Dzień Ostatni, czyli jak stało się J U Ż

Autor: Lady Xara
go, rozciągającego się aż po horyzont, który gdzieś w oddali zamazywał się i szarzał. Morze drzew. Morze krzyży, które nie były już tak zdrętwiałe jak przed chwilą. Zdawały się poruszać jakimś dziwnym niespokojnym rytmem, jakby chciały mi coś powiedzieć, tylko zabrakło im języka. Wszystkie groby były identyczne, napisy na kilku wskazywały, że są zamieszkane przez znane mi osoby, które raczej sprawiają wrażenie żyjących. Jakże się można pomylić, jednego dnia słyszysz czyjś głos w słuchawce, a następnego znajdujesz nagrobek z jego nazwiskiem. Jakże zajebany jest świat, który nas codziennie gwałci swoją nielogicznością i brakiem konsekwencji. Nagle zaczęło się robić szaro, niebo zamgliło się, obniżając się coraz bardziej i kurcząc. Z chmur powstał jakiś brunatny zlepek przykrywający niebo jak płaszcz. I ani śladu słońca. Była 16:30 i chyba już się nie spieszyłam na pogrzeb. Właściwie zapomniałam, po co tu przyszłam. Jeżeli coś się stało, to zgodnie z przeznaczeniem – chyba rodzina zmarłego (zmarłej?) nie obrzuci mnie wyzwiskami przy najbliższej okazji. Nie pamiętałam, do kogo tu przyszłam, ani jak tu trafiłam. Miałam wrażenie, że wyszłam z domu, aby po prostu pospacerować. Sięgnęłam do plecaka po papierosa, jednak tam nie było nic poza kartką z jakimiś bazgrołami. Z trudem odczytałam intencje autora owych bazgrołów. Autor starał się mnie przekonać, że wszystko, co się za chwilę wydarzy, jest tylko i wyłącznie kwestią przeznaczenia. I że powinnam dawno tu przyjść i przeczytać ten list. I że cieszy się, że wreszcie odważyłam się przyznać przed samą sobą do zwycięstwa nad marnością życia i nad innymi bzdetami. Kartkę schowałam do kieszeni i rozejrzałam się wokół. Robiło się coraz ciemniej, wierzchołki drzew zatopiły się w mroku. Krzyże falowały coraz wolniej. I nagle ktoś zawołał: - To tu! Dokąd idziesz zmoro? Jakaś grupka ludzi ubranych na czarno machała do mnie radośnie. Sprawiali wrażenie jakby się mnie spodziewali. Czy ich znałam? Nie pamiętam, wszystkie twarze były zasłonięte kapturami. Ale oni chyba mnie znali, bo pokrzykiwali do mnie słowami, którymi kiedyś byłam określana. Ktoś grał na skrzypcach, ktoś coś skrzętnie zapisywał w notesie. Jednak większość chyba obserwowała mnie uważnie. Podchodząc do nich zauważyłam świeżo wykopany dół. Wyjęłam z kieszeni kartkę z bazgrołami – przecież to ja sama ją napisałam. Aha. - No ile można na ciebie czekać?! - Nie trzeba było czekać. I tak już chyba po wszystkim? - Tak, już dawno po wszystkim, ale powinniśmy cię przynajmniej zakopać. - To dla mnie? - Zmarłych się oddaje ziemi, nie wiesz o tym? Zawsze się spóźniałaś, ale dzisiaj mogłaś sobie darować. W takim dniu... I nagle pojęłam wszystko. Moje odczucie, że od dawna jestem martwa, było prawdziwe! Niektórzy nazywali moje odczucia chorymi, lecz po raz kolejny się pomylili, buraczane pały! Kurwa, spóźniłam się na swój pogrzeb. - Ile tu na mnie czekacie? - Ty wiesz ile. Po huja udawałaś, że żyjesz? Wiedziałam już, co mam robić. Wszystko dotarło do mnie w jednej chwili. Weszłam do dołu, położyłam się w ziemi, która była jakoś przyjemnie ciepła. Ostatni raz spojrzałam na gęstniejące na niebie chmury. Było już całkiem ciemno. Żałowałam jednego – że tyle czasu musiało minąć, zanim wreszcie znalazłam moje miejsce. I wtedy stało się JUŻ. Wreszcie. Od tamtej chwili wszyscy sądzą, że mnie nie ma. Ale ja jestem, tyle że nie można mnie ani zobaczyć, ani usłyszeć, ani dotknąć. Mieszkam pod ziemią, nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że często wychodzę na jej powierzchnię w celach czysto rozrywkowych. Bawię się tym, że innym się wydaje, że żyją. Bawię się tym, że innym się wydaje, że ja nie żyję. Bawię się tym, że inni nie mogą mnie zobaczyć, a ja ich widzę. A najbardziej bawi mnie to, że nawet spod ziemi mogę pociągać za sznurki – teraz jestem jak najbardziej incognito.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy