część trzecia

Autor: DenisOlivetti

W końcu decyduje się zaryzykować. Bierze pieniądze na studia i jedzie do niej. Przez cztery dni włóczy się z gotówką, której nie chce ruszać, więc prawie wcale nie śpi, ma odparzone od łażenia stopy, w dzień się poci, w nocy marznie, ma omamy z braku snu. W końcu ją spotyka idącą pod kościół z Mirkiem. Czeka aż on sobie pójdzie i ciągnie ją za rękę do środka. Mówi, że ma pieniądze. Że mogą wreszcie załatwić, co trzeba i się od niego uwolnić. Ale ona woła Mirka. We troje siedzą na piwie i omawiają sprawę. Tym razem akurat on dostał od niej. Ma obite jaja i rozcięty łeb. On bierze Patryka, a ona go wtedy nie obchodzi. Toxe nie bardzo wierzy, że zazdrośnik wypuści z rąk taką dupę, zwłaszcza, że będzie przynosić mu zyski, bo z załatwieniem odpowiednich papierów sytuacja się odwraca o sto osiemdziesiąt stopni i to ona dostaje przywileje, a on nie ma nic do dzieci, chociaż to wcale nie takie proste. Szkoda tych dzieci. Żywe i radosne w domu dziecka zamknęły się w sobie, a winą za wyobcowanie obarczono matkę, którą każdy po kolei obwołał dziwką i złą matką.

Gdy idą do kantoru on mówi, że cztery dni nie spał i się nie mył, więc na pewno ma przepoconą koszulę. A ona stwierdza szczerze, że lubi jego zapach. Bierze pieniądze i każe mu wracać do domu do czasu, gdy załatwi sprawę. On w przebłysku nieufności zastanawia się, czy za tą sumę zdoła wystartować, czyli utrzymać się w szkole i zacząć pracę. Wraca jednak do domu pogodzony z ofiarowaniem rozstania z Cykni dla jej połączenia się z dziećmi. Wie, że teraz jest całkowicie zależny od rodziców.

Wspomnienie 25

Opłacone czesne, spłacony lichwiarz, rozpoczęcie pracy, oddawanie pensyjki rodzicom, w ramach oszczędności mieszkanie na dworcu. Mój przyjaciel na pewno chciałby pozdrowić koleżanki z pracy, których było kilkadziesiąt. Pracował w drukarni, gdzie większość pracowników sezonowych to były piękne studentki i uczennice. On zaś był ulubionym chłopakiem pań kierowniczek, których stał się prawą ręką. Pozdrawia zwłaszcza Agnieszkę, której chyba się na poważnie podobał i żałuje, że nic z tego nie wyszło, ale to może lepiej dla niej.

Spotkanie z Cykni. Pokazuje mu potargany przez Mirka tuż przed umówionym wyjazdem paszport. Jest naprawdę wkurzony i zasmucony. Ona chce mu wynagrodzić, że wyszedł na frajera przez załatwienie mieszkania u Jurka, gdzie nie jest mile widziany, ma pretensje, że się nie odzywał, a ona wszystko załatwia, ściemnia, że wysłała pieniądze do rodziny w Rumunii, żeby ich nie roztrwonić, co swoją drogą doskonale im wychodziło, nie ufa jej już do końca. Widują się czasem. Jego podejrzenia się potwierdziły, bo krótko po tym jak powiedział, że nie przeszkadza mu, że się spotykają i nie muszą się kryć, przyłapał ich w końcu w barze i zrobił awanturę, a znajoma kelnerka miała na twarzy wypisane „a nie mówiłam…”

16 (Retrospekcje)

Łzy mieszały się z wysokooktanową krwią. Malioara chyba skaleczyła się w palec. Tylko taka prawda zmieściła się w kadrze, który windą spadającego noża zjechał na podłogę. Gesmo odrywając od posadzki poranną twarz budzi się ukazując nam oblicze dworca wypierające leniwie ciemność. Wsiąść do pociągu i odjechać gdzieś daleko. Albo położyć się na torach. Obiecał sobie, że nie będzie jak bezdomni, których widywał, że nie będzie mówił w taki sposób jak oni, filozofowie straconych szans, straconych przez czynną bierność. Milczy i postanawia wziąć się za siebie. Rzuca się w nowy dzień. Depcząc swe ślady, z których bezskutecznie wykwita ostrzeżenie dociera na zarezerwowane dla siebie dno, palce łączą się ze swymi starymi odciskami, dzień z nocą, kalekie ciało z ławką i snami, które będą gorsze niż rzeczywistość dopóki nie przestanie się budzić. Kadrem snu jest prostokąt przedniej szyby pociągu, który wąską uliczką zbliża się do kamienicy, z której ktoś wybiega prosto pod koła. Gesmo zrzuca na ten wypadek odpowiedzialność za swą pasywność, która nie pozwala mu na zmianę swego życia. Na wypadek z nożem zrzuca zaś odpowiedzialność za zmarnowane życie Gonxhy, która w retrospektywie wspólnych zabaw jest psotną, ale niewinną istotą, lecz w perspektywie dorastania w domu dziecka lub pod opieką Bruna jej uroda jest magnesem przyciągającym krzywdy i upokorzenia. Gonxha? Minęło już chyba dość czasu, by mogła brać forsę od frajera wysiadając z samochodu. Bardzo do niej podobna. Twarze rzezimieszków i ciała kurtyzan drgają w obiektywie poruszanym przez kuśtykającego Gesmo bezskutecznie szukającego pośród nich Gonxhy w przebłysku czegoś, co zostało z miłości, którą zniszczył swoją ułomnością, tą sprzed wypadku. Retrospektywa cofa rozpędzone auto i pozwala wstecznie zrosnąć się nodze młodzieńca zamykając ranę otwartego złamania, by mógł podnieść się i wrócić do sutereny, gdzie Bruno złapie go wpół i zacznie bezgłośnie wykrzykiwać pouczenia, że nie powinno się chodzić tyłem, bo to niebezpieczne, by po chwili już pełnią głosu dodać, że jeśli myśli, że znaczy coś dla tej kurwy to się myli, a jeśli ta kurwa tak go lubi to może iść za nim, droga wolna, a on, gówniarz jeden, żeby mu się tu więcej nie pokazywał, bo to, że może tu mieszkać nie znaczy, że może za darmo dymać jego dupę i demonstruje mu jak przekraczać drzwi przodem. Domysł wypadku nasuwający się z piskiem opon dochodzącym z ulicy nie dotyczył już Gesmo, który część wyrzutów sumienia przelał na konto tego zrządzenia losu. Nie dotyczyło go to, że bez niego dziwka byłaby nikim, a jak ma większego to niech się z nim rżnie, ale najpierw on zerżnie jej bachora, błysk noża, po który sięgnęła Male przeniknął pobudzająco do snu Gesmo, w którym znów ujrzał ją z podbitymi oczami pełnymi łez, które tylko mnożył swoimi pocałunkami, za których czystość go kochała, lecz coraz bardziej się ich bała, gdyż nie szły w parze z materialnymi podstawami do odpowiedzialności, które miał zaś Bruno w postaci Gonxhy przepisanej na jego nazwisko i związanych z tym świadczeń. Male wszelkich możliwości ubiegania się o pomoc społeczną czy alimenty poskąpiło prawo, według którego jest tu nielegalnie, co jemu pozwalało stwierdzać, że jak chce to może się poskarżyć, że upija się i ją bije, a wtedy na pewno pozwolą Gonxhy tu mieszkać, zresztą może się też pochwalić, że jest dziwką, gdy znów spytają się jak zamierza utrzymać dziecko. Bez prawa do pracy i czegokolwiek poza byciem bitą i zastraszaną nie odpowiadała nic. Z prawem do pracy, lecz bez niej nieraz słuchał jak musi ukrywać, że Bruno zmusza ją do prostytucji i znęca się nad nią, bo razem z Gonxhą może być tylko mieszkając z nim, a on może ją szantażować dowoli. Opóźniony tym pseudo-reporterskim sprawozdaniem operatora obiektyw znów utkwił na chwilę swój wzrok w miejscu podłogi, gdzie właśnie spoczął nóż, którego nie mogły już utrzymać przezroczyste dłonie Malioary, niezdolne do ukrycia przebijającej przez nie czerwieni, o którą wsparła się klęcząc przy rozłożonym na kanapie ciele Bruna, które zdawało się ucinać sobie drzemkę. Możliwe, że przyśniło mu się przez ścianę jak mówiła, że kocha tego wariata, gdy się rżnęli i że uznane przez niego za grę wstępną słowa miały znaleźć odbicie w wykradnięciu mu pieniędzy i ucieczce, bo ma go już dość, i jak za tą samą ścianą uczy go kobiecego ciała i mówi, że jej z nim najlepiej, bo oddaje mu się dlatego, że go kocha, że jest inny, że jej nie bije, że nie wie, dlaczego tak się zakochała. Może dlatego, że nie był takim skurwysynem jak alfonsi tacy jak Bruno? Może też właśnie dlatego nie był w stanie zapewnić bytu sobie i ewentualnej rodzinie? To drugie może dlatego, że był jeszcze gorszym... Pytając „że jak jej z nim najlepiej, to czemu krzyczy jak to robi z Brunem?” wolałby chyba usłyszeć to, co Bruno, któremu mówi, że udaje, żeby chłopak się nie załamał, ale Gesmo mogła powiedzieć prawdę. „Bo mnie boli” zabrzmiało jak zafałszowany dźwięk przeskakujący gwałtownie po klawiszach lub zrywający struny czy smyczek, po którym następuje cisza, którą próbuje się ukryć w ciemności między zmianami planu. Mijający Gesmo ludzie nie wiedzą, co to szczęście, ale on też się będzie kiedyś uśmiechał, dzisiaj już za późno, ale jutro od rana będzie starał się o pracę. Gdyby mógł wykorzystać swój urok sprzed wypadku, gdyby wśród tłumu pasażerów byli wydawcy, którzy nie wyrzucą kupionych za bułkę lub kobiecy uśmiech wierszy i rysunków, gdyby nie był taki brudny i zmęczony, bo żadne kobiece dłonie, ale jutro spróbuje się umyć, będzie lżejszy i bardziej energiczny, a teraz się prześpi. Na skrzydłach marzeń pędził pod prąd przez swe życie i z cofającym się czasem było mu coraz lepiej. Powinniśmy mu życzyć śmierci tej nocy, by nie męczył siebie i nas porannym jasnowidzeniem przeszłości, że nie musiało tak być, że mogło być inaczej. Tymczasem również sen Bruna przewinięto do początku, by po jego przebudzeniu to samo zrobić z wydarzeniami w saloniku, począwszy od wybielenia jego koszuli z zakrwawionych dłoni Male, która chyba skaleczyła się w palec przy próbie samobójstwa. Bruno zgoła lepiej panujący nad nożem energicznym gestem ręki sprawił, że narzędzie samo rzuciło się w objęcia jego dłoni, która zaraz przekazała go z powrotem kobiecie, która niezbyt wprawnym ruchem umieściła ostrze w swoim boku, zdaje się, że uczyniła to na tyle nieudolnie, iż Bruno zmuszony był wyjąć go i wśród gestykulacji wręczyć jeszcze raz zniecierpliwionej Male, która słysząc gwałtowne parkowanie samochodu i czyjeś kroki poszła na chwilę odłożyć nóż na swoje miejsce. Gesmo wbiegł tyłem roztargniony czymś strasznie, Bruno objął go na powitanie i zaciągnął energicznie na środek pokoiku z pewnością wyjaśniając mu dyskretnie, że mają z Male coś do załatwienia na osobności, a gdy mu to tłumaczył, taśma skończyła swój bieg osiągając początek projekcji, której puszczenie zgodnie zbiegiem historii jest zbędne, bo dobrze wiemy, co się stało, gdy za wyproszonym zamknęły się drzwi. Czy potoczyłoby się to inaczej, gdyby poznała Gesmo zanim łza sunąca po krzywej łuków i wypukłości jej ciała dotarła w najintymniejsze miejsce, gdzie pomieszana z wysokooktanową dziewiczą krwią zdaje się nabierać mocy choćby przydzielania ról społecznych dobrej jakości towarom i ich przedsiębiorczym konsumentom? Gesmo już się nad tym nie zastanawiał, gdy spacerował nad ranem wzdłuż torów marząc o na przemian o matczynej czułości i siedmiu dziewicach, którym mógłby wkładać penisa w waginy. Wsłuchiwał się w przemysłowe odgłosy odchodzącej nocy, którą zaczęły opłakiwać brudne chmury czyniąc podłoże niebezpiecznie śliskim dla wegetujących spacerowiczów, o czym właśnie się przekonał. Orzeźwiający wietrzyk zdawał się pisać na jego zachlapanej błotem twarzy niewyraźne imię życia, które w samą porę rozświetlił nadjeżdżający pociąg...

17 (Mounsieur Triveaux i jego utarczki z muchą)

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy