Fizyka na mecie

Autor: MaryHa

2. Zostawić ją, nie jego biznes.

3. Dlaczego ona miała przy sobie alkohol?

4. Trzeba ją uratować, może się odwdzięczy.

5. Jest brzydka!!!

6. Ale ma w twarzy coś jakby znajomego.

7. Ale gdzie ja ją wezmę?

8. Dominika będzie marudzić.

9. Jestem genialny! Kurna, wezmę ją do Radosława, mieszka wszak rzut moherem stąd.

 

Doszedłszy do takiego consensusu, zarzucił (na szczęście lekką) Basię Sobas na plecy i ruszył w znanym sobie kierunku. Ledwo żywy ze zmęczenia wszedł na

pierwsze piętro. Basia Sobas tylko raz otworzyła rozmyte alkoholem oczy, jęknęła: - O kurwa, to niemożliwe! - I znów zwisła nieprzytomnie w kościstych ramionach Krzysia S. Mało biedaczek nie wywinął orła o pijackie szczochy obficie rozlane na schodach. Szczerze mówiąc miał ochotę upuścić bezwładne ciało w te nieczystości, ale COŚ go przed tym powstrzymywało. Poza tym wiedział, że takie upuszczone indywiduum potrafi narobić nieziemskiego wrzasku, lądując w pijackich szczochach. Miał na ten temat dawno wyrobione zdanie. Wszystkie dupy potrafią krzyczeć i marudzić. Stara ma nerwa, siora ma nerwa, Dominika, jego wybranka, ma wiecznego nerwa. (Istotnie Dominika „schowałaby jego oczy do swojej kieszeni”, tyle że zagrożenia były w tym wypadku czysto fikcyjne i samowolnie przez Krzysia S wymyślane). W każdym razie biedaczek dowlókł się w końcu pod drzwi Radosława, wykończony i wysuszony tą długą abstynencją. Ułożył Basię Sobas na wycieraczce. Zastukał niespokojnie i nadsłuchiwał. Istotnie, po chwili rozległo się człapanie i otworzył Radosław ozdobiony sterczącymi na wszystkie strony jasnoblond włosami. Odziany był w podarte dżinsy i nieświeży podkoszulek. Z nieodłącznym szlugiem w ręce witał przyjaciela, który wszakże prócz Basi Sobas niósł też browary.

- Jezuu, jaki ja jestem silny! - oznajmił Krzysiu S na wstępie.

- Kurna chopie, jajca, zara ci opowiem, teraz muszę se odpocząć...

Radosław wciągnął w czeluście swojej gawry słaniającego się Krzysia S i półprzytomną Basię Sobas. Po chwili z pełnym profesjonalizmem ułożył ją na łóżku i odpiął guziki jej oryginalnej koszuli. Zdumionym jego oczom ukazała się chuda klata Basi Sobas, całkowicie pozbawiona bielizny.

- Jezuu, chłopie, zakryj to! - z lekkim niesmakiem wymamrotał Krzysiu S, nie wyjmując papierocha z gęby. - Głupia się obraża i cycków kurde, nie widziałem tydzień...

- Liche te bimbały - dodał głosem znawcy.

Radosław taktownie zapiął dwa guziczki i oznajmił, że cucenie tej laski należy zacząć od polania zimną wodą jej dekoltu. To mówiąc pośpieszył do swej straszliwie brudnej i zapuszczonej kuchni. Krzysiu S rozejrzał się dookoła. Gnój tu panował przeraźliwy, jak u Seby. Ale najważniejszy był freedom jak byk! Nikt na Radosława nie wrzeszczał za to, że poniewierają się wokół butelki, nikt nie podnosił zgrzytliwego pisku o kiepy wetknięte pod dywan. Nikt się nie gorączkował paroma sztukami brudnej bielizny zdobiącej hojnie okoliczne krzesła... Krzysiu S westchnął i z łezką w oku wspomniał cudowne, kawalerskie życie. Radosław to miał wypas, stanowczo!

Owe rozmyślania najwyższych lotów przerwał krzyk nagle przebudzonej Basi Sobas. Krzysiu S szybko schował na później swe nadwerężone pracą szare komórki i radośnie oznajmił Basi Sobas:

- Czee głupia! Trochę przegięłaś z trunkami, Jezuu ja to wódy już nie piję, bry se czasem łyknę...

By nie być gołosłownym, z psyknięciem otworzył puszkę Tatry. Pociągnął se sporego łyka.

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Reklamy