Bestia, rozdział 1.

Autor: EmnildaAmelberga
cute;rego poczynań nikt nie przewidzi. Żona gadała, on pił i tak mijały lata.
Miesiąc temu podjął leczenie. Od tych kilkunastu dni nie miał ani kropli alkoholu w ustach. I od tych kilkunastu dni nie śniły mu się tamte okropieństwa. Pozostały jedynie wspomnienia wywołujące gęsią skórkę. Nie mógł się od nich uwolnić. Powracały czasem, włączając w jego głowie film. Widział wtedy na nowo miejsca zbrodni. Białe schodki prowadzące do ołtarza, w ich malutkim kościele, pokryte zeschniętą krwią. A w tej kałuży księdza Zachariasza, leżącego twarzą do podłogi.
Kiedy zobaczył jego ciało pierwszy raz, czarna sutanna wydawała się nietknięta. Nie miała na sobie prawie żadnej fałdy. Dopiero potem, gdy podszedł bliżej, dostrzegł lśniące zwoje jelit rozsypane na ziemi. Nie wytrzymał. Choć zwykle nie ruszał go widok krwi, tym razem było to dla niego za wiele. Poczuł jak żołądek wywraca się na drugą stronę. Zakrył usta dłonią i wybiegł z kościoła.
Obrazy wracały. Ale koszmary odeszły. Męczył się czasem w dzień, przypominając sobie te tragedie. Noce jednak miał spokojne. Ciche. Przespane.
- Gerardzie ? - głos żony zaczął przedzierać się przez grubą warstwę myśli. Przestał, więc mieszać herbatę i podniósł wzrok. Od razu zrozumiał, że wyłączył się na dłużej. Zmarszczone brwi Aldony i pięści oparte na biodrach, zdradzały, że mówiła coś do niego już dłuższą chwilę. - Czy ty w ogłe mnie słuchasz ? .
- Wybacz kochanie, zamyśliłem się.
Aldona pokręciła głową, odsunęła krzesło i usiadła obok męża.
- Pytałam czy wrócisz dzisiaj na kolację - powiedziała opierając łokcie na blacie stołu. - Mówiłeś, że musisz jechać do Froszów w związku z kradzierzą kur. To daleko. Zdążysz?
Gerard podrapał się po głowie, na której mało co było włosów. Te długie pasemka, które mu jeszcze zostały i tak były już żadkie. Starał się jednak zaczesywać je tak, aby jego, cofająca się przy czole, linia włosów nie była, aż taka widoczna.
- Nie wiem złotko- odparł - Postaram się, ale nie jestem w stanie powiedzieć, czy na pewno będę na czas.
Aldona kiwnęła głową i sięgnęła po swój kubek z poranną kawą.
- Dobra. Jeśli zobaczę, że nie ma cię do godziny dziewiętnastej trzysieści, to nie czekam. Odgrzejesz sobie sam.
- Nie ma sprawy- zgodził się podnosząc szklankę z herbatą do ust.
Po śniadaniu, które odbyło się w ciszy, Gerard pożegnał się z żoną, ucałował ją w policzek i ruszył do pracy. Od lat był szeryfem w Zaciszu. Każdego dnia wstawał, jadł śniadanie, żegnał się z żoną i wsiadał do swojego samochodu jadąc na komisariat. Tam czekał na niego zastępca i dwóch podkomendnych. Kiedyś pracował z nimi jeszcze czarnoskóry Narcyz Perl, ale podczas jednej z akcji zarobił kulkę w kolano i musiał odejść z policji. W jego przypatku dobrze się złożyło, bo i tak powinnien być już na emeryturze.
Gerard wyjechał radiowozem z podjazdu i dostrzegł Aldonę w oknie salonu. Machała mu na pożegnanie, pielęgnując kwiatki na parapecie. Uniósł rękę, po czym dodał gazu znikając na drodze. Po obu jej stronach rosły wysokie smukłe drzewa, nie przepuszczając zbyt wiele promieni słonecznych. Słońce majaczyło zza zielonych liści, a przed szeryfem zaczęły wyrastać budynki.
Miasteczko miało kilka nie dużych sklepów, fryzjera, bank, hotelik i kościółek, naznaczony tragedią. Dalej wznosiły się domki mieszkańców, rozsypane wokół tego maleńkiego centrum, jak mawiono w żartach. Gerard zatrzymał się na samym końcu ulicy, gdzie dumnie stał budynek, do którego zmierzał. Zaparkował przed wejściem i wyszedł z radiowozu.
- Gerardzie! - znajomy głos dochodził z drugiej strony ulicy. Szeryf odwrócił się.
Biegł ku niemu mężczyzna z delikatnym, czarnym wąsikiem, zaczesanymi gładko włosami i dość pokaźnym brzuchem. Widać było, że pokonanie tych kilku metrów truc

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy