Bestia, rozdział 7.

Autor: EmnildaAmelberga
zyć. Najmniejsze szurnięcie mogło zwabić tu tą bestię. Kiedy Mycz widział wcześniej te czerwone oczy, nie mógł odsunąć od siebie złych myśli. Były takie podobne do oczu Bestii. Niechciał wierzyć w to, że ma przed sobą następcę tamtej potwornej zjawy, która nawiedziła ich miasteczko lata temu i zniknęła bez śladu, pozostawiając po sobie jedynie same zniszczenia. To nie mogła być ona. To nie mógł być podobny pies. A jednak coś w nim było, co nie dawało szeryfowi spokoju. Czarno - brązowy stwór wydawał się tak dziwnie znajomy, że aż przerażało to Gerarda.
Pies kręcił się przed pieczarą długich, kilka minut. Węszył w powietrzu, obwąchiwał ziemię i zeschnięte liście. Dwa razy podszedł nawet bardzo blisko wejścia do groty. Za pierwszym razem oglądał z zaciekawieniem pnącza. Uderzył w nie ogromną łapą, a kiedy zahaczyły się o jego pazury, obwąchał je. Potem znów odszedł. Mężczyźni odetchnęli wtedy z ulgą. Nie wiedzieli jednak, że pies wróci. Drugim razem usiadł przed wejściem i wpatrywał się w ciemność. Gerard i Lipski widzieli jednak dobrze, czerwone ślepia spoglądające na nich wytrwale. Wtedy zrozumięli, że pies wie o ich obecności. Cieszyli się w duchu, że nie wchodzi do groty. Coś zapewne go przed tym powstrzymywało. Ale co?. Nie miało to większego znaczenia. Ważne, że pies pozostawał na zewnątrz.
Pół godziny później czerwone oczy, przygasły. Nie biła od nich już tak mocna poświata. Zaczęło z nich spływać coś mokrego, żłobiąc szlak w sierści na pysku. Początkowo Gerard myślał, że to łzy. Najprawdopodobniej od wiatru. Ciecz nie była jednak tylko łzami. Była to także ropa. Pies zaczął skamleć i trzeć oczy, które najwidoczniej zaczęły go boleć. Wydawał się wtedy taki bezbronny. Nie mogąc sobie poradzić z bólem, popiskując uciekł. Zapadła cisza. Mężczyźni spojrzeli po sobie.
- Jak myślisz co mu się stało?- spytał cicho Lipski.
- Widziałeś wcześniej jego oczy? Były takie czerwone. Może przez to zaczęły ropieć.
- Myślisz, że wróci?
- Możliwe, ale póki co nie ma go. Powinniśmy spróbować uciec.
- Do radiowozu mamy jeszcze szmat dogi - zauważył Lipski.
- Ale możemy nie mieć już drugiej szansy.
Zastępca pokiwał głową. Gerard ostrożnie podniósł się z kucek i ruszył do wyjścia. Przez moment czuł jak nogi mu cierpną, po długim siedzeniu w jednej pozycji. Kiedy zbliżył się do pnączy odgarnął je delikatnie lufą strzelby i wyjrzał na zewnątrz. Pusto. Nie było ani śladu psa. To zbyt proste - pomyślał, ale nie mieli wyjścia, musieli się stąd wydostać i zgłosić krążące po lesie zagrożenie. Zagrożenie w postaci psa i kogoś kto zamordował Anielę Kostek.
Gerard machnął ręką na Lipskiego i ostrożnie zaczął wychodzić z ciemności. Ściskał mocno strzelbę przesuwając ją wszędzie tam, gdzie spojrzały jego oczy. Lipski wyszedł zaraz za nim. Szelest pnączy wydawał się w tej ciszy prawdziwym grzmotem. Powoli odsuwali się od pieczary, obserwując dokładnie cały teren wokół siebie. Nic jednak ich nie atakowało. Postanowili więc szybko opuścić to miejsce. Okrążyli półkolem pieczarę i pognali przed siebie, chcąc prędko opuścić las. Po przebiegnięciu kilku metrów, Lipski usłyszał dudniące kroki. Jakby coś biegło obok niego, w dość dużym odstępie. Spojrzał w prawo. Sama zieleń. Może mu się zdawało?. Po chwili wyrosły przed nimi krzaki. Musieli zwolnić, aby móc je ominąć. Gerard pierwszy zaczął się przez nie przedzierać. Było to dosyć trudne i nieprzyjemne. Maluteńkie gałązki wbijały się w ciało i drapały. Wypadł z gąszczy wprost na zbierającą grzyby kobietę. Rozległ się krzyk. Wpatrujący się gdzieś w dal Lipski natychmiast ruszył za przyjacielem.
- Gertruda? - wykrzyknął zaskoczony Mycz. - Aleś mnie wystraszyła.
- Ja? To ty wyskoczyłeś z kszaków - obruszyła się kobieta.
W tej samej chwili ukazał się Lipski.
- Co się stało? Dlaczego... o Ger

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy