Czas pojednania

Autor: renhoelder
k powiedzieć. – Robert posłał mi lekko pytające spojrzenie. Mam manię poprawiania ludzi. Staram się z tym walczyć, naprawdę. 
- Taaa... - zamyśliłem się. – Raczej kwartalnik, zupełnie jak pismo. – dodałem. Paskudny zwyczaj wyszczerzył się w mojej głowie triumfująco. Tak czy siak, należałoby to jakoś uczcić. Może byśmy odwiedzili w święta nasze rodzinki? 
Starałem się luźno żartować, żeby rozchmurzyć przyjaciela, ale on jednak pozostawał poważny. Nie przejąłem się tym i rozkręcałem się coraz bardziej. 
- Martwią mnie rodzice. Zawsze liczyłem się z ich zdaniem. 
- Nikt jeszcze na tym dobrze nie wyszedł.- Wyrzuciłem z siebie, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Robert patrzył na mnie błyszczącymi oczyma. Coś w nich dostrzegałem, ale szybko zrzuciłem to na karb oświetlenia i dymu. Z głośników poleciał Velvet Underground, a my po prostu odpłynęliśmy. 
- Rok temu dali mi wyątkowo popalć. Bosz, ak ja nienaidzę Polski. – Robert wspierał się na moim ramieniu. Wyszliśmy późno. Bardzo późno. Zaliczyliśmy występ barmanki rodem z naszego hipermarketu „prosimy o kierowanie się do kas...”. Nie spodziewałem się, że kilka grzańców, trochę miodu i zdołamy doprowadzić się do takiego stanu. Usiłowałem słuchać uważnie, na ile pozwalała mi percepcja, zachwiana promilami. 
- No i ona do mnie „esteś paskudnom mendo, "paszoł won!”... 
- Tiaaaaaa... 
- Sso est?! Ty ziewasz? 

Po babci odziedziczyłem cudne mieszkanie na poddaszu. Gdy chodziłem do szkoły, okna od południa dostarczały mi niezbędnego do malowania światła. Do szkoły również było niedaleko. Niewielka grupka zaufanych przyjaciół, wszyscy czujący się jak wyrzutki i w ogóle dekadencka awangarda przyszłości, spotykaliśmy się w piątki po lekcjach u mnie. Gdyby nie to mieszkanie, miałbym duże problemy. Po pierwsze, rodzice, gdy tylko zdecydowałem się na coming out, jak to się ładnie mówi, ucięli dopływ gotówki. Ucięli też wszystkie więzy, które mogły mnie z nimi łączyć. Na szczęście jednak babcia za mną przepadała. Nigdy nie zaprosiła mnie do siebie, do Stanów. Powątpiewałem więc trochę w tę jej miłość, co owocowało sezonowym naburmuszeniem. Twierdziłem, że ponad wszystkie prezenty, jakie mi przysyła i gotówkę, jaką we mnie ładuje, wolałbym pojechać do niej i utrzymywać się z pracy własnych rąk. Dzisiaj widzę w tym sens. Jestem jej wdzięczny, bo jej wzrok sięgał dalej. Teraz w moim azylu na ulicy Wschodniej, próbuję w miarę cicho umieścić w łóżku zasypiającego mi w ramionach Roberta. Księżyc odgraża się, że lada moment do panowania dopuści wścibskie zimowe słońce. Zaciągam rolety i idę do kuchni. Zdaje się, że miałem tam gdzieś zachomikowaną butelkę wiśniówki. 

Auuuu! Luuuudwiiiiik! Zabierz to ode mnie. Proszę... 
Spróbowałem otworzyć szerzej zapuchnięte oczy. Poczłapałem ratować przyjaciela. Robert stał oszołomiony na środku sypialni, wgapiając się prosto w lustrzane drzwi szafy. Wzruszyłem się, jak nie wiem co. 
- Ale o co ci chodzi? To przecież ty tam w lustrze. 
Próbowałem coś trzeźwo wykombinować. 
- To jest potwór, mówię ci, ale miałem sen! I potem on, o tamten – tu wskazał palcem swoje odbicie – podszedł do mnie, a raczej podczołgał się i groził mi wielką maczetą. Miał płonące oczy i taką ziemistą skórę. W ogóle wyglądał jak jakaś mumia. 
- A ja myślę, że to kacowa wróżka. 
Roześmialiśmy się. Dobrze, że obaj mieliśmy wolne. 
Śmialiśmy się jeszcze sporo, a ja starałem się wyrzucić z pamięci mój sen, a raczej głupie zwidy. Chcąc się ich pozbyć, postanowiłem poprzedniej nocy pić na umór. Pierwszy sygnał odebrałem już w pracy. Ten Mikołaj, przysięgam, wystawiał do mnie język i przewracał gałami

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy