Detektyw Wąs. Sprawa Pirwsza

Autor: rafalus79

Padał deszcz.
„Typowa brytyjska pogoda w porze tea time’u” pomyślał doktor Klakson. Założywszy zdobiony japońskimi ornamentami szlafroczek, który dostał od swojego przyjaciela na gwiazdkę, przeszedł korytarzem w kierunku salonu. Tam dał się słyszeć romantyczny dźwięk skrzypiec, i melodie... które tak dobrze znał.
- Grasz pięknie... jak z nut! – Westchnął Klakson.
- Uwaga godna uwagi... – Odszemrała postać w kącie salonu.
Detektyw Wąs. Najwybitniejszy umysł kryminalistyki Londynu. Dwukrotny rekordzista w szybkości w dochodzeniu ( do sedna sprawy), złoty medalista wyciągania rzeczy na światło dzienne ( bez użycia rąk), odznaczony orderem Królewskiej Róży, Góralskiej Parzenicy, Tajemniczej Rozwielitki oraz Paryskiego Żabiego Udka. Czarnooki, wielkowąsy, strunoszarpacz skrzypcowy, romantyk, ekscentryk, elektryk chałupnik. Odważny (w świetle dziennym), zmysłowy ( w blasku świec), niewidzialny ( w nocy). 
- Mój drogi Klaksonie, widzę że czytałeś już dzisiejszą gazetę? – Stwierdził Wąs gładząc wąsy.
- To niesamowite! Skąd wiesz? – Zachwycił się dr. Klakson.
- Trzymasz ją przecież w ręce... – Odparł Wąs odpalając fajkę, a przypalając sobie wąsy. 
- Reszta to tylko moje, jak zwykle genialne, przypuszczenie... – Dodał, gasząc wąsy w szklanicy whisky, po czym powtarzając ową czynność w szklanicy wody. 
Po kłębiastych pyknięciach oraz puszczeniu z dymu kilku skomplikowanych wzorów matematycznych za pomocą niezwykłej budowy swych ust oraz różnokształtnych szczelin pomiędzy zębami, dodał:
- Spodziewam się dziś, drogi Klaksonie, nadzwyczajnego gościa!
- Hurra! Święta! Znowu przyjdzie Święty Mikołaj! – Uradował się doktor.
- Ależ skąd! – Oburzył się zbyt dziecinną reakcją Klaksona, Wąs. – Komisarz Frytosław McCann zapowiedział się z wizytą przed południem.
To powiedziawszy położył skrzypce na ramieniu, okrywając je na wpół spalonymi wąsiskami i zagrał kilka pierwszych taktów „Ser-żenady” Poganin-niego. A grając, rzępoląc, pitoląc, tnąc od ucha, doprowadzając instrument do granic wytrzymałości oraz sąsiadów na skraj rozstroju nerwowego, zapatrzył się nasz detektyw na okno za którym...
Padał deszcz...
Za załzawioną londyńskim deszczem szybą, pośród wiatru szumiącego echa Tamizy, dał się słyszeć tętent kopyt. Ciężkie koła spod ręki mistrza Michelein’a wypelniły turkotem Baker Street aby zamilknąć przed bramą Wąsowej rezydencji. Wkrótce rój much zgromadził się wokół końskiego zadu, a po chwili .tuż nad powierzchnią ulicy, w której niczym w jeziorze, majaczyły niepokojąco ciemne kształty. Z powozu wyłoniły się dwie postacie. W strugach deszczu zbliżyły się do wielkich drzwi gdzie niższa i zdecydowanie grubsza nacisnęła na dzwonek.

- A po cóż komisarz miałby do nas przyjść? Why? – Zdziwił się dr. Klakson
- Dear Klakson, wiesz że ludzie czasem mają dziwne przygody których nie umieją (albo umią... muszę sprawdzić w słowniku... God knows!) sobie logicznie wytłumaczyć. Zdarzają się bowiem takie sytuacje, które wymagają opinii i pomocy nie laika lecz eksperta! I po kogo wtedy dzwonią? 
- ... Pogromcy duchów?... – Zapytał zaciekawiony Klakson..
- Zaiste, idiotyczna odpowiedź Klaksonie.... Po mnie dzwonią, po Wąsa! – Oburzył się detektyw. 
Nagle w drzwiach salonu ukazała się służąca. Okazało się jednak, że to służka z domu obok, która pomyliła drzwi. Po kilku minutach ukazała gosposia detektywa.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy