, którzy mieli się pojawić w Zaciszu dopiero za kilka godzin. Zawsze było tak samo. Pzyjeżdżali ci z Biura, a tutejsza policja zostawała zepchnięta do roli pomocników. Takie przepisy. Nie podobało się to szeryfowi, ani żadnemu z jego ludzi, ale tak już było i musieli się temu podporządkować.
Poza sprawą znalezionego w lesie ciała Anieli Kostki i jej dłoni, odszukanej wcześniej w kurniku, mieli na głowie jeszcze dzikiego psa. Mycz kazał wszystkim mieć oczy i uszy szeroko otwarte i uważać na to co robią i co się wokół nich dzieje. Po wysłuchaniu od Gerarda i Lipskiego całej opowieści o stworze z lasu, zostali wysłani na zebranie zeznań od mieszkańców. Mieli wypytać o wszystko co mogło mieć jakikolwiek związek z Anielą Kostką. Czekała ich więc długa podróż od jednego domu do drugiego.
Kiedy wyszli, Gerard usiadł przy swoim biurku i zaczął mieszać cukier w dopiero co zrobionej herbacie. Kawa, którą rano zrobił mu Rej, stała nadal na biurku nie tknięta. Lipski zaczął mu właśnie opowiadać co mówił mu Kapracy, podczas rozmowy telefonicznej w domu Gertrudy. Wyszło na to, że na ich wcale nie tak małej wyspie, nie było ostatnio żadnego trupa bez dłoni. W ciągu ostatnich kilku lat nikt nawet nie porzucał w lesie okaleczonych zwłok. Z tego wynikało, że zetknęli się z jakims szaleńcem, który dopiero zaczął działać. Możliwe też, że był to tylko jeden przypadek i morderca nie zaatakuje znowu. Doktor Dionska obejrzała zwłoki Anieli, kiedy jeszcze leżały w kupie liści i nie dostrzegła niczego niezwykłego. Jedynym ciekawym elementem było to, że Aniela nie miała dłoni i leżała w lesie naga. Ktoś musiał zdjąć z niej ubranie i ułożyć ją na kopie żółtych, zbutwiałych liści, a nastepnie przykryć nimi ciało. Ktoś chciał ją ukryć w tym lesie. Przynajmniej tak mogłoby się wydawać. Ale w takim razie, po co podrzucał dłoń do kurnika?. Mycz już wcześniej stwierdził, że morderca chciał się pochwalić swoim dziełem i może faktycznie tak było. A ciało schował, bo chciał się zabawić z policją. Szukajcie, może znajdziecie.
- Kapracy znalazł w bazie wzmiankę o rytualnych morderstwach sprzed dwudziestu pięciu lat - ciagnął dalej Lipski. - Nie czytał wszystkiego, bo podobno zajmowało to masę stron. Sprawę prowadził agent Brygid ze Śledczego. - Mycz pokiwał głową, pamiętał tego gliniarza. Od lat był już na emeryturze. - Jakaś grupa polowała na ludzi i mordowała ich, okaleczając ciała w podobny sposób, jak okaleczono Anielę. Porzucali zwłoki w lasach. Znaleziono trzydzieści trzy ciała. - Oczy Mycza rozszerzyły się. - Wszystkie ułożono tak, aby tworzyły krąg wokół miasteczka.
- Gdzie to było? - zapytał Gerard zszokowany takimi wieściami.
- W Zielonym Zakątku.
- Przecież to trzy kilkometry od nas - prawie wykrzyknął Gerard.
Lipski pokiwał głową.
- Sprawę zatajono, aby nie wzbudzać paniki wśród mieszkańców z pobliskich miasteczek.
- Złapano sprawców? - zapytał Mycz.
- Brygid twier

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy