Chłopiec o kamiennym obliczu

Autor: Fasoletti

Tak naprawdę, to chyba nikt nie znał całej prawdy. Ludzie mówili, że to wszystko przez jej miłość do towarzysza Lenina. I co by jeszcze nie gadali, faktem jest, że zaczytywała się w jego dziełach. W każde wolne popołudnie siadywała pod pomnikiem wodza w Jekaterynburgu i studiowała „Dzieła zebrane” z taką zapalczywością i w tak ogromnym skupieniu, że nie reagowała zupełnie nawet na obsrywające ją gołębie.

Potem, kiedy już dostatecznie nasiąknęła wiedzą i mądrością, klękała na oba kolana i, bijąc się w piersi, z podziwem wpatrywała się w kamienną postać, jakby widziała w niej co najmniej samego Boga.

I odwdzięczył się jej Włodzimierz Iljicz Uljanow za to oddanie. Pewnego wieczoru, kiedy w ekstatycznym uniesieniu zaczęła całować mu stopy, zszedł z cokołu i posiadł ją na ławce, ku zdziwieniu i przerażeniu setek obserwujących zajście gapiów.

I tak jak zapylony przez pszczołę kwiat wydaje w końcu owoc, tak i ona, pobłogosławiona nasieniem samego wodza, powiła po dziewięciu miesiącach syna.

Na widok chłopaka lekarze przyjmujący poród uciekli z sali, dygocząc ze strachu niczym jeńcy prowadzeni na pewną śmierć przez pustkę Sybiru.  Matka, kiedy ujrzała, co wyszło z jej łona, natychmiast wyzionęła ducha.

Chłopak miał twarz z kamienia. Nie płakał, nie śmiał się, nawet nie kwilił. Jego oblicza nie kalało najmniejsze nawet drgnięcie mięśni. Nie wiadomo było, w jaki sposób oddycha. Choć maleńka klatka piersiowa unosiła się i opadała w regularnych odstępach, oszołomieni doktorzy nie zdołali ustalić, jaką częścią ciała malec wciąga powietrze.

Czy widzi i słyszy? To także pozostawało nierozwiązaną zagadką. Po serii testów i badań, które kompletnie nic nie wykazały, zarząd szpitala podjął decyzję o oddaniu dziecka do adopcji.

Z powodu braku chętnych, Włodek - bo takie dostał imię ku czci sławnego ojca, trafił do klasztoru. Nie wróżono mu długiego żywota, ponieważ z wiadomych powodów nie mógł przyjmować wody ani pokarmu.

Jednak wbrew oczekiwaniom czarnowidzów rósł jak na drożdżach. Zmężniał i wydoroślał, aż pewnego dnia postanowił odejść. Pewnie nawet gdyby potrafił mówić, zrobiłby to bez słowa. Nikt go nie zatrzymywał, gdyż mnisi tak naprawdę się go bali. Przez dwadzieścia lat ani razu nawet nie zajrzeli do jego celi, by sprawdzić, czy w ogóle żyje.

Kiedy tylko pojawiał się w co bardziej zaludnionych miejscach, od razu wzbudzał sensację. Jedni uważali chłopca o kamiennym obliczu za diabła wcielonego. Polewali go wodą święconą i przeklinali. Przez drugich traktowany był jak wcielenie bóstwa. Chodzili za nim niczym apostołowie za Jezusem, obmywali mu stopy, modlili się do niego, a nierzadko błagali o uzdrowienie. On kompletnie nie zwracała na nich uwagi.

Znaleźli się i tacy, którzy widzieli w nim zapowiedź nowego porządku, kolejną inkarnację buddy, kompletnego idiotę, a nawet pozoranta i kombinatora. Nieraz rozbijano mu o twarz butelki, by sprawdzić, czy faktycznie jest z kamienia.

W końcu chłopcem o kamiennym obliczu zainteresowała się władza. Komandosi o licach ukrytych za kominiarkami wpakowali go do rządowej furgonetki i wywieźli hen daleko, do tajnego laboratorium ukrytego wśród syberyjskich lasów.   

Doświadczeniom nie było końca. Włodek znosił to dzielnie i choć niektóre eksperymenty u normalnego człowieka wywołałyby paroksyzmy bólu, on trwał niewzruszenie, jak jego ojciec na cokole. Nie skrzywił się ani razu.

Nie reagował na żadne bodźce. W szale desperacji naukowcy posunęli się do tak drastycznych metod jak przypalanie skóry palnikiem, gotowanie dłoni we wrzącym oleju, nakłuwanie punktów witalnych, a nawet wiwisekcji.  

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy