Fizyka na mecie

Autor: MaryHa

- A tam zaraz kwasa! - Czasem się tak zdarza, tak się dzieje, że czujemy się jak nie my, to się chyba nazywa depersonalizacja. - błyskotliwie zauważył Seba.

- No co ty, czuba ze mnie robisz? - zdenerwowała się Basia Sobas.

- Ależ nie, no coś ty, napijmy się jeszcze. - Sebastian polał chyżo do opustoszałych szklanek, poczęstował Basię Sobas szlugiem, z czego skwapliwie

skorzystała. I już się napili ponownie i już Seba podkręcił muzykę (B.B. King rzecz jasna), gdy nagle wymsknęło mu się trapiące go od dłuższego czasu pytanie:

- To jak masz na imię?

Basia Sobas wstała wywracając stołek.

- Ty kurwa mnie wkręcasz! Idę się kurwa poszwendać, bo kurwa zgłupieję... - to mówiąc szybko opróżniła swoją szklanicę, chwyciła za swoją butelkę z bry i

znalazła się ponownie na jakiejś ulicy. Pod pływalnią kupiła sobie piwko, a nawet małą ćwiarteczkę, z których to składników postanowiła uczynić godziwy

napitek. Zarzucało ją przeraźliwie, chodnik był nierówny, a potem samochody na nią trąbiły, gdy zygzakiem przekraczała ulicę widząc nadjeżdżający autobus.

Pewien nagły impuls nakazał Basi Sobas jechać do domu na Piaskówkę, do jego (jej?) chaty. Trzeba odpocząć po tych kwachach. Opadła osłabiona na siedzenie w autobusie, butem zdusiła kiepa, który wprost z jej ust spadł na podłogę. Wzruszyła ramionami w odpowiedzi na zgorszone spojrzenia współpasażerów. Ułożyła sobie reklamówkę z trunkami na kolanach i patrząc tępo przed siebie, wystukiwała wyimaginowany rytm. I już chude kolanka jej latały, buty

przytupywały, nawet pogwizdywała sobie jakiś rockowy przebój. W tym miłym nastroju dotarła do chaty. Otworzyła Dominika.

- Cze skarbie! - z uwodzicielskim uśmiechem wypowiedziała Basia Sobas gramoląc się do chałupy.

Dominika wcale nie wyglądała na zadowoloną, Basia Sobas szybko zaczęła robić w myślach rachunek sumienia.

- Dwa dni mnie nie było w chacie, z Radosławem chlałem... A potem... - paniora zaczęła ogarniać biedną Basię Sobas.

- Czego tu chcesz? - Dominika przybrała pozę SS-mana.

- Seba mnie wkręca, ty mnie wkręcasz, nie marudź guupia, daj mi coś bezalkoholowego do picia, bo łeb mnie napierdala, Jezuu... - to mówiąc Basia Sobas odsunęła na bok Dominikę i wyłożyła się na łóżku.

Tego już było za wiele, pohańbiona pani i władczyni tej chaty sprawnym ruchem wpiła rękę we włosy Basi Sobas, zwlokła ją z łóżka i wyprowadziła za drzwi. Głuche trzaśnięcie oznajmiło całkowity brak odwrotu biednej Basi Sobas. Stojąc pod drzwiami jak idiotka grzebała w kieszeniach z nadzieją.

- Nie mam kurna za dużo hajsu - stwierdziła i powlokła się po schodach na dół. Oślepiło ją słońce, było jej słabo, niedobrze i bolał ją brzuch. Byłaby usiadła na

pobliskim murku, gdyby nie widok zapierający dech w jej chudych piersiach. Ulicą kroczył pobrzękując puszeczkami pełnymi browara, Krzysiu S we własnej osobie. Tego było za wiele, Basia Sobas zatoczyła się i niestety, ponownie w tym feralnym dniu, padła zemdlona. Prosto pod nogi Krzysia S. Prócz charakterystycznego plaśnięcia upadającego bezwładnie ciała, rozległ się brzęk tłuczonej ćwiartki, a puszka browara potoczyła się beznadziejnie z chodnika na sam środek ulicy. Krzysiu S zgłupiał. Jego wyłupiaste oczy nerwowo śledziły losy basinego browara, a zarazem spoglądały na właścicielkę pechowego napitku leżącą bez ducha u jego stóp. Przez mózgowinę Krzysia S (niezwykle skąpo pofałdowaną), przebiegł milijon myśli:

1. Trzeba ją reanimować.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy