Bestia, rozdział 7.

Autor: EmnildaAmelberga

Las był wielki. Gerard znał go jednak bardzo dobrze i nie było mowy o zgubieniu się wśród identycznych drzew. Do drogi było jednak jeszcze bardzo daleko.
- Co robimy? Nie możemy przecież tak ciągle biec przez las - Lipski mówił z wysiłkiem. Dyszał.
Mycz zerknął na niego. Nie odpowiedział od razu. Zgadzał się z Lipskim, ale nigdzie wokół nie było miejsca, w którym można się schować. Same drzewa. I do tego rozrzucone po całej powierzchni lasu. Sporadycznie rosły jedno przy drugim. W ciasnych gromadkach. Nie było się gdzie ukryć.
- Musimy biec dalej, przynajmniej jeszcze z parę metrów. Może na coś natrafimy.
- A pamiętasz, żeby coś tutaj było?
No tak. W tej części lasu raczej nie mogli liczyć na to, że ni stąd ni zowąd wyrośnie przed nimi jakaś pieczara. Chociaż...
- Mam pomysł - powiedział Gerard zwalniając nieco kroku - Pobiegnijmy tam - wskazał ręką drzewa po lewej stronie. - Gdzieś w tamtym kierunku była malutka pieczara. Spróbujmy się do niej dostać. Odpoczniemy chwilę, a może nawet zgóbimy tego psa.
Lipski skinął głową i pobiegli. Nogi dawał im się we znaki. To był już dla nich za duży wysiłek. Czuli jak mimo woli zaczynają zwalniać. Nie zwrócili uwagi kiedy zaczęli biec truchtem. Nie mieli już sił przyspieszyć. Brnęli naprzód jak najszybciej dali radę. Byle oddalać się od tego wielkiego czarno-brązowego psa. Po jakimś czasie ponownie ziemia zaczęła opadać, ale tylko na niewielkim fragmencie. Było to delikatne obniżenie terenu. Kiedy mineli następnych kilkanaście drzew ukazała im się ona. Na zmęczone twarze wskoczył uśmiech. Pieczara obrośnięta była mchem i jakimiś pnączami, zasłaniającymi połowicznie wejście. Mężczyźni zwolnili tuż przed nią. Gerard zajrzał do środka.
- Wchodź - machnął ręką na Lipskiego i zniknął za gęstymi pnączami.
Usiedli w ciemnościach z dala od wejścia, zerkając przez szczelinę powstałą między ścianą groty, a pędami rośliny obrastającej pieczarę. Ściskali przed sobą strzelby i czekali. Zapanowała cisza. Napięcie rosło. Jeszcze chwilę temu słyszeli za sobą uderzające o ziemię, łapy olbrzyma. Teraz ten dźwięk umilkł. Skuleni w ciemnej grocie nasłuchiwali i ocierali spocone dłonie o spodnie. Nie mieli przy sobie nic, dzięki czemu mogliby wezwać pomoc. Będą tu tylko przez chwilę. Upewnią się, że ten wielki pies odszedł i ruszą dalej. Potrzebują tylko chwilę odpocząć. Pozwolić nogom odetchnąć. Muszą mieć siłę, aby wrócić do radiowozu. Pojadą po Reja i Kapracego i wrócą po ciało Anieli Kostki. Muszą jeszcze powiadomić doktor Dionską, aby oglądnęła zwłoki. Myśli buzowały w ich głowach. Było to głownie spowodowane lękiem. Ciężka, przytłaczająca cisza tworzyła wokół nich mroczny klimat. Nie wiedzieli czego się spodziewać. Czy pies, który ich gonił czai się teraz pośród drzew i czeka, aż wyjdą ze swej kryjówki?. Czy ta wielka czerwonooka szkarada zgóbiła ich trop?. A może wyczuła, że zmienili kierunek i uciekli w inną stronę?. Może węszy teraz w powietrzu i szuka ich, idąc za roznoszącym się wokół zapachem potu zmieszanego ze strachem. Może nawet jest tuż, tuż. Zaraz za wejściem do pieczary.
Minuty mijały. Czas wydawał się płynąć leniwie w tej napiętej, przesyconej grozą atmosferze. Zdawało się, że siedzą w tej grocie długie godziny, kiedy nagle do ich uszu dobiegł szelest. Ktoś lub coś poruszało się na zewnątrz. Słyszać było kroki. Serca zadudniły. Mężczyźni odsunęli się od zimnej ściany, podnieśli się od razu z ziemi i przykucnęli mierząc w otwór pieczary. Parę sekund później zobaczyli przechodzącego przed nią psa. Ogromne cielsko przesunęło się niespełna kilkanaście kroków przed nimi. Zwierzę było ranne. Franek pozostawił na jego ciele całą kolekcję niedużych ran, z których teraz sączyła się krew. Pozlepiane nią futro przybrało miedziawy kolor.
Mężczyźni wstrzymali oddech. Bali się porus

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy