BRACTWO: zaprzysiężona #5

Autor: Madziuchna
Chciałaś zmienić miejsce i godzinę spotkania, zgodziłem się, przełożyłem przez to kolację z matką, której nie widziałem pół roku i przez kolejny taki czas jej nie zobaczę, a ty nie chcesz mi pomóc w jednej małej sprawie?
Jego słowa sprawiły że zebrało mi się na płacz. Nie znoszę go, nie ufam mu i widuję go w woli konieczności, ale on ma rację. Pracuje dla nas bezinteresownie, wiele razy mógł zginąć, lecz mimo wszystko nadal nam pomaga. Za co? Za moje opryskliwe odpowiedzi i kpienie z niego. Kiedy stałam się taka podła? Taka nieczuła i nielicząca się z innymi? To oni mnie tak zmienili...
–    Co mam dla ciebie zrobić? - mój głos zabrzmiał delikatniej niż bym chciała.
–    Przyjść do wyznaczonego miejsca, jutro o północy - widząc mój przerażony wyraz twarzy szybko dokończył zdanie. - Przyjadę po ciebie, bo nie chcemy abyś znała to miejsce zanim w pełni się zgodzisz na propozycję.
–    Czyli mogę odmówić? - spojrzał na mnie znacząco.
–    Oczywiście – odwrócił się i udał do motocyklu. Wyciągnął ze schowka papierową paczkę, dość dużą i zawiązaną grubym sznurkiem. Podał mi ją. Była ciężka, no i zresztą na taką wyglądała. - Ubierz proszę to, ale nie rozpakowuj przed jutrem. Nie mów też nikomu o spotkaniu, niech to zostanie tajemnicą. O 23:30 będę czekał przy ulicy na dole, żeby nikt mnie nie zobaczył. Bądź ubrana i gotowa. Nie przestrasz się tego co jest w środku. - Skinęłam twierdząco głową.
Gdy chłopak już odchodził, a ja miałam właśnie otwierać drzwi wejściowe, nieoczekiwanie wbrew sobie zadałam mu ostatnie pytanie.
–    Dante, co masz na serdecznym palcu lewej ręki? To musiało być straszne, prawda? - Dante stanął jak wryty. Sama nie wiem czemu o to pytam, być może ma to związek z moją niepohamowaną ciekawością. W tej sekundzie żałowałam za to pytanie i zganiłam samą siebie w duchu. On tylko zadrżał, schował rękę do kieszeni i wsiadł na motocykl.
–     Uważaj żeby nie poślizgnąć się na schodach goffo! Twój tyłek jest już chyba dość obolały, co? - Zaśmiał się tak jak zwykle i przyjął swój szyderczy uśmieszek chuligana. Moje pytanie puścił mimo chodem, jak słowa rzucone na wiatr. - Ciao, buona fortuna(powodzenia) 
–    Że co? - rzuciłam, ale on już jechał i nie był w stanie mnie usłyszeć.
Doskonale wiedziałam co to znaczy, w końcu kilka miesięcy mieszkam z Włoszką. Dante właśnie życzył mi powodzenia, ale niech nie jest taki pewien mojej kolejnej gleby.

Po wejściu do domu, od razu pobiegłam schować paczkę pod łóżko. Dopiero po ponownym zejściu na dół przywitałam się buziakiem z Cateriną. Obok niej siedział Rafał. Mam z nim całą masę niesamowitych wspomnień, ale niestety złych też. Z tego co mi wiadomo Rafi kręci z moją współlokatorką, chociaż nie chce się do tego przyznać. To trochę dziwna relacja bo Cat słabo mówi po polsku, z angielskim również ma problemy, a chłopak nie zna żadnego słowa po włosku oprócz „salve”. Mimo tego uważam że świetnie do siebie pasują.
Usiadłam obok przyjaciółki i wzięłam do ręki kilka solonych paluszków. Chrupiąc je słuchałam chwilę dogadywania się jej z moim kumplem. Nie, nie kumplem. Przyjacielem raczej. Oni nie umieją za nic się dogadać więc zazwyczaj spotykamy się we trójkę. Ja jako tłumacz.
–    Caterina – dziewczyna odwróciła się w moją stronę. - begli occhi. - teraz zrozumiała o co mi... to znaczy mu chodziło.
Matko, jaki oklepany podryw. Rafał zawsze wydawał mi się mistrzem w sprawach damsko-męskich, a tutaj coś takiego? Piękne oczy? Nie,

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy