Coś depcze mi po piętach... /o samotności w obliczu śmierci/

Autor: niutella
Zimno. Otulam się płaszczem, odgradzając ciało od rzeczy świata tego. Nie chcę czerpać pełną piersią. Nie chcę odczuwać każdą komórką skóry. Nie chcę narażać swego pokaleczonego ciała kolejnymi razami, które nieubłaganie spadają już na mnie. Uchylę tylko głowę, by nie stracić myśli, by nie uleciała. Czasem ta cielesna słabość boli bardziej niż zwykle. Wewnątrz szarpią konwulsje i nagle rzygam egzystencją, pełnią energii, rwącym potokiem słów, radości i marzeń. Atak porzuca mnie równie zaskakująco jak nadszedł i już zwijając się, w słabnących spazmach szaleństwa, wracam. I ciało nadaje sygnał - krótki, urywany, przejmujący. Nieprzytomnie upadam na chodnik, w ostatniej chwili zasłaniam twarz dłonią. Boli! - myślę - Żyję! Przeczucia. Oblewają grzbiet lodowatym strumieniem, gasząc ostatni promień nadziei. Oto odpada z krawędzi świata kolejna istota. A jeszcze przed chwilą wpijała się w życie kurczowo, z determinacją, z pasją. A teraz pogrąża się w, już teraz tylko sobie znanej, rzeczywistości. Wokół jej ciała prowadzone są kolejne, głośne, wieloczynnościowe, wyspecjalizowane zabiegi. Po ucieczce duszy, stało się ono nieznośne i straszne dla pozostawionych żywych. Materialna pamiątka śmierci, której trzeba się pozbyć, by pogrzebać strach. Strach egoisty, strach o siebie. O swoje ciało. Nieuniknione i przerażające dążenie do końca człowieka, człowieka do jego własnego końca. Istoty wybranej do wiary w nieśmiertelność, której niemalże udowodniono, że warto, że trzeba, za każdą cenę, wierzyć w nieśmiertelność. Istoty, która, jak niczego innego na świecie, lęka się otwarcia bramy do wiecznej krainy. Jedyna droga, którą trzeba podążać samotnie, nie znajdując oparcia w uczuciach, ani w miłości, ani w nienawiści czy choćby pragnieniach. Poddając się wyrachowanej i nieubłaganej śmierci, samotnie. Jedynemu, wyjątkowemu, niepowtarzalnemu rozwiązaniu. Pozostałość po narodzinach. Zimno. Otulam się cała, szczelniej, nie dopuszczając chłodnego powiewu do pustoszenia moich krain. W nich tętni dzień następny, zamknięty między teraz a chwilą, gdy już nic nie będzie ważne. Z całym dobytkiem marzeń i spełnień, nadziei i kremu ze świeżych truskawek i śmietany. Dusza powraca do materialnej mnie. Mój własny strach o ciało, którego przyszłość zapowiada się nieznośnie i strasznie, zamykam za błogim, wiosennym uśmiechem. ---------------- napisałam w kwietniu 2004, po moich urodzinach, które stały się pożegnaniem z Mamą Magdy. ©Niuta Kacar
1

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy