Czas pojednania

Autor: renhoelder
, tak, że było widać tylko białka. Zepsuł się, dziad, a ja jestem przemęczony, pomyślałem wtedy. Jednak wieczorem było już tylko gorzej. Najpierw, zaraz przed wejściem do Czterech Pokoi coś mignęło mi w szybie, a potem te oczy Roberta... Nigdy jednak nie grzeszyłem zdolnością odczytywania znaków, mimo, że próbowali mnie tego nauczyć w szkole. Postanowiliśmy tego dnia nie wyłazić z domu, tak na wszelki wypadek. W barze „U Tatarzyna (Obiady dla inteligencji)” zamówiłem chyba z tonę sałatki z tuńczykiem. Święta idą, no nie? 

Nie dałem rady wytrwać całego dnia w absolutnej przytomności. Po męczącej nocy kryzys przyszedł po południu, jak to często bywa. Film urwał mi się, gdy oglądaliśmy „Starsky’ego i Hutcha” po raz nie wiem który. Kiedy się ocknąłem, zobaczyłem, że Robert mimo wszystko postanowił się zmyć. Zapomniał jednak kilku istotnych rzeczy. Jego torba leżała nadal na krześle, a w niej, podejrzewam, dokumenty i takie tam. Oczywiście nie zaglądałem do środka. Chwyciłem tylko za telefon i zacząłem do niego wydzwaniać. Usłyszałem hipnotyczne pierwsze takty We need war Fischerspoonera i wiedziałem, że telefon też został u mnie. Przetarłem oczy kilka razy, ciągle coś mnie uwierało. W końcu dojrzałem godzinę. Zbliżała się dziesiąta wieczorem. Powlokłem się do sypialni, zamykając drzwi na wszystkie zamki. Padłem od razu. 

Ze snu sprawiedliwego brutalnie wyrwało mnie walenie do drzwi. Brzmiało jak przytłumione, jakby ktoś raczej opierał się łokciami na zmianę i nie dbał o efekty. Z takim skojarzeniem udałem się do drzwi wejściowych. Swoją drogą, kto o tej porze dostał się na klatkę? Spojrzałem na wyświetlacz. Na korytarzu stał Robert. Cały był mokry. 
- Nie wiem. Nic nie wiem. 
- No, już dobrze, dam ci ziółek. Alko się skończyło. 
Zawiódł mnie. Byłem już gotowy wysłuchać nawet najbardziej nieprawdopodobnych opowieści, jak Bob w ostatniej chwili jakimś cudem zrywa sznury mocujące do jego stóp kamienie, jak ucieka mafii w ten czy inny sposób. On natomiast na powitanie serwuje mi proste „Nie wiem”. Na dodatek lało się z niego okrutnie, musiałem wyszukać jakieś ciuchy zastępcze. Chodzi o to, że on ma coś na kształt nerwicy natręctw, jeśli chodzi o ubrania. Bluzki, koszule, czy co tam jeszcze, musi koniecznie mieć w pasy lub inne prążki. To wynika z czasów, gdy miał operację wyrostka. Mama tłumaczyła mu, że doktor wyjął mu paskudztwo ze środka i że teraz już wszystko będzie w porządku. On sobie ubzdurał, że pasy, jak kratyz w więzieniu, zapobiegną następnym takim przypadkom. Teraz jest dorosłym człowiekiem, ale przyzwyczajenie ciągle trzyma się go niesamowicie mocno, mimo, że jest świadom jak to głupio brzmi. Ja jestem miłośnikiem kraty, kocham koszule w tartan. Będzie ciężko. 
- O której wyszedłeś? To pamiętasz? 
Postanowiłem odwrócić jego uwagę, gdy szukałem jakiegoś ciepłego odzienia. Robert siedział na kanapie i szczękał. Był cały prawie fioletowy i szczękał praktycznie całym ciałem. Słyszałem każdą kostkę. 
- Nnno... jak odebrano im sprawę... 
Nie rozumiałem z początku, co on bredzi, ale po chwili przypomniało mi się, że ostatnie, co robiliśmy razem, to oglądaliśmy film. Rzuciłem w niego polarową bluzą i pobiegłem do odtwarzacza, by upewnić się co do dokładnego czasu zniknięcia Boba. 
- Eeej... tttu nnie ma paskków... – zawołał z salonu, zawiedziony. 
- Nie ma? To fuck off and die! – urażony odkrzyknąłem cytatem z ukochanego „Zodiaka”. 
Uśmiechnąłem się do siebie. Zdobyłem element układanki. Sprawa na nowo wydała mi się ciekawa. 
- Powiem ci coś. Kiedy sobie poszedłeś, było wpół do trzeciej, pięć minut w jedną czy drugą. 
Popatrzyłem na niego. Nie potrafiłem się rozgniewać. Wzbudził we mnie uczucia macierzyńskie. 
- Bob

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy