Cyrk przyjechał

Autor: Tunia1414

 Tego dnia targowisko było puste i ciche. Za nim na jeszcze wczoraj pustym placu, stały ułożone w półokrąg kolorowe wozy. Miały okienka a w nich firanki. Schodki prowadziły do drzwi wejściowych. Jakaś kobieta prała w dużej emaliowanej miednicy, wyżymała tkaninę i rozwieszała ją na sznurze rozciągniętym między dwoma wozami. Śpiewała. Było tam kolorowo, słonecznie. Z tej wysokości kojarzyło się dziewczynce, że obserwuje swoje pudełko z lalkami. Tu lalki poruszały się, każdy coś robił ważnego, potrzebnego.  Na środku mężczyźni rozstawiali namiot. Działali zespołowo, zgodnie, bo nie robili tego po raz pierwszy, mieli wprawę. Słońce zachodziło, wydłużając cienie. Dzieci siedziały jak urzeczone. Nawet nie machały jak zwykle nogami. Pierwsza ocknęła się dziewczynka:

- Babcia mnie zbije chyba! Musze lecieć do domu!

Weszła do kuchni trzymając spódniczkę w palcach i dygając ładnie, aby zaskoczyć dziadków, szybciutko powiedziała najsłodszym głosem, jaki miała w swoim repertuarze:

- Babuniu, dziaduńku, cyrk przyjechał!!!!!

I zaraz, aby nie dać im czasu na oprzytomnienie, zaczęła opowiadać, co widziała.

- Myślisz, że pójdziesz na przedstawienie? Byłaś grzeczna? Wybij to sobie
z głowy!

 Na nic zdał się jej urok i wdzięk! Szare oczy wypełniły się łzami. Lusia podreptała w stronę stojącego zegara i usiadła w kąciku. Zawsze lubiła słuchać tego tykania przystawiwszy ucho do jego boku, zgrzytu mechanizmów, miarowości i nieuchronności następnego tyknięcia. Wpadała w stan autohipnozy, która pomagała czasem przetrwać tragedie jej dziecięcego bytu.

Resztę wieczoru była grzeczna i cicha mając nadzieję, że dziadkowie zmienią wyrok. Poszła spać bez ociągania, zjadła ukochany kawałek chleba z białym serem, wypiła herbatę z mlekiem i cukrem, śniła jakiś sen o lataniu nad targowiskiem.

Ranek przyniósł dalszy ciąg nadziei, ale dziadkowie byli niewzruszeni. Lusia poszła płakać pod orzechowym drzewem. Skubała listki paproci a jej małymi plecami wstrząsał chwilami cichy szloch. Nagle wstała i pobiegła przez podwórko do odrapanej parterowej kamieniczki po drugiej stronie miasteczka.

Na tamtejszym podwórku bawił się z psem Maciek.

- Hej, Maciek, dziadkowie mnie nie puszczą do cyrku, nie dadzą mi na bilet! A ty?

- Ja to nawet nie poproszę, mama nie ma pieniędzy, do wypłaty jeszcze dwa dni.

- A ja wymyśliłam! Widziałeś jak oni tam rozkładali ten namiot? Na pewno da się przecisnąć dołem pod tą płachtą, od strony tych krzaków, wiesz gdzie…

-Acha!  Wiem.

- To dzisiaj spróbujemy, co?

- Dobra!

Po południu babcia i dziadek poszli na cmentarz, oczyścić grób jej matki
i wstawić do wazonu świeże kwiaty peonii, które tak lubiła. Lusia grzecznie na nich czekała. Uszyła lalce nową sukienkę z gałganków, które dawała jej krawcowa Tarnacka. Była bardzo grzeczna. Wrócili.

- Widzieliśmy ten cyrk. Właśnie ludzie idą na przedstawienie, ale ty nie pójdziesz. Będą tu tydzień. Masz szansę jak będziesz grzeczna, ale dzisiaj nie!

- A na podwórko mogę?

- Idź!

Pędem pobiegła do Maćka. Podwórko było puste. Zawróciła i zdecydowanie skierowała się w dół miasteczka, gdzie cyrk rozbił swój obóz.

Przedstawienie trwało. Rozbrzmiewała skoczna wesoła muzyka, przerywana okrzykami zachwytu publiczności.

Schylona przebiegła obok budki, która była kasą, w stronę krzaków, rosnących tuż przy namiocie. W krzakach skulony czekał Maciek.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy