Czas pojednania

Autor: renhoelder
i, ty mi tu się na pewno rozchorujesz. Proszę cię, ubierz się w ciepłe rzeczy. 
Spodnie zaakceptował, widocznie reguła nie dotyczyła nóg. Był sparaliżowany z zimna. Poczułem wyrzuty sumienia. 
- Nnnno. 
Korzystając z jego chwilowego ograniczenia ruchowego, naciągnąłem na mu najpierw koszulkę (z nadrukiem plakatu Teksańskiej masakry) i w końcu ciepłą bluzę. Nie walczył za bardzo. Była godzina za dwadzieścia trzecia nad ranem. Kazałem mu się położyć i szczelnie owinąłem całego wszystkim, co było pod ręką. Jak jakaś mumia, przypomniało mi się ni w pięć ni w dziesięć. Dzień, który powitałem w tak oryginalny sposób, na kalendarzu oznaczono jako wigilię Bożego Narodzenia. Musiałem iść do pracy. Co prawda czynne miało być tylko do szesnastej, ale to oznacza, że nie będzie kto miał pilnować problematycznego Boba. Może tak cię teraz będę nazywał? Problematyczny Bob. Ha, ha ha. Zabrałem wszystkie klucze, jakie były w domu i zamknąłem dokładnie drzwi. Niech leży, bo będzie gorzej. Po drodze do pracy myślałem o zdarzeniach ostatniej nocy. Nic jednak nie byłem w stanie sam wymyślić, pomysły, jedne mniej, inne jeszcze mniej prawdopodobne, kłębiły mi się tylko w głowie, mnożąc się niepohamowanie. Cudem nie musiałem za długo czekać na dziewiątkę. Usadowiłem się zaraz za kierowcą. Akurat w radiu były wiadomości. Wczoraj ofiarą napadu, prawdopodobnie o celu rabunkowym, zostali Anatol i Eugenia H. zamieszkali na osiedlu Widok. Hm... niebezpiecznie tam się zrobiło ostatnimi czasy. Na ulicy Wyżynnej mieszkają moi rodzice. Ostatnie nasze spotkanie nie należało do najmilszych, ale coś ukłuło mnie w sercu gdy słuchałem wiadomości. Ciała pani Eugenii i pana Anatola zostały rano odnalezione w stawie za cukrownią przez jej pracownika. Co pracownicy cukrowni robią o świcie nad stawem, nie powiedziano. Zastanowiło mnie to. Cukrownia mieści się jakieś piętnaście minut drogi od mojego mieszkania. Stawy jeszcze bliżej. Niedaleko mojego ukochanego „plastyka”. Biedny, głupi Bob, przecież mógł też paść ofiarą jakiegoś walniętego dresa. Pół biedy, gdyby ci dziadkowie mieli mu co zaoferować, a tak to tylko rozjuszyli napastnika swoją biedą. Takie czasy. 

Za każdym razem, wchodząc przez tylne drzwi do centrum handlowego E.Leclerc, zastanawiam się, ile tu jeszcze wytrzymam. Nie jest tak tragicznie, ja po prostu mam na myśli, że absolutnie nie nadaję się do pracy tego rodzaju. W lecie bawiłem się trochę w listonosza, a jeszcze wcześniej nawet w opiekunkę osób starszych. Nie wiem do końca, co się ze mną dzieje. Od czerwca ubiegłego roku, gdy nie zobaczyłem swojego nazwiska na liście osób zakwalifikowanych na studia na kierunku grafika, nie mogę się pozbierać ani na nic zdecydować. Robert mówi, że to nie koniec świata, że mogę jeszcze spróbować... sam studiuje zaocznie jazz. Zawziął się. Ja tak chyba nie potrafię. 
Zima była, póki co, bezśnieżna. To wcale nie oznacza, że mamy spokój, o, nie. Już ja znam tę przebiegłą cizię. Wtargnie w nasze spodziewające się rychłej wiosny świadomości gdzieś pod koniec lutego i nie wylezie, dopóki nie zbierze bonusowego żniwa zapóźnionych depresji. 

Od plotkujących przy kawie dziewczyn z kas (heeeellloooł ciacho, hi hi hi) dowiedziałem się więcej o przedświątecznych niespodziankach Lublina. Ofiar było więcej. Jednak wszyscy podejrzewają jednego sprawcę. 
Pod lasem, za torami znaleziono drugą parę starszych ludzi. Dopiero kolejny przypadek odciągnął opinię publiczną od podejrzewania podłoża rabunkowego. Wszystko mieli przy sobie, gdy o świcie ekstremalny rowerzysta z ulicy Fantastycznej natknął się na zwłoki. Miałem dziwne przeczucie, że to jeszcze nie koniec. 
Kilka razy przechodziłem obok feralnego Mikołaja. Raz do mnie mrugnął, przysięgam. Z pracy mogłem wyjść równo o czwartej. Życzyliśmy sobie „wesołych świąt” i rozeszliś

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy