Czarna Kompania - PROLOG

Autor: Divide

Słońce chyliło się ku ziemi, oświetlając wąski gościniec. Przemierzała go samotna postać odziana w czarny płaszcz, skrywający jej ciało. Kaptur był naciągnięty głęboko na głowę, tak, że cień spowijał całą twarz. Jedynym widocznym elementem był półtora ręczny miecz przewieszony przez plecy. Zdobiona srebrnymi okuciami rękojeść wystająca ponad lewym barkiem, odbijała ostatnie ciepłe promienie. Osobnik, co jakiś czas zerkał na podniszczoną mapę, jak gdyby nie był pewny, dokąd dokładnie zmierza. Szlak był opustoszały i od dawna nieuczęszczany przez ludzi, z powodu częstych ataków bandytów. Gdy na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy i w miejscu słońca pojawiła się srebrna tarcza księżyca, podróżnik zatrzymał się przed przydrożną gospodą. Dziw, że w ogóle utrzymała się na tak kiepsko prosperującym trakcie. Do słupa przywiązany był ledwie jeden koń, a z podniszczonego szyldu ciężko było odczytać nazwę. Człowiek ów nie miał z tym jednak problemu. Tablica przedstawiała rozmazany malunek smoczej głowy, pod którą widniał napis „Pod Smoczym Pazurem”. Pchnął lekko drewniane drzwi, których nienaoliwione zawiasy wydały przeciągły, nieprzyjemny dla ucha jęk. Wnętrze może nie wyglądało zachęcająco, lecz mało, kto odważyłby się pozostać na zewnątrz narażony na ataki rabusiów, potworów, czy dzikich zwierząt. W środku siedziało zaledwie kilka osób, których wzrok padł na twarz podróżnika ściągającego kaptur. Mężczyzna miał długie, rozpuszczone, czarne włosy, ciemnoniebieskie oczy i wąski nos. Kilkudniowy zarost mógł sugerować jedną z dwóch rzeczy: albo był niedbały, albo długo wędrował. Największą jednak uwagę przyciągała długa blizna biegnąca od prawej skroni do podbródka. Rozejrzał się po karczmie. W środku, oprócz leniwie czyszczącego kufle gospodarza, znajdował się stary mężczyzna pykający fajkę, goniec porządkujący sterty ogłoszeń, które zapewne musiał następnego dnia rozwiesić na rozstajach i młody elf, podziwiający prawdziwy smoczy szpon umieszczony nad kominkiem. Przybysz podszedł do karczmarza i usiadł przy ladzie. Ten drugi spojrzał na niego pytająco.

- Nalejcie mi piwa. - Powiedział wyciągając z sakiewki kilka monet. Głos miał mocny i spokojny.

Oberżysta spojrzał na monety, a potem na klienta. Skrzywił się na widok obcej waluty.

- To są regle, Panie. Tu płacimy koronami.

Mężczyzna zgarnął pieniądze bez słowa i odszedł od szynkwasu. Jego spojrzenie przykuł starzec zapraszający go do stołu. Podszedł powolnym krokiem, chowając rękę za płaszczem. Jego dłoń spoczęła na rękojeści długiego sztyletu. Nie miał zamiaru nikogo krzywdzić, tym bardziej, że dziadek wyglądał na spokojnego. Przezornie nie zdejmował jednak ręki z broni, gdyż życie nauczyło go by nie ufać każdej napotkanej osobie.

- Usiądź przy mnie synu i napij się piwa.- Rzekł starszy, po czym dodał – Ja zapłacę.

Tajemniczy osobnik zrzucił płaszcz. Staremu człowiekowi rozszerzyły się oczy ze zdziwienia. Na zewnątrz nie było bezpiecznie, to prawda, ale pierwszy raz spotkał się z kimś, kto nosi tyle broni przy sobie. Pomijając miecz, który wszyscy dostrzegli, gdy wchodził, mężczyzna był wyposażony w dwa noże – jeden za pasem, drugi w cholewie buta. Na przedramieniu, miał także cienki, stalowy łańcuch. Cały był odziany w lekką, skórzaną i ciemnej barwy zbroję. Kolorem wyróżniało się tylko brunatne obuwie, sięgające pod kolana. Na szyi, przybysz miał zawieszoną runę algiz – znak cechowy Czarnej Kompanii.

- Jak ci na imię synku? - Zapytał starzec nie odrywając wzroku od medalionu.

- Nie jestem twoim synkiem dziadku. - Odparł mężczyzna. - Nazywam się Derian.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy