Chata, którą wieki roztrącą

Autor: grzegorz
ę i rozpoczął rozmowę. - Z okien swego domu w Krzemieńcu widział pan górę Bony i ten widok zabrał pan ze sobą do Paryża, do Genewy i do ziemi świętej, czyż nie? - Alpy są śliczne a widoki gór cudowne. Pisałem o tym w listach do Matki. Pisałem też – pamięta pan – o wyprawie w góry w roku 1834… Obrazy gór i lasów zostały w mojej pamięci. - Ja panie Juliuszu nie znam gór. Tylko na rycinach je widziałem dlatego zaprosiłem tutaj parę osób aby coś rzekli o górach, aby mistykę gór odkryli, bo właśnie w górach, czy na Górze wydarzyło się to co ukształtowało nas i naszą cywilizację. Weźmy Synaj – Górę 10 przykazań Tabor – Górę Przemienienia czy Golgotę – Górę Krzyża. Całe zastępy ludzi chodziło w góry, dowiemy się od nich Juliuszu co ich tam gnało. „Góry wysokie, co im z wami walczyć każe?” * * * Idę tu do was z miasteczka, które na Podolu położone. Małe żydowskie miasteczko. Bar się nazywa. Tam skończyła się Polska dawna, szlachecka. Tam narodziła się inna Polska. Przyglądałem się temu. Juliusz zaprosił Żyda – Tułacza do swojego stolika. Opowiadał mu że on uwiecznił miasteczko Bar i karmelitę księdza Marka. - Ja – mówi Żyd – wędruje po tych miejscach gdzie mój naród żył. Stoję i patrzę. Widzę jak płoną synagogi, wchodzę do mieszkań biednych i bogatych. Talmud czytam i Torę i dziwię się że oni tak zakorzenieni tutaj a jednocześnie marzący o Ziemi Obiecanej. Taki los. * * * - Kim jesteś wędrowcze? – zapytał Marcin. - Jestem Ahaswer. Byłem szewcem w Jerozolimie. Mój warsztat był przy jednej z ulic tego świętego miasta. Razu pewnego wszedł do mnie Rabbi Jezus i uzdrowił mnie, bo muszę powiedzieć że dotknęła mnie straszna choroba rąk – podagra. On mnie uzdrowił. On wielki cudotwórca, potężny i silny. Aż razu pewnego, a pracowałem wtedy w swoim warsztacie, słyszę okrzyki głośne: Ukrzyżuj Go! Ukrzyżuj Go! Czeladnik powiedział mi ze krzyczą tam przeciwko Rabbiemu, który mnie uzdrowił. Wydawało mi się to niemożliwe. Jak to? Rabbi z Galilei, który jednym dotknięciem przywraca zdrowie nie pozwoli się bić, poniewierać a tym bardziej ukrzyżować. Ale wiesz Marcinie – stało się inaczej. Koło mojego warsztatu szewskiego szedł pochód skazańców. Na końcu szedł chwiejąc się Rabbi Jezus. Szedł dźwigając ciężki krzyż. Koło mojego warsztatu zatoczył się i upadł. Ujrzałem jego zniekształconą biciem twarz. I to ma być Mesjasz – pomyślałem. Tyle nadziei w Nim pokładałem. Myślałem że uczyni potężne królestwo Izraela, że Rzymian wypędzi i skończy się nasza niewola. Zawiódł mnie. Zawiódł okrutnie. Doszedłem do Niego i kopnąłem go z całej siły i splunąłem Mu w twarz. I oto Jego wzrok pełen niewypowiedzianego smutku spoczął na mnie. Minęły dziesiątki lat a ja ciągle żyłem. Gnany niepokojem wędrowałem z miasta do miasta szukając śmierci. A śmierć omijała mnie. Przemierzałem lądy i morza świata. I przemierzam dalej. Ale kiedyś padnę na twarz przed wyrokiem, którego kiedyś znieważyłem przed drzwiami swego domu. I nie wiem co zostanie zastosowane wobec mnie, Miłosierdzie czy Sprawiedliwość. - Kim jesteś Ahaswerze, wieczny tułaczu? – spytał Marcin. – czy jesteś postacią legendarną czy wymysłem poetów? - Ja Ahaswer to ludzkość wędrująca na Sąd Ostateczny. Ahaswer to każdy z nas. Ahaswer to również ty. Skończył. Zapanowała przejmująca cisza. Wit Stwosz doszedł do niego, dotknął jego twarzy i rzekł do Matejki: Spróbuję go wyrzeźbić. * * * „Im więcej razy na dzień jesteś znieważony, Im śmieszniejsze na Ciebie wkładają korony I krzyczą urągając: pokaż swoją siłę, Albo liczą Cię między pamiątki niebyłe, Im więcej żalu , drwiny, gniewu, oskarżenia, Bo słow

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy